http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  ARTYKUŁY » Birma   
 
Ps. 66:9 Zachował przy życiu duszę naszą, A nie pozwolił zachwiać się nodze naszej.

Birma

 

Birma

Sluchac eskorty. Uzgadniac plan podrozy. Nie zmieniac trasy. Nie kontaktowac sie z opozycja. Zgodzilismy sie i dzieki temu zobaczylismy niedostepna dla cudzoziemcow Birme. I ludzi, ktorzy potrafia cieszyc sie tym, co zostalo im dane.

- Dostaniecie wize. Wladze Myanmaru przychylily sie do waszej prosby. Bedziecie mogli wjechac do naszego kraju od strony Indii w Tamu, a opuscic go, przekraczajac granice z Laosem na Mekongu w Wan Kying. Granice te zostana otwarte specjalnie dla waszej grupy. Musicie jednak podpisac ten dokument - powiedzial urzednik w ambasadzie birmanskiej w Delhi. Podpisalismy. Nie bylo innej rady.

- Prosze stawic sie na granicy piatego listopada. Bedzie ktos tam na was czekal. Zycze udanego pobytu w naszym pieknym kraju. Aha... Naprawde zamierzacie przejechac caly Myanmar na rowerach? - dodal z nuta niedowierzania w glosie zegnajacy nas urzednik.

 WIZA ZA PODPIS. Jedyna ambasada Birmy (w 1989 roku wojskowe wladze zmienily nazwe kraju na Myanmar) w Europie znajduje sie w Niemczech. Tam tez skierowalismy prosbe o wydanie wiz i pozwolen na przejazd przez granice ladowe. Odmowiono nam. Doradzono zwiedzanie kraju w jedyny dopuszczany przez miejscowe wladze sposob: przylot do stolicy i przebywanie na terenach otwartych dla zagranicznych turystow. Nie rezygnowalismy z naszych planow i slalismy kolejne pisma.Do Indii dotarlismy na poczatku pazdziernika 1999 roku i ciagle nie wiedzielismy, jak bedzie wygladala nasza dalsza trasa. W Delhi postanowilismy po raz ostatni sprobowac szczescia. Odwiedzilismy birmanska ambasade. Konsul nie wydawal sie zaskoczony naszymi prosbami. Okazalo sie, ze korespondencja, ktora prowadzilismy z dyplomatami birmanskimi w Niemczech, nie poszla na marne. Placowka w Delhi byla poinformowana o naszej grupie.

Okazalo sie tez, ze wydano odgorne zezwolenie na nasz przejazd przez Birme, jednak pod pewnymi warunkamiÉ Zanim wbito nam wizy do paszportow, musielismy podpisac liczacy kilkanascie punktow dokument. Zobowiazalismy sie miedzy innymi, ze: stawimy sie na granicy w scisle oznaczonym dniu, bedziemy wspolpracowac z towarzyszaca nam eskorta, nie bedziemy zmieniac ustalonej trasy przejazdu, nie bedziemy mieszac sie w wewnetrzne sprawy kraju, a zwlaszcza nie bedziemy kontaktowac sie z opozycja. Podpisalismy. W jeden dzien udalo sie zalatwic cos, co jeszcze niedawno wydawalo sie niemozliwe. Moglismy jechac do Birmy! WOJSKOWE PORZADKI. Birma to jedno z dziesieciu najbiedniejszych panstw swiata. Od 1962 roku zelazna reka rzadzi tutaj wojsko. W prodemokratycznych protestach w 1988 roku zginelo ponad 3000 osob. Wyniki wyborow z 1989 roku nie zostaly uznane przez wladze. Przedstawiciele zwycieskiej opozycji trafili do wiezien i obozow pracy. Kilka lat temu zamknieto wszystkie wyzsze uczelnie.Przez dziesieciolecia lezaca w Azji Poludniowo-Wschodniej Birma byla krajem niemal zupelnie odcietym od swiata - obcokrajowcy nie mieli tutaj wstepu. Na poczatku lat 90. wladze doszly jednak do wniosku, ze nie oplaca sie zamykac kraju przed turystami przywozacymi twarda walute. Sa wiec tu oni mile widziani, jednak pod warunkiem, ze podporzadkuja sie wielu ograniczeniom. Odwiedzac mozna tylko kilka osrodkow turystycznych, zas wiekszosc kraju ciagle pozostaje niedostepna dla obcokrajowcow.

RUSZYLISMY W DROGE. RAZEM Z NAMI - WOJSKOWA ESKORTA. WSZYSTKO ZORGANIZOWANE PERFEKCYJNIE: POSILKI NA TRASIE, OBSTAWA, TLUMACZ, TRANSPORT NASZEGO BAGAZU, NOCLEG. I TAK KAZDEGO DNIA. ZMIENIALI SIE TYLKO OFICEROWIE.

Liderka opozycji Aung San Suu Kyi, uhonorowana za swa dzialalnosc Pokojowa Nagroda Nobla, uwaza, ze dopoki kraj rzadzony jest przez wojskowy rezim, dopoty zagraniczni turysci nie powinni przyjezdzac do Birmy. Pieniadze z turystyki trafiaja bowiem najczesciej w rece ludzi zwiazanych z rezimem i przedluzaja jego istnienie.

 CHUSTECZKI NA GRANICY. Dotarcie do granicy indyjsko-birmanskiej w Tamu jest bardzo trudne. Po obu stronach stacjonuja oddzialy wojska, w strefie przygranicznej obowiazuja uciazliwe przepisy. Dostepu bronia przede wszystkim porosniete dzungla gory, przez ktore wije sie waska, stroma i niezwykle wyboista droga. Gdzieniegdzie widac jeszcze jej lepsze resztki z czasow brytyjskiego imperium. Droga ta ma swoje miejsce w historii. To tutaj zatrzymala sie ofensywa wojsk japonskich w czasie drugiej wojny swiatowej.Trase pokonywalismy bardzo powoli. W pewnym momencie stalo sie jasne, ze nie uda nam sie dotrzec na granice w umowionym czasie. Zadzwonilismy wiec do urzednika w ambasadzie, by zapowiedziec nasze spoznienie. Z jego slow wynikalo, ze skontaktuje sie z odpowiednimi wladzami i przelozy date "otwarcia" granicy. Zapewnial nas, ze nie mamy powodu do zmartwien. On wszystko zalatwi.

Nacisnelismy mocniej na pedaly naszych rowerow i 10 listopada dotarlismy do Tamu. Przejazd przez "zakazana granice" odbyl sie zadziwiajaco gladko. Jechalismy w slad za indyjskim zolnierzem na motocyklu, ktory pokazywal nam droge. W ten sposob bez zatrzymywania przejechalismy przez kilka punktow kontrolnych i dojechalismy do niewielkiej rzeki i drewnianego mostka. Po drugiej stronie byla Birma.

Rowniez i tutaj nikt nie pytal o zezwolenia, nikt nie zadal okazania paszportow i nie wbijal pieczatek. Wszystko bylo starannie przygotowane. Jak sie pozniej okazalo, witajacy nas na granicy birmanscy oficerowie czekali od pieciu dni. Nikt ich nie poinformowal o naszym opoznieniu. Tyle samo czekali dwaj fotoreporterzy z miejscowych gazet oraz dziewczyny ubrane w ludowe stroje, ktorych zadaniem bylo wreczanie kwiatow iÉ chusteczek zapachowych. Upominek ten dostawalismy potem jeszcze wielokrotnie przy kazdej okazji, kiedy chciano nas w szczegolny sposob uhonorowac. Przygotowane na nasza czesc piec dni wczesniej stoly w pobliskich koszarach podobno uginaly sie od jedzenia. Teraz moglismy sie poczestowac tylko ciasteczkami i napojami. Wytrwalosc czekajacych na nas ludzi byla zadziwiajaca, ale przeciez "rozkaz to rozkaz". ROZKAZ: TANCZYC. Nastepnego dnia ruszylismy w droge razem z wojskowa eskorta. Wszystko zorganizowane bylo perfekcyjnie: posilki i napoje na trasie, obstawa, tlumacz, transport naszego bagazu, nocleg. I tak kazdego dnia. Zmienialy sie tylko rejony administracyjne i odpowiedzialni za nas oficerowie. Traktowani bylismy jak goscie wagi panstwowej.- Jutrzejszy etap do Mandalay przewiduje przejazd okolo 105 kilometrow. Czy to nie za duzo? O ktorej chcielibyscie zjesc obiad? - przejmujacy nas oficer z nowego dystryktu ustalal na wieczornej "odprawie" wszystkie szczegoly dnia nastepnego. - Od kapitana Myant Soe Lin slyszalem, ze jest wsrod was dwoch wegetarian. Czy rowniez na jutro przygotowac dwa posilki wegetarianskie? W jednej z wiosek, przez ktora bedziemy jutro przejezdzac, znajduje sie bardzo ciekawy buddyjski klasztor. Chcielibyscie go zwiedzic? - dopytywal sie. A nastepnego dnia wszystko dzialalo oczywiscie bez zarzutu.

Cala ta "obsluga" miala nie tylko ulatwic nam przejazd, ale przede wszystkim nie dopuscic do tego, bysmy bez nadzoru poruszali sie po kraju. "Obsluga" bowiem to nieustanna obecnosc w poblizu nas przynajmniej dziesiatki zolnierzy. To dzieki "obsludze" na posilek czy na nocleg zatrzymywalismy sie w miejscach, ktore zostaly wczesniej wybrane i odpowiednio przygotowane. "Obsluga" to rowniez koniecznosc powiadamiania pilnujacego nas oficera o tym, ze chcielibysmy zrobic cos nieplanowanego, na przyklad wyjsc poza obreb miejsca przygotowanego dla nas na nocleg.

- Niestety, nie mozecie pojsc do wioski. Jest juz ciemno. Zreszta oni niedlugo beda konczyc i niewiele byscie zobaczyli - jeden z odpowiedzialnych za nas oficerow probowal nam wyperswadowac pomysl odwiedzenia wioski, w poblizu ktorej zatrzymalismy sie na nocleg. Z niewielkiej odleglosci dobiegala muzyka i spiewy. Chcielismy z bliska zobaczyc, jak sie bawia miejscowi wiesniacy. Tego jednak nie bylo w planie.

Tym razem uparlismy sie. Oficer, wydawalo sie, dal w koncu za wygrana i wydal jakies rozkazy jednemu ze swoich podwladnych. Nam powiedzial, ze musimy jeszcze chwile poczekac. Pietnascie minut pozniej na dziedziniec szkoly, w ktorej przygotowana byla nasza kwatera, wjechala wojskowa ciezarowka wyladowana po brzegi ludzmi z pobliskiej wioski. Zaczeli grac, spiewac i tanczyc. Niewiele to jednak mialo wspolnego z zabawa. Przeciez robili to na rozkaz.

 WIELKI BRAT PATRZY. Odpowiedzialni za nas zolnierze pilnowali nas bardzo dokladnie tak dlugo, jak dlugo przebywalismy w rejonach zakazanych. Nie mielismy tam duzej swobody. Jezeli ktos z nas oddalal sie od grupy, w slad za nim podazal zawsze umundurowany cien. Kazdy nasz ruch byl obserwowany, a radiostacja na korbke, znajdujaca sie na wyposazeniu eskorty, byla w ciaglym uzyciu. Ktos wazny na gorze na biezaco sledzil nasze poczynania.Sytuacja zmienila sie w, kiedy wyjechalismy z gor i dotarlismy do terenow dostepnych dla wszystkich. W Mandalay, ktore jest jednym z trzech miejsc w Birmie najchetniej odwiedzanych przez zagranicznych turystow, zolnierze sie odczepili. Zaprowadzili nas tylko do calkiem przyzwoitego hotelu, umowili sie co do szczegolow nastepnego etapu i znikneli. Przez dwa kolejne dni mielismy pozostac w Mandalay. Moglismy odpoczywac, zwiedzac, isc na zakupy, jednym slowem moglismy robic, co chcielismy, i nikogo nie pytac sie o pozwolenie.

- Nie macie pojecia, co sie dzieje w tym kraju. Pokazuja wam to, co chca pokazac. Mowia tylko to, co chca powiedziec. Rozmawiacie tylko z wojskowymi, bo tylko oni maja wyksztalcenie i tylko oni potrafia mowic troche po angielsku. W wioskach, przez ktore przejezdzaliscie, nikt nie moze wam opowiedziec, jak tam sie zyje naprawde - mowil podniesionym glosem mlody rikszarz.

Zaczelo sie od tego, ze zaczepil on dwoje uczestnikow wyprawy, Pierre'a i Carlotte, spacerujacych wieczorem po ulicach Mandalay i zaoferowal im podwiezienie riksza. Chlopak wyjatkowo dobrze mowil po angielsku i nie dal sie zbyc tlumaczeniem, ze maja ochote sie przejsc. Zaczal pytac. No i zaczelo sieÉ Kiedy byl najbardziej pochloniety robieniem wyrzutow naszym wloskim przyjaciolom, pojawil sie mezczyzna na motocyklu. Przerwal dyskusje, wyjmujac policyjna legitymacje. Chlopak zrobil sie jakby dwa razy mniejszy. Pierre i Carlotta probowali ratowac sytuacje i tlumaczyli, ze chcieli wynajac riksze i tylko negocjuja cene. Policjant, ktory okazal sie nadzwyczaj dobrze poinformowany o naszej grupie, nie wdawal sie w dyskusje. Nakazal jak najszybszy powrot do hotelu, bo "przeciez juz pozno, a trzeba sie dobrze wyspac przed kolejnym trudnym etapem". Wracali riksza. Tajniaka na motorze nie bylo widac, ale chlopak, ktory wywolal cale zamieszanie, nie odezwal sie przez cala droge ani slowem. Wielki Brat moze przeciez patrzec! MIN GA LA BA! Birma to kraj bardzo biedny. Zyje sie tutaj bardzo ciezko. Tym bardziej zadziwiajace jest wiec, ze usmiech spotyka sie tu znacznie czesciej niz gdziekolwiek indziej na swiecie. Ludzie probuja odnajdywac szczescie w tym, co im zostalo dane, i posiadaja niezwykla naturalna umiejetnosc dzielenia sie z innymi swoja radoscia.W pamieci utkwila mi szczegolnie twarz mlodego mezczyzny, ktorego mijalismy na drodze. Szedl ze wzrokiem utkwionym w ziemie i nie zauwazal zblizajacej sie do niego rowerowej grupy. Dopiero gdy zaczelismy go mijac, podniosl glowe i nasz wzrok spotkal sie na moment. W jego oczach widzialem bezbrzezne zdziwienie. Prawdopodobnie bylismy jednymi z niewielu bialych, jakich mial okazje spotkac w swoim zyciu. Zdziwienie musialo byc podwojne, bo bylismy bialymi na rowerach! Nie mogl uwierzyc w to, co widzial. Ten stan oslupienia trwal jednak tylko chwile. Zanim jeszcze na dobre go minalem, jego twarz zdazyla rozpromienic sie radosnym, szerokim i szczerym usmiechem. - Min ga la ba! Min ga la ba! (Dzien dobry) - slyszalem za plecami jego radosne pozdrowienia.

 

ROWEROWY RAJD DOOKOLA SWIATA

Birma byla czterdziestym krajem na naszej rowerowej trasie dookola swiata. Organizowana pod patronatem UNESCO wyprawa rozpoczela sie 6 sierpnia 1998 roku w Stanach Zjednoczonych - w rocznice zrzucenia bomby atomowej na Hiroszime. To miasto, tak dotkniete przez wojne, bylo tez celem wyprawy. Przez poltora roku uczestnicy mieli pokonac trase przebiegajaca przez piec kontynentow: obie Ameryki, Afryke, Europe i Azje. W przedsiewzieciu, ktorego oficjalna nazwa brzmiala Wielki Milenijny Rajd Pokoju (The Great Millennium Peace Ride), brali udzial ludzie z roznych krajow. Do mety w Hiroszimie dotarla grupa dziesieciu osob, w tym dwoch Polakow

Waldek

 
11-07-2020 17:00:25
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite