http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  ARTYKUŁY » WYPRAWA ROWEROWA 2005 » Relacje uczestników   
 
Przyp. 4:23 Czujniej niż wszystkiego innego strzeż swego serca, bo z niego tryska źródło życia!

Relacje uczestników

 
Rafał Siadak, lat 19 Koszalin

Mieszkam w Koszalinie, mam 19 lat i jestem uczniem piątej klasy Technikum Elektronicznego. W wyprawie brałem udział na trasie od Rucianego-Nidy na Mazurach do Patras w Grecji.

Zawsze chciałem pojechać gdzieś daleko... O wyprawie z Nordkapp do Olimpii dowiedziałem się przez przypadek. Od razu wiedziałem, że to będzie ta moja pierwsza daleka podróż. Nigdy jej nie zapomnę. Przez dwa miesiące robiłem to, co kocham. Poznałem ludzi, z którymi łączy mnie wspólna pasja. Wielonarodowość wyprawy była jej wielkim atutem.

Zaczęło się od przeczytania książki z relacjami polskich podróżników. Następnie dowiedziałem się o wyprawie i juz wiedziałem, że to będzie moja daleka podróż... Poznałem obyczaje ludzi z innych krajów-krajów, w których jeszcze nie byłem. Najciekawszym odcinkiem była południowa część Polski . głównie ze względu na ciekawe krajobrazy, dużą ilość mijanych po drodze zabytków, a przede wszystkim trafne poprowadzenie trasy po leśnych ścieżkach co w tak dużym kraju jak Polska nie jest proste. Najlepiej wspominam piękne widoki Ojcowskiego Parku Narodowego, dolinę przepływającego Dunajca. Niemniej jednak(w przyszłości) swoim dzieciom opowiem, jakie wrażenie wywarł na mnie widok Stolicy Macedonii - Skopje. Oglądałem te miasto z pobliskiej góry, na której znajdował się wielki - bo ponad 60-cio metrowy krzyż.


Była to pierwsza tak daleka wyprawa w moim życiu, aczkolwiek jestem pewien, że nie ostatnia. Polecam wszystkim!!!

Paweł Klimczak, 25 lat Kielce

Przejechałem z Wami dwa odcinki: Warszawa-Kraków oraz 'zrobiłem' także Grecję (Saloniki-Olimpia). To była pierwsza dłuższa wyprawa rowerowa, wcześniej trafiały mi się tylko wycieczki jedno- lub dwu-dniowe. Nie chciałem w wakacje siedzieć w domu, tylko ruszyć się gdzieś. Lubię jeździć rowerem, gdy więc zobaczyłem plakat informacyjny - sprawa była przesądzona "Muszę pojechać przynajmniej na tydzień!".

Takim dniem, który zapamiętam na bardzo długo jest osławiony już 'podjazd do Bralos (o ile pamiętam Karditsa-Lamia-Bralos w dn.22 sierpnia). Ze względu na długie podjazdy (szczególnie ostatni, robiony w nocy), stronę zjazdy (powyżej 70km/h może zrobić wrażenie), przygodę z grecką policją. Który odcinek był najlepszy? Cała wyprawa była wypasiona, nie potrafię wskazać jakiegoś najlepszego odcinka - każdy dzień przynosił coś nowego, był inny, ale dawał taką samą radość!

Jeśli szukasz fotek, to zajrzyj na http://ssynek.no-ip.org

Leon Świeczak, 52 lata Warszawa

To moja pierwsza wyprawa rowerowa, którą odbyłem w dniach 17.08 . 04.09.2004 r.

Uprawiam piękny zawód agenta ubezpieczeniowego. Mam kontakt z wieloma ludźmi. Właśnie w ten sposób dowiedziałem się o wyprawie .Nordkapp - Olimpia . Ateny 2004..

Od tego momentu głowę miałem zajętą tym, jak się znaleźć w Grecji. Nawiązałem kontakt z Waldkiem Grabką, który bardzo mi pomógł. Dzięki za wszystko! Wyszukałem dojazd do Grecji w .samochodzie-chłodni.. Sympatyczny kierowca dowiózł mnie i zostawił na rozdrożach autostrady Saloniki - Ateny- Veria. Wysiadłem z chłodni w 40 stopniowy upał. Przejechałem rowerem 500m (45 kg bagażu) i zabrakło mi powietrza w obu kołach. 9 łat na jednej gumie, która została u mnie na pamiątkę. Pojechałem dalej samotnie do Katerini-Palari przez Aleksandrię - piękny kurort, przecudowne pejzaże, ciężkie pchane i spacerowe podjazdy dalej szybkie zjazdy. Tak samotnie goniłem grupę będąc w kontakcie z Waldkiem. Spałem w hotelach pod wieloma gwiazdkami .u zająca..

Najdłuższa dzienna dawka km to 105 km do Stomio, autostradą nad morze. Jadąc cudownymi trasami w górach i nad morzem z kąpielą, dojechałem do grupy w miejscowości Kadritsa. Jechałem dalej z grupą wspaniałych ludzi z wielu państw tak aż do Aten, przez Patrę i Olimpię. Przepiękne Ateny ze swoimi zabytkami. Bardzo mila atmosfera z przewodniczką Ilia . to Greczynka, którą chciałbym jeszcze raz spotkać.

Idylla rowerowa trwała 3 tygodnie. Powrót do Warszawy około godz.1 w nocy i następne 20km od Pałacu Kultury rowerem do domu - to piękne zakończenie. Największy ból, jaki przeżyłem, to ból rąk .od konwersacji.. Mimo braku doświadczenia i nieznajomości języka przeżyłem cudowne chwile. Jedne z piękniejszych w moim 52 letnim życiu. To był początek przygody. Przejechałem w Grecji około 980 km.

Dzięki takim ludziom jak Waldi, Sigitas, Ilia, Janusz, Saulenka, Algirdas-bardzo pomógł rozwiązać problem - i wszystkim nie wymienionym z imienia odbyłem piękną wyprawę.

To moja tląca się pasja. Jak widać marzenia się spełniają.

Jadę dalej....................... z pozdrowieniami,

Leon

 

Andrzej Staśkiewicz, 36 lat

Wiceprezes Brzeskiego Klubu Miłośników Aktywnego Wypoczynku "Na Przełaj"
mieszka w Brzegu w zimie na co dzień redaguje gazetkę rowerową od lat jeździ w różne miejsca Polski.

Cześć! To ja, Andrzej. Chcę Wam przedstawić relację z mojej ostatniej i najdłuższej wyprawy.

To był wyjątkowy, nietypowy wyjazd. Bez długotrwałych przygotowań, kupiłem tylko mapy, wysłałem zgłoszenie i w drogę. Bez żadnych sztywnych planów. I wyszła najdłuższa wyprawa, bo trwająca aż 37 dni. Nietypowo, bo połowa trasy w zorganizowanej wspaniałej, międzynarodowej grupie. A z Belgradu zupełnie samotnie...

Pierwsza część (od 19 lipca do 4 sierpnia) to jazda w grupie: od polskiej granicy do Belgradu. Konkretnie od Szczawnicy, przez Przełom Dunajca, pod Trzema Koronami, dalej przez Słowację: m.in. Słowacki Raj i Koszyce, dalej Węgry: Tokaj i wzdłuż rzeki Cisy do Szeged, tam dzień przerwy i dalej przez Wojwodinę w Serbii, aż do Belgradu.

Był to wspaniały międzynarodowy peleton: od kilkunastu do kilkudziesięciu Polaków, tyluż Litwinów, dwójka Amerykanów, Włoszka, Łotyszka, Austriaczka i kilku Niemców oraz Szkot z Walii. Po drodze dołączali Słowak, Węgrzy i Serbowie... Istna wieża Babel, bo choć oficjalnym językiem odpraw był angielski, to prywatnie trzeba było używać polskiego, niemieckiego, rosyjskiego - na tyle, ile kto co umiał - oraz dodatkowo warto było znać język gospodarzy - a Ci co kilka dni się zmieniali.

BaltiCCycle to seria rajdów organizowanych przez litewską organizację rowerową LDB wspólnie z sąsiadami. Rok wcześniej do BalticCycle przyłączyło się Stowarzyszenie Podróżników CROTOS z Warszawy i zorganizowali rajd z Warszawy do Wilna. W roku 2004 impreza nabrała charakteru światowego.

Grupa ruszyła z Przylądka Północnego już 11 maja, w 14-osobowym składzie. Jechali na południe, jedni się przyłączali, inni odłączali, grono się powiększało, do ponad 50 osób w Polsce. Ja dołączyłem w Szczawnicy. Celem grupy jest Olimpia (dotrą tam 29 sierpnia na zakończenie olimpiady).

Bagaże wiózł nam busik z przyczepką. Każdego wieczoru i o poranku odbywała się odprawa, dostawaliśmy kserokopie mapek z naniesioną trasą. W każdym kraju był inny przewodnik - najlepszy był Sławek w Słowacji - oprócz najlepszych map malował nam sprejem strzałki na drodze.

Trasy można było pokonywać, jak kto chciał. Byli tacy, co świadomie wydłużali sobie dzienne odcinki, byli i tacy, co wracali po ciemku. Jedni szukali skrótów i tras w dolinach rzek - a inni wyszukiwali cyklotrasy MTB i najwyższe przełęcze. Tak przynajmniej było w Słowacji. Najczęściej przejazdy odbywały się w podgrupkach, by spotkać się wieczorem lub w jakimś punkcie zbornym.

 

Joanna Mikulska, lat 21 Warszawa

.Dołącz do nas! Do wzięcia udziału w wyprawie mogą zgłaszać się wszyscy, którzy marzą o przeżyciu Wielkiej Przygody. Każdy otrzymam mapę z zaznaczoną trasą i miejscami wartymi zwiedzenia. Każdy sam decyduje jak szybko jedzie. Grupy spotykają się dopiero na noclegu. Taki był fragment notki w gazecie, który przeczytałam na początku lipca w gazecie.

Sprawdziłam termin trasy, pasował mi tylko odcinek z Warszawy do Wieliczki, ale pomyślałam, że spróbuję. Ryzyko było podstawowe, bowiem w ogóle nie wiedziałam, w co się pakuję. Nie znałam nikogo ani z uczestników, ani też z organizatorów. Na samotne wieczory spakowałam do sakw Pratchetta. Nocleg w Warszawie był miejscem gdzie dołączało się najwięcej osób. Ze stolicy wyruszyliśmy grupami po 10 osób. I tak już miał być do końca. mimo, że nie było obowiązku organizowania się w jakiekolwiek grupy, bowiem każdy mógł jechać indywidualnie, już w trakcie pierwszego dni ukształtował się skład naszego wyczynowego .teamu.. Migrowały tylko jednostki, jednak już na noclegach integracja była 100%. Choć w wyprawie uczestniczyłam zaledwie tydzień poznałam tam wspaniałych ludzi . Polaków i obcokrajowców, z którymi kontakt utrzymuję do dziś. Ostatnio wróciliśmy z wyjazdu narciarskiego. Do Pratchetta nawet nie zajrzałam. Książkę pożyczyłam koledze, który jechał z wyprawą do Serbii.

 

Maryla Zielińska Warszawa

Z ostatniej wyprawy najbardziej utkwił mi w pamięci .rest day. w Stomio (Grecja). Szef rajdu ze strony litewskiej - Sigitas Kucas - zaproponował, że ci, którzy nie chcą odpoczywać na plaży, mogą z nim jechać na rowerach w góry. Zebrało się nas pięć osób. Niewinnie zakrojona palcem na mapie trasa, okazała się najbardziej wyczynowa w trakcie całego rajdu, był to absolutny up-hill i down-hill. Grecka mapa okazała się dość złudna... Po dojechaniu do pierwszego miasteczka w górach, zobaczyliśmy na opłotkach resztki plakatów, które oznajmiały, ze tydzień temu odbywały się tu międzynarodowe zawody kolarstwa górskiego (MBA?). Senni od upału mieszkańcy byli dość zdziwieni naszym widokiem, po drodze niemal nikogo nie spotkaliśmy, jakiś pasterz ze stadem owiec, ktoś, kto doglądał winnicy... W drodze powrotnej niemal cały czas trzeba było używać hamulców, aż do zdrętwienia rak. Po tym rest-day długo dochodziliśmy do siebie, ale byliśmy szczęśliwi, widoków, emocji nikt z nas na pewno nie zapomni.

Na odcinku z Wilna do Warszawy najbardziej zapamiętałam dzień "przepychania się" przez Puszczę Borecką - przepychania, ponieważ na zmianę padał deszcz i świeciło słońce, jakoś odłączyłam się od grupy i sama jechałam przez puszczę, wiele razy trzeba było wracać i korygować obraną trasę, bo nie zawsze rzeczywistość zgadzała się z otrzymanym opisem trasy i mapka też nie. Ale za to miałam niesamowitą puszczańską ciszę, zapachy spotęgowane wilgocią, spotkania ze zdziwionymi sarenkami itp. Dodam, ze odcinek miał ponad sto kilometrów, czułam się po nim absolutnie wykończona, ale szczęśliwa.

W Grecji niesłychanym przeżyciem były oczywiście zjazdy serpentynami powyżej 60 km/h, ale pod względem rozmaitości doznań, zapamiętałam ranek w Delfach - jeszcze pustych, z budzącym się dniem, to przedziwne przemieszanie kultury i natury, które świadczy o geniuszu starożytnych Greków i wielkości ich kultury.

W rajdach BaltiCCycle, poza wszystkimi atrakcjami turystycznymi, pociąga mnie to, ze biorą w nich udział ludzie z rozmaitych krajów, w najróżniejszym wieku, z różnym przygotowaniem i na rozmaitej jakości sprzęcie, a mimo te gromadę coś łączy. Odkłada się w niepamięć swe zawodowe i prywatne życie, wszystkie z tym związane sprawy i żyje chwila bieżąca, niemal instynktownie, smakując urodę każdej minuty.

 

Dawid Siudmak, 20 lat Warszawa

 

Hey! Nazywam się Dawid Siudmak; lat 20. Do wyprawy dołączyłem na odcinku Wieliczka-Olimpia. Nigdy wcześniej nie brałem udziału w tego rodzaju imprezie; pewnego pochmurnego dnia, podczas śmiertelnie nudnych wykładów zastanawiałem się, co będę robił podczas wakacji i pomyślałem o turystyce rowerowej, chociaż ostatni raz jeździłem na rowerze będąc dzieckiem. No to co?! W końcu liczy się spontaniczność! W momencie, gdy ekipa przekraczała granicę Litewsko-Polską, ja dowiedziałem się o wyprawie z gazety. Szybko skompletowałem sprzęt i w drogę!

Jeśli chodzi o wydarzenie, które najbardziej utkwiło mi w głowie to: pewnego dnia w Serbii zabłądziłem; szukając drogi postanowiłem pojechać skrótem-przez pole! A że przez ostatnie dni padało, pole zamieniło się w morze błota, więc przez 10km brnąłem po kolana w błocie, pchając rower.

Kiedy już dotarłem do drogi pewna miła, serbska rodzina zaoferowała pomoc. Mogłem umyć rower, siebie, zjadłem najlepszy obiad podczas całej wyprawy, a co najlepsze ojciec rodziny otwarł butelkę domowej roboty Palinki (czyt. śliwowicy) i ...nie wypadało odmówić! Wyobraźcie sobie: śliwowica i 35-stopniowy upał! Efekt murowany! Pózniej zaoferował piwo... sami rozumiecie: nie wypada odmówić. Można sobie wyobrazić w jaki sposób przejechałem kolejne 45km tego dnia :)

To właśnie w Serbii, której wszyscy się boją, spotkała mnie i nie tylko mnie, największa życzliwość ludzi.

 

Konrad Masłowski, 15 lat uczeń Gimnazjum, Warszawa

Moja przygoda z BalticCycle rozpoczęła się na granicy między Węgrami i Serbią, a zakończyła się w Grecji, Olimpii. Do wzięcia udziału zachęciła mnie, można powiedzieć, chęć sprawdzenia swoich możliwości i ciekawość oraz chęć uczestniczenia w tak wyjątkowym wydarzeniu. Było to pierwsze moje tak wielkie, rowerowe przedsięwzięcie, nie licząc drobnych wypraw w Bory Tucholskie czy na Mazury.

Trudno jest mi powiedzieć, co najbardziej zapadło mi w pamięć, bo mógłbym wymieniać praktycznie wszystkie wydarzenia i miejsca, ponieważ wszystko miało swój wyjątkowy i niepowtarzalny urok. Jednak gdybym miał wybrać coś, co najbardziej utkwiło w mojej pamięci wymieniłbym Klasztory Meteory i Olimpię.

Jestem bardzo zadowolony, że mogłem w takiej wyprawie uczestniczyć i poznać tak wielu ciekawych ludzi.

 

Paweł Szostek Warszawa

Nazywam sie Paweł Szostek, mieszkam w W-wie, uczę się w XIV LO im. S.Staszica w klasie mat-inf. Jestem zarażony .cyklozą. od kwietnia 2003 roku. Wtedy wyciągnąłem rower mojego brata z piwnicy i postanowiłem jeździć, żeby tyle nie siedzieć przed komputerem... no i mnie wciągnęło :> W kwietniu 2004 dozbierałem sobie w końcu po wzięciu pożyczki i sprzedaniu starych gratów na nowy rowerek. W roku szkolnym jeździłem ile wlazło, ale wiedziałem ze w wakacje nie odpuszczę. Plakat wyprawy pierwszy raz zobaczyłem chyba w maju, kiedy jechałem z Michałem (jest na zdjęciach) na przejażadżkę do Powsina. Byliśmy w sumie zainteresowani, ale po przyjeździe zapomnieliśmy adres. Przypomniało nam się znów o wyprawie, kiedy na Warszawskiej Masie Krytycznej Ewa (siostra Piotrusia) rozdawała o niej ulotki. Trochę się jej wypytaliśmy i postanowiliśmy jechać, ale ze następnego dnia wyjeżdżał autokar do Wilna, wiec musieliśmy zapewnić sobie jakiś inny transport. Dogadałem się z Piotrusiem, styknelismy się na dworcu centralnym tydzień później. Wtedy poznałem Kubusia, Tomka, który tego dnia przyjechali z Poznania pociągiem i małżeństwo ze Szwajcarii, Asie i Chrisa, którzy kilka dni wcześniej przyjechali z Genewy i w Polsce kupili dopiero rowery. Brałem udziale w wyprawie na odcinku Puńsk-Kraków. Szczerze mówiąc to się trochę cykaliśmy tej wyprawy, bo średni dystans dzienny miał wynosić ~90km, a my nawet tyle nigdy na raz nie przejechaliśmy.. ale w końcu daliśmy rade:) Na początku byłem totalnie zmęczony. Każda górka była dla mnie wyzwaniem, ale z czasem i jazda stała się łatwiejsza i było z kim pogadać. Potem trochę żałowałem, ze te pagórki i błota minęły, bo jazda była bardziej monotonna. Z czasem to kręcenie stało się dodatkiem do rozmowy, czyli dokładnie na odwrót niz przedtem. Staraliśmy się cały czas trzymać jakieś sensowne tempo (powyżej 30km/h), żeby czuć pod wieczór zmęczenie. Na trasie często spotykaliśmy innych uczestników, staraliśmy się pomagać Niemcom czy Litwinom wypytując o drogę i im wszystko objaśniając. Najciekawiej chyba było ostatniego dnia, kiedy najpierw wjechaliśmy sobie pieszym szlakiem pod Jaskinie Łokietka w Ojcowskim Parku Narodowym - dwóch kumpli poszło sobie obejrzeć jaskinie, a my zaczekaliśmy. Potem wymyśliliśmy, że zjedziemy prosto do bramy krakowskiej, mimo ze nie najlepiej znaliśmy ten szlak, a z tego, co pamiętałem to na piechotę miąłem z nim problemy. No i się zaczęło.. :> Kolega, który miał klocki tylko w tylnim hamulcy jechał pierwszy, potem ja a dalej dwóch sakwiarzy. Szlak nie był w większości ogrodzony a nawierzchnia była pokryta dobrze wypolerowanym wapieniem. Było dobrze, dopóki w oddali nie pojawił się przed nami ok 50cm schodek. Kumpel nie mógł wyhamować, wiec zeskoczył z roweru. Ja się prawie zatrzymałem, ale na końcu tylnie kolo mi podbiło i zamiast przelecieć przeszedłem przez kierownicę (to moja popisowa sztuczka). Za nami goście z sakwami się wywalili widząc, co my robimy. :) Potem się dowiedziałem ze Michał, który jechał przede mną od początku do końca hamował, ale mimo to tyl mu się ślizgał i jechał jakieś 30km/h. Nasze 3 rowery leżały zakleszczone na sobie, wszyscy się dziwiliśmy, ze z tego wyszliśmy bez szwanku.

 To tylko jedna z naszych przygód na szlaku...


Mateusz Lewandowski, 18 lat

Częstochowa


Nazywam się Mateusz Lewandowski, mam 18 lat i byłem jedynym częstochowianinem uczestniczącym w wyprawie BaltiCCycle 2004. Była to moja pierwsza tak długa eskapada na rowerze. W grupie jechałem na odcinku od Częstochowy <ściślej od miejscowości Niegowa> do granicy węgiersko- serbskiej. Najbardziej w pamięci utkwiły mi ceremonię, na których byliśmy witani przez ważne osobistości w danej miejscowości oraz załamanie pogody nad Węgrami - czyli 4 dni jazdy w totalnym deszczu i zimnie. Niestety nie mogę stwierdzić, jaki odcinek podobał mi się najbardziej, bo tak na prawdę cała wyprawa była bardzo fajna i wszystkie odcinki razem tworzą wyjątkowy klimat. Do wzięcia udziału w wyprawie nikt mnie nie zmuszał. W ręce wpadł mi artykuł z gazety "Rzeczpospolita" pt: "Rowerem na Olimpiadę" następnie posłuchałem audycji w radiu Zet i wtedy już wiedziałem, że muszę pojechać - szczególnie, gdyż nie miałem planów na wakacje. Niestety nie udało mi się namówić nikogo ze znajomych, gdyż było już dość późno. Coś, co doceniłem po wyprawie to był fakt, że poznałem bardzo wielu ludzi z wielu różnych krajów świata i miast polski. Na co dzień jestem uczniem II Liceum Ogólnokształcącego w Częstochowie. Po wyprawie BC2004 wraz ze znajomymi zacząłem organizować Masę Krytyczną na ulicach Częstochowy <to dzięki temu, że na wyprawie poznałem organizatorów Warszawskiej Masy oraz uczestników, którzy mi opowiedzieli jak to się dzieje w stolicy>.

Monika Stasiuk, 21lat Warszawa


Na co dzień studiuję filozofię i kulturoznawstwo, więc staram się wykorzystać każdą chwilę wytchnienia od intelektualnych "rozrywek" na rozrywki mniej intelektualne, jak np. wycieczki rowerowe. Tegoroczna wyprawa do Grecji była wyjątkowa z paru względów. Po pierwsze - była dla mnie pierwszą. tak długą - ok.1,5 m-ca. Po drugie - wyjazd był kompletnie niezaplanowany, bo dowiedziałam się o nim i zdecydowałam się pojechać na dzień przed. Również odcinki trasy, które chciałam przejechać wydłużały się spontanicznie. Szczawnica, Serbia, a w końcu znalazłam się w samej Grecji. Po trzecie - przeżyłam swój pierwszy rowerowy wypadek, który zaowocował zmasakrowanymi pewnymi częściami ciała, co znacznie zmniejszyło komfort siedzenia na siodełku. Na szczęście znalazło asie paru "sanitariuszy", gotowych opatrzeć rany i otrzeć łzy. Po czwarte - te wszystkie drobnostki, które jednak najbardziej zapadają w pamięć, jak toaleta w kałuży, czy drzemki pod supermarketem na środku chodnika. Pamięta się również ludzi, z którymi dzieliło się codzienne zmagania z pogodą, z map., a czasem także z innymi uczestnikami. No i w końcu to "Udało się!", bo jak by nie patrzeć, był to spory wysiłek, nie tylko fizyczny. Przede wszystkim jednak przyjemność ze wspólnej podróży w gronie osób - tak różnych, a jednak potrafiących znaleźć wspólny język, dzielących pasję, jaką są rowery i głód przygody.

 

Ewa Świderska Warszawa

Na rowerze jeździłam .od zawsze.. Naprawdę! Odkąd pamiętam towarzyszył mi wielocyped. Mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, iż jestem od niego uzależniona, choć nie należę do władców szos liczących pokonywane kilometry. Liczy się otaczająca przyroda, poczucie wolności i napotykani na trasie ludzie. Pierwszą długą wyprawą rowerową była wyprawa z Pragi do Wiednia. Organizowałam też kilkudniowe wyprawy na terenie Polski.

Ubiegłoroczna .Croto . wyprawa. to było jednak coś nowego, to było .to.! Tak naprawdę planowałam wyprawę na południe Francji, ale cieszę się, że . 4 dni przed wyjazdem! . zmieniłam zdanie. Udało mi się dołączyć na odcinek grecki. Nie miałam wątpliwości, iż jechać będą pasjonaci rowerowania . i nie zawiodłam się. W naprawdę doborowym, międzynarodowym towarzystwie ludzi w różnym wieku zdobyłam prażącą sierpniowym słońcem Helladę. Nie zawsze wiedzieliśmy, gdzie będziemy nocować - raz był to dziedziniec szkolny, innym razem super kemping, a jeszcze innym polana górska. Przełamałam strach przed pokonywaniem gór, po prostu nie miałam wyjścia, trzeba było się przedrzeć przez Pindos. Teraz już wiem, że to dużo większa frajda niż jazda .po płaskim.. Oczywiście najbardziej atrakcyjne były zjazdy.. Po kilka -, kilkanaście kilometrów z oszałamiającą prędkością. J .

No i Grecy. sympatyczni, nie śpieszący się nigdy. to tam narodziło się pojęcie .czasu greckiego. . to znaczy, że jeśli było powiedziane, że wyjeżdżamy o 9tej, to przed 9.45 nie było mowy o starcie. Szokiem było dla mnie to, iż wielokrotnie byliśmy witani z pompą przez władze miast, - wywiady, mikrofony. no i wspólna kolacja! Niby nieważne, ale jak sympatyczne. Taki peleton przejeżdżający przez miasto też zawsze wzbudzał zainteresowanie.

W tym roku dołączyłam do grupy organizującej wyprawę do Odessy i już nie mogę się doczekać następnej przygody.

 
12-07-2020 15:50:51
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite