http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  EMAILE Z PODRÓŻY » Slawomir Platek - GMPR 6 kwietnia 1999, 10:38:57 (Tue, 6 Apr 1999 10:38:57 +0200)   
 
Przyp. 6:26 Gdyż nierządnicę można zgodzić za bochenek chleba, lecz cudzołożna żona przyprawia o cenne życie.

Slawomir Platek - GMPR 6 kwietnia 1999, 10:38:57 (Tue, 6 Apr 1999 10:38:57 +0200)

  WITAM WSZYSTKICH !          DAKAR SENEGAL  AFRYKA 04.04.1999

Postanowilem po osmiu miesiacach podrozy napisac cos takze w jezyku
polskim. Litewscy koledzy w swoim kraju sa znani pisza ciagle do agencji
prasowych a takze ich material filmowy ukazuje sie w telewizji litewskiej.
Koledzy z niemiec pisali rowniez do gazet.Podczas podrozy wiele artykulow
ukazalo sie w Meksyku, Kolumbii, Peru, Argentynie, Ghanie i rowniez takze w
innych krajach. W Polsce praktycznie nikt nic nie wie o GMPR po za
niewielkim gronem osob. A wiec chcialbym rozpoczac wszystko od poczatku.
Idea rajdu zrodzila sie w 1993 roku w Atenach podczas miedzynarodowego
spotkania rowerzystow. W 1994 roku powstala w Stanach Zjednoczonych
organizacja non-profit: " The Great Millenium Peace Ride" , czyli Wielki
Milenijny Rajd Pokoju, ktora nawiazujac kontakty z organizacjami i
pojedynczymi osobami z roznych stron swiata zaczela tworzyc miedzynarodowa
siatke koordynatorow Rajdu w poszczegolnych krajach i regionach. Pierwotnym
zalozeniem bylo stworzenie pieciuset osobowej grupy rowerzystow, po trzy
osoby z kazdego kraju, i zapewnienie poprzez miedzynarodowy sponsoring,
srodkow finansowych na pokrycie kosztow calego przedsiewziecia. W
miedzyczasie nastapila decentralizacja organizacji sfery finansowej Rajdu co
oznaczalo, ze uczestnicy musza sami zdobyc srodki finansowe w kraju ktory
reprezentuja.
W Polsce organizacja sie zawalila, nie wiedzialem czy wezme udzial w tym
rajdzie. Nie udalo mi sie znalezc sponsorow . Nie mialem dosc dobrego
roweru,
sprzetu na taka podroz, ubezpieczenia na tak dluga i za razem niebezbieczna
droge. Nie mialem niczego.
  Rajd wyruszyl 6 sierpnia 1998 roku z Seattle ze Stanow Zjednoczonych  w
rocznice zrzucenia bomby atomowej na Hiroszime a zakonczy sie 1 stycznia
2000 roku w Hiroszimie. Nasza trasa przebiegala przez Polnocna Ameryke dalej
przez Ameryke Srodkowa i Polodniowa. Teraz podroz kontynujemy w Afryce
Zachodniej nastepnie Europa , Bliski Wschod i Azja.
  Z Wilna otrzymalem od miedzynarodowego koordynatora dokumenty miedzy
innymi list z UNESCO z Paryza,  ktore pomogly mi otrzymac wize do Stanow
Zjednoczonych. Te dokumenty otrzymalem w ostatniej chwili. Po zdobyciu wizy
do USA takze
otrzymalem wizy do Meksyku i Gwatemali.
Martwilem sie jak tu dotrzec do Seatlle poniewaz nie mialem pieniedzy na
przelot. Ale dzieki pomocy kolezanki udalo mi sie znalezc bilet za okolo
1300 zloty, 322 dolary. Te pieniadze takze byly dla mnie wysokim kosztem ale
udalo sie zdobyc te kwote. Z Warszawy wylecialem 7 sierpnia 1998  Jedna noc
w Londynie i dalej nastepnego dnia kontynuacja podrozy do  Seattle. W
Seattle nikt na mnie nie czekal na lotnisku bylem troche tym zmartwiony
daleko od domu. Ale czekalem okolo 6 moze 7 godzin i nikt nie przyjezdzal.
Pozniej okolo wieczora wzialem taksowke ktora zawiozla mnie pod adres ktory
otrzymalem od miedzynarodowego koordynatora. Pod  podanym adresem nie
zastalem wlasciwej osoby a moj angielski nie byl za najlepszy aby sie dobrze
porozumiec w szkole tylko uczylem sie jezyka rosyjskiego i niemieckiego. Za
taksowke zaplacilem okolo 40 dolarow a za nocleg w miedzynarodowym
schronisku 20 dolarow czyli pierwsza noc byla nie ciekawa i dosc droga jak
dla mnie. Przylatujac do Seattle mialem ze soba moze okolo 300 dolarow.
miedzynarodowy koordynator napisal  mi w emailu jeszcze jak bylem w Polsce
ze moze zalatwi jakis sponsorow ale z tego nic nie wyszlo. W Seatlle
pomoc otrzymalem od polskiego studenta Przemka Pardyaka. Po kilku dniach
pobytu  pod podanym adresem w Seattle. Dolaczylem do grupy w stanie Oregon.
Podczas podrozy przez zachodnie wybrzeze  Stanow Zjednoczonych nocowalismy w
Parkach stanowych. W Stanach Zjednoczonych bylo nas  10 osob tak ze nocleg w
Parkach  dla nas nie byl tak kosztowny okolo 1,5 doloara na kazda
osobe. Byly dosc dobre warunki mozna bylo sie umyc w wiekoszosci parkach
byla goroaca woda.  Jedzenie mielismy wspolne tzn kazdego dnia byla zmiana
trzyosobowa ktora przygotowywala jedzenie rano przed wyruszeniem w trase i
wieczorem po zakonczeniu trasy. Kazdego dnia ekipa kucharzy sie zmieniala.
Dzennie w USA robilismy okolo 100 km ( dokladne informacje
http://www.peaceride.org ). Podrozowalo sie przyjemnie aswaltowe drogi,
wspaniale krajobrazy i klimat podobny byl jak w Polsce latem. W Los Angeles
i San Diego otrzymalem pomoc finansowa od POLONII KALIFORNIJSKIEJ i dzieki
temu moglem kontynuowac moja podroz do Argentyny. W Stanach
Zjednoczonych przebywalem od 8 sierpnia 1998 roku do 5 wrzesnia 1998 roku.
Z wazniejszych miast odwiedzilismy San Francisco slynny most Golden Gate.
Los Angeles , Hollywood, Beverly Hills.  Podrozowalismy przez trzy stany
Washington, Oregon, California. Nasza grupa skladala sie z 5 osob z Litwy, 3
osoby z Niemiec,  1 osoby z Turcji i ja z Polski.
W Meksyku kontynuowalo podroz 9 osob. Jedna osoba z litwy powrocila do
Kanady kontynowac studia.
W Meksyku mielismy troche problemow  na tzw wewnetrznej granicy w stanie
Sonora. Byl  problem zwiazany z naszym samochodem. Zadali od nas tzw "Car
permision" My postanowilismy ze nie bedziemy placic zadnych pieniedzy zeby
kontynowac podroz bez tych dokumentow i postanowilismy powrocic do Stanow
Zjednoczonych okolo 400 km i inna droga poprzez stan Arizona powrocilismy do
Meksyku gdzie legalnie bez zadnych problemow otrzymalismy porzebne
dokumenty. W Meksyku mielismy przygotowany program przez tamtejszych
koordyntorow.  W Hermosillo dolaczyla do nas meksykanka koordynatorka .
Kazdego dnia wstawalismy wczesnie rano jeszcze przed wschodem slonca okolo
godziny czwartej i okolo piatej rozpoczynalismy podroz na rowerach z obstawa
policji. I tak bylo w  wiekszosci dni kiedy tylko podrozowalismy na
rowerach.
Byly przygotowane miejsca nolegowe w szkolach, hotelach, miejscach
sportowych,
czasami takze otrzymywalismy jedzenie. Odbywaly sie spotkania w Szkolach z
mlodzieza, z prasa, radiem i telewizja. W Meksyku mielismy ciezkie zycie bo
zawsze musielismy przybyc punktualnie na miejsce spotkania a nie zawsze sie
to udawalo i nasz koordynator byl na nas czasami zdenerwowany.W moim rowerze
pekla
rama ale naszczescie zostala zespawana dosc dobrze za okolo 5 dolarow.Ja
podrozuje na rowerze Universal firmy "ROMET" wyprodukowanym w 1976 roku a
wiec po tylu latach miala prawo peknac ta rama. Koledzy moi maja dosc dobre
i drogie rowery niestety mnie nie bylo stac kupic sobie dosc dobry rower na
ta podroz. Jakos ten moj rower dosc dobrze sie sprawuje po mimo swojego
wieku. W Meksyku z jedzeniem nie bylo zbytnich problemow. mozna bylo kupic
rozneogo rodzaju owoce nie drogo takze pieczywo i warzywa. W Meksyku
odwiedzilismy takie wieksze miasta jak   Tijuana,Hermosillo (gdzie
temperatura dochodzila do 42 'C) Culiacan,Mazatlan, Guadalajara, Morelia
Meksyk z okolo dwudziesto-milionowa ludnoscia, Puebla, Tehuacan, Oaxaca,
Tehuantepec, Tuxtla Gutierrez. W meksyku przebywalismy miesiac do czwartego
pazdziernika przebylismy przez ten kraj okolo 4000 km pokonujac te odleglosc
na rowerze a takze poprzez transport. W meksyku takze rozstal sie z nami
jeden kolega z niemiec.
W Gwatemali spedzilismy tylko 8 dni. W miescie Solola dolaczylo do nas
jeszcze dwuch meksykan. W tym kraju odwiedzilismy malowniczo polozone
jezioro w gorach. W miescie Gwatemala odwiedzilismy szpiltal poniewaz jeden
z kolegow z ekipy litewskiej mial problemy z  okiem z czego w rezultacie
musial zostac  dluzszy czas gdzie zostala przeprowadzona operacja na oku.
W Salwadorze spedzilismy piec dni. Biedny kraj podrozujac moglismy zobaczyc
jak ludzie zyja w chatach z gliny przykrytych sloma, sprzedajacych banany,
arbuzy i inne owoce tropikalne. Podrozowalismy nad oceanem spokojnym wsrod
malowniczych widokow. Cicho bylo i spokojnie wogole nie widzielismy
turystow.
Odwiedzielismy stolice San Salwador gdzie zrobilismy wizy do Hondurasu.
W Hondurasie bylismy tylko trzy dni odwiedzilismy stolice Tegucigalpe.
Gdzie w pozostawionym bez opieki  naszym samochodzie z tablica rejstracyjna
z USA jacys ludzie wybili szybe w drzwiach za ktora to nowa szybe musielismy
zaplacic okolo 120 dolarow.
W Nikaraguii spedzilismy tydzien czasu gdzie pogoda byla deszczowa. Zycie
musielismy sobie organizowac sami jak i rowniez w calej Ameryce Srodkowej.
Trzy razy nocowalsmy w szkolach i raz w kosciele ADWENTYSTOW DNIA SIODMEGO.
W Nikaraguii rozstal sie z nami jeden meksykanczyk.
W Kostaryce  spedzilismy osiem dni. Nocujac przy kosciolach. W San Jose w
stolicy musielismy siedziec kilka dni poniewaz koledzy z Litwy potrzebowali
wizy do Panamy a ktorych to wiz nie chciala wydac ambasada. Musielimy
przeprowadzic maly protest przed ambasada. Nastepnego dnia litwini otrzymali
wizy.
W Panamie przebywalismy ponad dwa tygodnie. W miescie David dolaczyl sie
jeden rowerzysta ze Szwecji i podrozowal z nami kilka dni  do  miasta
Panama. Tutaj mielismy problem z przedostaniem sie do Kolumbii. Przy kanale
panamskim w sektorze Stanow Zjednoczonych spedzilismy okolo 2 tygodni
oczekujac na statek.
Moglem zauwazyc kolosalna roznice pomiedzy sektorem USA a reszta miasta
Panamy. W amerykanskim sektorze czysto wszystko jest zadbane jak w USA a
pozatym  sektorem ludzie zyja nie wszyscy ale w wiekszosci jak w smietniku i
to takze
mozna bylo zauwazyc w calej Ameryce srodkowej.  Sa ludzie takze bogaci
ktorzy przewaznie zyja  w stolicach lecz sa tak obwarowani jak oboz
koncentracyjny z drutem pod napieciem i jeszcze innymi udogodnieniami. Mozna
bylo zauwazyc ludzi mieszkajacych na ulicach ludzi ktorzy zebrza a takze
ludzi ktorzy podchodza do samochodow probujac cos sprzedac. Swiat ameryki
jest bardzo kontrastowy ludzie bardzo bogaci i rowniez ludzie bardzo biedni
ktorych jest wiekszosc.
W miescie Colon, Panama zapakowalismy nasz samochod do kontenera i statkiem
wyslalismy go do Kartageny w Kolumbii, a my sami szukalismy dla nas innego
transportu. I z powrotem wrocilismy autobusem do miasta Panama skad
polecielismy  malym samolotem do miasteczka malego a moze raczej wsi  nad
oceanem atlantyckim gdzie
zrobilismy powinnosci paszportowe i dalej plynelismy mala lodka do Kolumbii
po oceanie koloru niby zielonego w piekny sloneczny dzien obserwujac
malownicze krajobrazy. Z wsi juz w Kolumbii musielismy wziasc inna ludke
azeby doplynac do miasta Turbo. Lodzia wyruszylismy poznym popolodniem z
naszymi rowerami i  bagazami. Zrobilo sie ciemno na niebie pojawily sie
blyskawice i takze pozniej zaczal padac deszcz. Nasi przewodnicy pozniej
stracili orientacje gdzie sie znajdujemy ale pozniej wszystko wrocilo do
normy. Podrozowalismy w sumie okolo 5 godzin od godziny okolo 17-tej do
okolo 22-giej. Z Turbo podrozowalismy do Medellin autobusem poprzez gorzyste
i niebiezpieczne drogi okolo 15 godzin. Dotarlismy do Medellin do tego
slawnego miasta slynacego z kartelu narkotykowego. Pierwsza noc spalismy w
parku przy osiedlu mieszkaniowym to miejsce pokazal nam jeden tamtejszy
litwin powiedzial ze bedzie tu bezpiecznie. Rankiem przejezdzala  samochodem
kolo nas studentka i zaprosila nas do domu na herbate. W Medellin kilka dni
spedzilismy mieszkajac u rodziny litewskiej. Pozniej podrozowalismy po
terenach gorzystych i za razem  bogatych w roslinnosc, drzewa i rowniez
rzeki. W
Kolumbii spedzilismy wiecej niz dwa tygodnie.
Przez Ekwador pedzilismy  azeby zdazyc na 8 grudnia do Peru. W Quito w
stolicy zatrzymalismy sie abym mogl otrzymac wize do Peru.  W Ekwadorze
rowniez podrozowalismy przez tereny gorzyste a takze bardzo zle drogi.
Samochod ktory mielismy to Chrysler Voyager Plymouth z niskim zawieszeniem
tak ze nie byl on najlepszy na  te drogi. Zaczal sie on nam psuc dlatego
nazwalismy go "Challenger".
Do granicy Peru dotarlismy na czas jadac dniem i noca. W Peru byl
przygotowany program tak ze musielismy dotrzec na czas. Na granicy
zostalismy przywitani przez koordynatorke, przedstawicieli sportu, wladz i
policji. W Peru mielismy spotkania z mlodzieza w szkolach, z prasa,radiem i
telewizja, mielismy przygotowane miejsca noclegowe i czasami takze i
jedzenie.
W Peru ukradli mi aparat Zenit i to co ciekawe na spotkaniu z dziecmi.
W tym kraj podrozowalismy po zroznicowanym terenie gdzie byla pustynia i
takze wysokie gory okolo 5000 metrow i bardzo zimno.
W stolicy Peru Limie jak tez w innych miastach ameryki mozna bylo zauwazyc
wielki kontrast
pomiedzy bogatymi i bardzo biednymi ktorzy mieszkaja na obrzezach miasta
niedaleko gor gdzie nie ma  zadnej roslinnosci  gdzie tylko piach i skaly.
W Limie  przylaczyla sie do nas rowerowa grupa "Cyklo vida" ktora
kontynuowala z nami podroz az do granicy z Czile. W miescie Puno
dolaczyli sie do nas trzy osoby w tym jedna dziewczyna z Holandii i oni
rowniez kontynuowali podroz z nami do granicy z Czile.Mielismy takze
mozliwosc odwiedzic miasto Cusco i takze
zagubione miasto  Inkow Machupicchu wysoko w gorach dookola rozciagajace sie
wspaniale widoki.
W Limie w stolicy mielismy wiele problemow z naszym Challengerem skrzynia
biegow sie rozsypala i naprawa nas sporo kosztowala.  W Peru  mialem
problemy zoladkowe przez to ze jedlismy w tanich przy domowych restouracjach
w ktorych przyrzadzano jedzenie nie w najlepszych warunkach sanitarnych.
W Peru w malym miasteczku Tarata spedzilismy przejscie ze starego w nowy
rok.
Czile. Dotarlismy do Ariki gdzie znow nam sie popsul samochod i znowu
naprawa. Reszta grupy kontynowala trase a ja i trzy osoby zostaly przy
samochodzie. Dla grupy bylo to obciazeniem  poniewaz wszystkie rzeczy cala
grupa miala w samochodzie. Od Ariki ciagnie sie okolo 2000 km na polodnie
pustynia Atakama. Takze kilka dni spedzilismy w Iquique poniewaz znow sie
popsul samochod. Czile jest to juz inny kraj troche jak europejski. Nie
daleko Santiago rozpopczyna sie zielony teren. W Santiago nocowalismy na
stadionie narodowym. Z Santiago wyruszylismy do Los Andes a z tamtad w
strone granicy z Argentyna.
Czile bylo drozszym krajem od Peru.
Argentyna. Granice przekraczalismy w tunelu wysoko w gorach gdzie dookola
mozna bylo widziec na szczytach gor snieg. Droga do Mendozy wiodla wsrod
wspanialych gorzystych krajobrazow. Kilka kilometrow przed Mendoza zdarzyl
sie wypadek gdzie kolega z Peru i inny kolega z Argentyny zostal potracony
przez samochod i oni zostali odwiezieni do szpitala. Ale naszczescie nic
powaznego nie bylo co by zagrazalo zdrowiu lub zyciu. Kolega z Peru tego
samego dnia wieczorem wyszedl ze szpitala a ten drugi kolega nastepnego
dnia. Dalej kontynuowalismy podroz do Buenos Aires po rowninach. Od Mercedes
do Buenos Aires podrozowalismy znowu na rowerach ponad 600 km. Dobra droga
aswaltowa, klimat i pogoda taka jak w Polsce latem nie bylo za goraco tak ze
sie przyjemnie podrozowalo.  Nocowalismy caly czas w strazach pozarnych
moglismy sie umyc zagrzac sobie wode na herbate. Udzielalismy takze wywiadow
do gazet i takze do telewizji.  Ostatnie 70 km podrozowalismy pociagiem do
Buenos Aires. Pierwsza noc w tym miescie spedzilismy na trawniku na jednym z
osiedli ale naszczescie bylo spokojnie. W Buenos Aires kupilem sobie namiot
iglo za okolo 40 dolarow i karimate za okolo 12 dolarow, bo ostatnia
karimate ktora mialem ukradli mi na granicy meksykansko-gwatemalskiej.
Argentyna byla najdrozszym krajem w Ameryce polodniowej ale mozna bylo
wszystko kupic jak w Polsce. Dobrze sie odzywialismy co bylo dla nas  dobrym
przygotowaniem na Afryke. Najtanszy bilet lotniczy jaki udalo nam sie
znalezc do Ghany kosztowal 959 dolarow po jeszcze malej obnizce dla nas. Nie
bylo ambasady Ghany w Buenos Aires takze musielismy starac sie o wize w
Brytyjskiej Ambasadzie gdzie za wize kazdy musial zaplacic 36 dolarow. Z
Buenos Aires przylecielismy samolotem do Zurichu ze stopem w Rio de Janeiro.
W Zurichu mielismy 6 godzin wolnego takze moglem wyjsc na zewnatrz otczuc
znowu zimowy klimat europejski a brakowalo mi naprawde tego chlodnego
swiezego powietrza.  Kolega z niemiec spotkal sie na lotnisku ze swoja
rodzina a przy okazji i my moglismy porozmawiac z rodzina a takze wypic cos
goracego
i zjesc jakies ciastko. Nastepnie kolejnym samolotem lecielismy do Accra
Ghana ze stopem w Lagos, Nigeria. W ciagu dwuch dni mielismy mozliwosc byc
na trzech kontynentach. W Akrze w Ghanie wysiedlismy z samolotu i znowu
parno i duszno przywital nas koordynator z przyjaciolmi.  W Akrze
odwiedzilismy ministerstwo sportu a takze spraw zagranicznych, rowniez
odwiedzilismy siedzibe UNESCO bylismy zaproszeni na pewien spektakl gdzie
przybyly rozni ludzie rowniez z UNESCO z Francji.  Afryka  Ghana  roznica
pomiedzy ameryka ludzie przyjacielscy. W Ameryce wolano na nas "GRINGO" a w
Ghanie  "WHITE MAN" Ten kraj moze nie jest tak drogi jak Argentyna ale
zbytnio duzo produktow nie ma do wyboru wszystko jest importowane, jedynie
owoce  tropikalne mozna kupic bylo produkcji krajowej. Dosc dobra byla droga
ktora podrozowalismy. Odwiedzilismy takie miasta jak Tacoradi, Esiama,
Elubo. W Ghanie  mnostwo palm kokosowych mozna bylo dosc tanio pic sok z
kokosow a takze jesc wewnetrzny miasz. Rowniez dosc tanie byly banany
pomarancze i ananasy.  W Akrze zrobilismy wizy do Wybrzeza kosci sloniowej i
takze do Gwineii.
Wybrzeze kosci sloniowej  czyli Cote d'Ivoire. I tutaj zaczal sie problem
nikt w grupie nie mowi po francusku.
ale coz robic trzeba podrozowac.  Tak jak i w Ghanie tutaj rowniez pelno
palm kokosowych ale rowniez plantacje palm nie kokosowych a takze ananasow
byl taki czas ze mozna bylo znalezc pelno ananasow przy ulicy  ludzie
poprostu je odrzucali poniewaz mialy wady. W Abidjanie zatrzymalismy sie na
stadionie narodowym ktory znajduje sie w  centrum miasta. Abidjan w
przeciwienstwie do Akry to miasto ma wyglad europejski. Pelno wysokich
wiezowcow pokrytych szklem jak nasz hotel marriott w Warszawie. Tyle ze
jeszcze jest ten problem pobrania pieniedzy z automatu. Bynajmniej ja mialem
ten problem. W Abidjanie musielismy zrobic wizy do Senegalu takze ja
zostalem w Abidjanie a cala grupa postanowila kontynuowac podroz. W tym
czasie zachorowalem na malarie ale dobrze ze sie zaopiekowali mna
przyjaciele adwentysci. Rowniez otrzymalem duza pomoc od AMBASADY RP tutaj w
Abidjanie.
Pozniej jak sie dowiedzialem z rozmowy z jednym z kolegow na trasie
zachorowalo na malarie kolejne trzy osoby z grupy. Dwum kolegom  niemcowi i
meksykanczykowi podczas malarii zostaly ukradzione rowery i nie mogli
kontynuowac dalej podrozy a kolega z turcji zrezygnowal z dalszej
kontynuacji trasy.
Dalsza podroz kontynuja tylko piec osob tzn ja kolega z Peru i trzy osoby z
litwy.
Gwinea. Tutaj jeszcze piedziesiat kilometrow przed granica rozpoczela sie
droga ziemna. Ale mozna bylo podziwiac proste zycie tamtejszych ludzi,
zyjacych w chatach glinianych przykrytych trzcina lub zeschnieta  wysoka
trawa. Dookola mnostwo roznorodnych  drzew troche jak dzungla. Pozniej byla
droga aswaltowa ale to dobiero po stu kilkudziesieciu kilometrach drogi
ziemnej. W tym panstwie jest problem z elektrycznoscia. Z woda  nie ma
problemu w prawie kazdej wiosce mozna znalezc pompe glebinowa tak ze woda
jest dosc dobrej jakosci.  Jedzenie. Codziennie praktycznie jemy ryz z sosem
i dotego chleb i popijamy woda, rowniez jemy owoce takie jak banany
pomarancze i mango ktore tutaj sa bardzo tanie.  Polodniowa czesc Gwineii to
chrzescijanie i  inne religie  czym dalej na polnoc tym wiecej muzlumanow
ktorzy nie lubia aby ich fotografowano. Znowu przed granica z Senegalem
okolo
300 km rozpoczyna sie droga ziemna .Z Labe do Kundara okolo 250 km
dotarlismy na rowerach pokonujac jednego dnia okolo 60 km po bardzo zlej
drodze i czasami w gorzystym terenie. Czasami trzeba bylo zaslaniac twarz
poniewaz  po przejezdzajacych samochodach zostawaly tumany kurzu no i bylo
dosc goraco. Przedostatni odcinek trasy nocowalismy na pustkowiu gdzie
pozniej wyczerpaly sie nasze rezerwy wody i z trudnoscia w upale w srodku
dnia dotarlismy do wioski aby zaczerpnac wode. Z Kundara  w Gwineii
wzielismy transport  doTamba-Counda w Senegalu pierwszy odcinek ponad 100 km
byl drogi ziemnej w zlym stanie tak ze dla samochodu bylo  to  dosc ciezkie
do
pokonania.
W Tamba-Counda czekalismy na pociag towarowy do Dakaru oddalonego o okolo
500 km powiedziano nam ze planowany jest odjazd pociagu o czwartej
popolodniu w rezultacie pociag ruszyl o piatej nad ranem i podrozowalismy
okolo 26 godzin z postojami tyle ze bylo to za darmo. Tutaj w Dakarze zatrzy
malismy
sie na kilka dni przy misji Adwentystow Dnia Siodmego.  Zrobilismy wizy do
Maroka. I w srode tj 07.04.1999 planujemy ruszyc na polnoc do granicy z
Mauretania i dalej do stolicy.  To co pamietalem moze w nie najlepszej
formie skladniowej  napisalem ale chcialem aby rowniez cos w jezyku
polskim bylo na naszej internetowej stronie.
Wiekszosc materialu jest w jezyku angielskim jest list w jezyku niemieckim a
bedzie rowniez teraz takze material w jezyku hiszpanskim i polskim.
Chce podziekowac  wszystkim ktorzy przyczynili sie do tego ze moge brac
udzial w tym rajdzie:
ks. Edwardowi Mroczynskiemu i parafianom z Los Angeles, CA, USA, ks.
Stanislawowi Kowalskiemu i parafianom z San Diego, CA, USA, przyjaciolom z
Kosciola Adwentystow Dnia Siodmego. Szczegolnie chce podziekowac mojej
Mamie, braciom i rodzinie ktorzy szczegolnie troszcza sie o to abym mogl
dalej kontynuowac ten rajd.

Slawomir Platek
slawek@gmpr.lt

-POKOJ - PEACE - SHALOM - PAZ - PAIX - Mup  - MIR - FRIEDEN - TAIKA -















 
02-12-2020 04:13:31
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite