http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  ARTYKUŁY » Guwahati, 4.11.1999   
 
Rzym. 14:22 Przekonanie, jakie masz, zachowaj dla siebie przed Bogiem. Szczęśliwy ten, kto nie osądza samego siebie za to, co uważa za dobre.

Guwahati, 4.11.1999

 

Guwahati, 4.11.1999

W przewodniku Lonely Planet napisano, że Indie są tego typu miejscem, które albo się pokocha, albo znienawidzi, nie można jednak pozostać wobec niego obojętnym. Z każdym dniem spędzonym przez nas w Indiach słowa te wydają się bardziej prawdziwe.

Biorąc pod uwagę wszystkie problemy, jakie nas tutaj spotkały, życzeniem niemal wszystkich jest opuścić Indie, wyjechać stąd jak najszybciej.

By, by India???

Wcale nie jest to takie pewne. Od jakiegoś czasu ciągle coś się wydarza, co nas zatrzymuje w tym kraju.

Począwszy od wypadku Waltera, coś się po prostu nie klei. Nie możemy jakoś ruszyć do przodu. Najpierw znowu problem z biletami na pociąg z New Jalpaiguri do Guwahati. Potem po dotarciu do Guwahati okazało się, że nie możemy ruszyć dalej, bo pozwolenie na wjazd do Manipur - regionu Indii graniczącego z Birmą, w którym działają uzbrojone ugrupowania, walczące o jego niezależność od władz w Delhi - ciągle jeszcze nie jest gotowe. Pozwolenie to załatwialiśmy podczas naszego pobytu w Delhi w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i jeden z wysokich urzędników - Mr Lal - obiecał, że nie ma problemu z jego załatwieniem, tylko musielibyśmy czekać kolejne cztery dni. Zdecydowaliśmy się na inne rozwiązanie, tj. my jedziemy dalej, a on prześle to pozwolenie faksem do odpowiedniego urzędu w Guwahati. Taki był plan, problem w tym, że po dwóch tygodniach od tych ustaleń w Guwahati nikt nic nie wiedział o naszym pozwoleniu. Skontaktowaliśmy się znowu z Mr Lal w Delhi, który stwierdził, że proces wydania pozwolenia trochę się przedłużył, ale już na następny dzień pozwolenie ma być podpisane. Nie można go jednak wysłać faksem, ponieważ oryginał musimy mieć ze sobą. Cóż było robić. Poprosiliśmy pana Lal, aby przesłał to pozwolenie pocztą kurierską do Guwahati, gdzie będziemy na nie czekać. Trwało to trzy dni, ale w końcu wczoraj pozwolenie dotarło. Pozwolenie??? Tak właściwie to nie wiemy, co to jest. Dostaliśmy bowiem zalakowana kopertę zaadresowaną nie do nas, ale do sekretarza lokalnych władz w Imphal - stolicy Manipur. Nie możemy więc otworzyć tej koperty. W Guwahati nikt z urzędników też nie chce jej otworzyć, tłumacząc, że można to zrobić tylko w Imphal. Mała paranoja. Żeby dojechać do Imphal, potrzebne jest imienne pozwolenie, które trzeba okazać przy przekraczaniu granicy tego regionu, nasze pozwolenie to zamknięta koperta, której nie można otworzyć. Mr Ważny w Delhi, który do tej pory nam pomagał, jest nieuchwytny i nikt inny nie potrafi wytłumaczyć nam, co mamy w tej sytuacji zrobić. Na dzień dzisiejszy tak na prawdę nie wiemy, czy możemy jechać do Manipur czy też nie. Administracja indyjska po raz kolejny udowodniła swoje sprawne działanie. Niech ich...!!!

OK. Po trzech dniach bezczynnego czekania chcieliśmy już w końcu ruszać. Postanowiliśmy jechać z tą zamkniętą kopertą i liczyć na to, że wszystko będzie w porządku. Przez te ciągłe problemy straciliśmy jednak mnóstwo czasu i teraz musimy się spieszyć, aby na czas dojechać do granicy indyjsko-birmańskiej, gdzie mamy się stawić w ściśle określonym dniu - 9 listopada (datę tę już raz zmienialiśmy, po tym, jak zdarzył się wypadek z Walterem i jasnym było, że nie zdążymy na trzeciego listopada). Spieszyć się w Indiach jest jednak bardzo trudno. Tutaj wszystko biegnie na zwolnionych obrotach i albo się człowiek dostosuje, albo straci nerwy. Nie ma szansy na pokonanie całej odległości do granicy na rowerach, tak aby zdążyć na ten dziewiąty listopada. Postanowiliśmy więc część trasy przejechać autobusem. Plany planami... Okazało się bowiem, że właściciele prywatnych autobusów, obsługujący normalnie połączenia w tym regionie, wkurzyli się na władze, które podniosły ostatnio ceny paliwa o 40% i zorganizowali strajk. Z Guwahati można się na dzień dzisiejszy wydostać jedynie autobusem przedsiębiorstwa państwowego. Bilety na te autobusy wykupione są jednak na kilka dni naprzód. Sprawa wyglądała beznadziejnie. Naprawdę można odnieść wrażenie, ze Indie nie chcą nas wypuścić ze swoich szponów...

Tym razem mieliśmy jednak trochę szczęścia. Przypadek sprawił, że czekając przez te dni w Guwahati, daliśmy wywiad jednemu reporterowi, który posłużył się nami, aby skrytykować lokalne władze. Chodziło o to, że spaliśmy w hotelu należącym do państwowej agencji turystycznej. Nie spaliśmy jednak w pokojach, bo te były akurat na ten czas zajęte przez delegatów jakiejś konferencji, ale na podłodze w holu tego hotelu. Rozwiązanie to w sumie bardzo nam pasowało, bo warunki były całkiem przyzwoite (właściwie to znacznie lepsze niż te, do których przywykliśmy), a cena znacznie niższa. Reporter, który zobaczył nasze legowiska na podłodze hotelu, uznał jednak, że to władze zawaliły, nie zapewniając nam lepszego lokum i że jest to przykład na to, jak mało się dba o rozwój turystyki w regionie. Zrobił się mały skandal. Do naszego hotelu przyjechał nawet minister turystyki Assamu, sprawdzić, co jest właściwie grane. Informacje podane w gazecie nie odpowiadały prawdzie, napisaliśmy więc sprostowanie, czym zaskarbiliśmy sobie najgłębszą wdzięczność owego ministra. W tym momencie rozwiązały się nasze problemy z biletami autobusowymi. Nie skorzystaliśmy co prawda z zaproszenia ministra do zwiedzenia Kazirangi - parku narodowego, z którego słynie Assam, ale wyłuszczyliśmy nasz problem z dotarciem na czas do granicy birmańskiej. Jeden telefon ministra i znalazł się autobus, który zawieźć nas ma do Silchar. Dzisiaj w nocy ruszamy. Jak wszystko dobrze pójdzie, jutro będziemy już w Manipur i przekonamy się, na ile zda się nasza koperta od Pana Lal i czy w ogóle będziemy mogli wjechać do tej zakazanej części Indii.

Waldek
 
30-11-2020 06:25:05
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite