http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  EMAILE Z PODRÓŻY » rowerowa wyprawa dookola swiata 8 października 1999, 04:22:08 (Fri, 8 Oct 1999 04:22:08 +0200)   
 
Ps. 30:6 Bo tylko chwilę trwa gniew jego, Ale życzliwość jego całe życie. Wieczorem bywa płacz, Ale rankiem wesele.

rowerowa wyprawa dookola swiata 8 października 1999, 04:22:08 (Fri, 8 Oct 1999 04:22:08 +0200)

  Lahore, 7.10.1999

Kolejne informacje z trasy rowerowego rajdu dookola swiata (Great Millennium
Peace Ride). Czas mija i zblizamy sie coraz bardziej do celu naszej
wyprawy - Hiroszimy (1 stycznia 2000r.)

Tak sie zlozylo, ze z przyczyn technicznych (glownie) ale rowniez z powodu
chronicznego zmeczenia i niemoznosci przekonania siebie, ze wypadaloby
przysiasc i napisac cos sensownego, dzisiaj po dlugiej przerwie relacje z
trzech panstw: Turcji, Iranu i Pakistanu. O Iranie nie ma tam zbyt wiele,
ale dopisze w najblizszych dniach, bo tez sie dzialo tam duzo ciekawych
rzeczy.

Prosze dac mi odzew, czy nie usypia sie przy czytaniu tych mych przydlugich
i
metnych momentami sprawozdan.

Do uslyszenia

Waldek Grabka
i Slawek Platek

Van 4.09.1999
To juz nasz ostatni dzien w Turcji. Dzisiaj wieczorem powinnismy przekroczyc
granice z Iranem. Przed tygodniem ukradziono nam komputer takze teraz
kontakt internetowy jest troche utrudniony. Zawsze znajdzie sie jakies
rozwiazanie. Tutaj w Van mielismy spotkanie z burmistrzem miasta i lokalnymi
mediami. Po calym oficjalnym "przedstawieniu" z wymienianymi wzajemnie
grzecznosciami, podpisywaniem naszego "piecebaner-u" i pokazywaniem mapy
naszego przejazdu dookola swiata, wladze tego miasta zaproponowaly nam
wszelakiego rodzaju pomoc. Z noclegu w porzadnym hotelu niestety nie
skorzystamy, gdyz jeszcze dzisiaj ruszamy dalej, ale pomoc techniczna, w tym
korzystanie z komputera bardzo sie przydaly. Tak wiec pisze....
Jezeli chodzi o Turcje to przejechalismy tylko jej mniej znana, mniej
turystyczna wschodnia czesc. Region ten jest od wielu lat miejscem konfliktu
pomiedzy Turkami i Kurdami, ktorzy stanowia wiekszosc mieszkajacej tutaj
ludnosci. Teren na przestrzeni setek kiloetrow jest bardzo gorzysty, tak
wiec stanowil dobre miejsce dla operowania kurdyjskiej partyzantki - PKK.
Trudnosci terenu poznalismy bardzo dobrze przedzierajac sie przez trzy dni
gorami z Kharty do Malatya. Wlasciwie na zadnej mapie nie bylo zaznaczonej
drogi przez gory, wszystkie pokazywaly, ze nalezy zrobic kolko. Od
miejscowej ludnosci wiedzielismy jednak, ze droga taka istnieje. Trudna do
przejechania, ale istnieje. Tak wiec nie wiedzac na co sie porywamy,
zdecydowalismy sie na przejazd gorami.
Najpierw jednak zwiedzilismy miejsce, z powodu ktorego zawitalismy w to
odlegle od przecietnego szlaku turystycznego miejsce - gora Nemrut. Miejsce
to jest niezwykle. Na
wierzcholku najwyzszej gory w okolicy usypano bowiem w I w. p.n.e. kopiec,
ktory wielkoscia dorownuje piramidom egipskim. U podnoza tego kopca
poustawiane sa olbrzymie posagi starozytnych bogow i kroli, ktorzy zostali
pochowani w tym miejscu. Calosc sprawia niezwykle wrazenie. My dotarlismy na
miejsce o wschodzie slonca. Widok byl wspanialy. Po pierwsze ze wzgledu na
otaczajace nas ze wszystkich stron piekne gory, po drugie ze wzgledu na owe
posgi - olbrzymie, majestatyczne, powoli wylaniajace sie z mroku. Widok byl
rowniez ciekawy ze wzgledu na kolorystyke. Tutejsze gory sa niemal
pozbawione roslinnosci. Wszedzie tylko skaly, kamienie i piasek, przy czym
ich kolor jest z regoly czerwony, albo czewono-brazowy. O wschodzie slonca
ten dominujacy w krajobrazie czerwony kolor, wydaje sie jeszcze bardziej
intensywny niz w rzeczywistsci. Widok na prawde niezwykly.
Z gory Nemrut skierowlismy sie do miasteczka Sincik, ktore wedlug
"normalnych" map bylo "slepa uliczka", gdyz dalsza droge zaslanialy wysokie
gory. Po drodze do Sincik mijalismy doskonale zachowany rzymski most na
jednym z doplywow  Eufratu. Teraz, w czasie lata na dole pynal tylko
niewielki strumyczek, ale o wielkosci rzeki swiadczylo jej olbrzymie, teraz
wyschniete, koryto. My dotarlismy tam w srodku dnia i po 2 godzinach
"sjesty" ruszylismy w dalsza droge. Jezeli jednak ktos znajdzie sie w tych
terenach, radze zorganizowac to tak, aby zatrzymac sie wlasnie w tym miejscu
na
nocleg. Teren jest wymarzony na obozowisko. Pomiedzy dwoma urwiskami
skalymi, na piasczysto- kamienistym dnie koryta rzecznego, u brzegu wijacego
sie strumyczyczka, ktory w pewnych miejscach robi sie na tyle gleboki, ze
mozna sie w nim kapac. Kapiel w nim dostarczyla nam niemalze zapomnianego
juz po miesiacach wedrowki przez bardzo gorace i suche kraje, wrazenia
swiezosci gorskiej zimnej wody. Tak w ogole to w wlasnie w gorzystych
terenach Kurdystanu po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna zaczalem znowu
spac
opatulony w spiworze. Dnie sa tutaj bowiem upalne, ale noce, nawet w ciagu
lata, sa raczej chlodne, tak ze trzeba sie bylo przeprosic ze spiworem i
cieplejszymi rzeczami na noc.
Do Sincik prowadzi kreta, gorzysta, ale w miare porzadna asfaltowa droga.
Juz ona dala nam niezle "w kosc". To byl jednak tylko poczatek. W Sincik
bowiem konczyl sie asfalt i zaczynala sie kamienisto-piaszczysta droga,
ktora wydawalo sie proadzi niemalze pionowo w gore. Najciekawsze bylo, ze
nikt nie potrafil nam powiedziec dokladnie jak daleko jest do Malatya. Jedni
mowili 70km. inni 140km. Pozniej okazalo sie, ze w gorach jest cala siec
drog i wlasciwie jest wiele mozliwosci dotarcia do Malatya. Przy tym
wszystkim na rozwidleniach drog nie ma zadnych drogowskazow tak, ze trzeba
jechac "na czuja", ewentualnie jezeli ma sie szczescie, pytac napotkanch
miejscowych o droge. W naszym przypadku przejazd z Sincik do Malatya zajal
90 km i byly to chyba najciezsze z kilometrow przejechanych w ciagu tej
wyprawy. Inna sprawa, ze kilometry nalezaly tez do jednych z najciekawszych.
Okazuje sie, ze nie trzeba jechac w Himalaje albo Andy aby doswiadczyc
kretych waskich drozek wijacych sie nad przepasicia, prowadzacych raz w
gore, raz w dol i wychodzacych od czasu do czasu na zadziwiajaco zielone w
porownaniu do calego otoczenia dolinki. W sumie teren ten jest wymarzonym
miejscem na rowerowe gorskie wyprawy. Warunkiem jednak jest mozliwie
niewielki bagaz (nie jak w naszym przypadku maly domek na kolkach) i
pozadny, wytrzymaly na wstrzasy rower gorski. Po trzech dniach tej
"przejazdzki" wlasciwie kazdy z naszej dziesiatki pierwsza rzecza jaka
szukal w Malatya byl sklep rowerowy. Bez wyjatku kazdy z naszych rowerow
wymagal mniejszych lub wiekszych napraw, wlacznie z wymienieniem zlamanej
obreczy kola i spawaniem peknietej ramy. Dla tych widokow, dla tych dolinek,
dla tych wschodow slonca, dla tych karkolomnych zjazdow po wijacych sie
sciezkach i dla samej satysfakcji dokonania czegos, co na prawde nie bylo
proste, bylo warto.
Z Malatya przjechalismy spory kawalek Turcji wynajetym busem az do Tatvan.
Miasto jest polozone nad najwiekszym w Turcji jeziorem Van. Cala okolica
jest idealnym miejscem dla turystow, gory, jezioro, czysta, majaca
wlasciwosci lecznicze woda. Nie trzeba byc bardzo uwaznym obserwatorem, aby
zorientowac sie, ze swego czasu postawiono tutaj na turystyke. Problem w
tym, ze plany te pokrzyzowala polityka i majace tutaj miejsce starcia
pomiedzy Kurdami, a wojskiem tureckim. Teraz pozostaly tyko slady po
wielkich polach namiotowych oraz niedokonczone inwestycje w hotele i domki
campingowe. Dzialajace osrodki swieca pustkami, a zagraniczni turysci witani
sa przez miejscowych z mieszanina radosci i niedowierzania, Turysci nie
przyjada bowiem w miejsce, ktore znajduje sie w nieprzerwanym od lat stanie
wojennym.
Z uwagi na aresztowanie przez tureckie sluzby specjalne przywodcy PKK-
Abdulah Ocalan i zwiazane z tego powodu zagrozenie rozruchow w Kurdystanie,
a nawet atakow terorystycznych  w calym kraju, Turcja nalezala w tym sezonie
do wielkich przegranych jezeli chodzi o turystyczny biznes. Nawet w znane i
lubiane rejony zawitalo w tym roku znacznie mniej turystow niz zazwyczaj.
Wschodnia Turcja, a juz zwlaszcza jezioro Van  jest jednak przypadkiem
szczegolnym. Tutaj problem problem braku turystow nie jest problemem akurat
tego sezonu, ale istnieje i poglebia sie od lat. Tak wlasciwie nie ma sie
jednak czemu dziwic. Droga wzdluz jeziora, przebiegajaca rowniez miejscami
przez polozone nad brzegiem gory, przpomina bowim poligon wojskowy. Co
chwila mija cie bowiem transport ciezarowek wojskowych, albo nawet wozow
opancezonych. Co pare kilometrow widac zabudowania wojskowe, wysiedlone i
zniszczone wioski, a blokady na drodze z kontrola dokumentow zdrzaja sie
mniej wiecej co 20 km. Tak w ogole droga ta mozna jechac tyko od godzin
porannych do 17.00. Pozniej ruch ustaje. Oficjalna wesja turecka mowi o
niebezpieczenstwie ataku terorystow kurdyjskich i koniecznym z tego wzgledu
srodkami ostroznosci.
Tak w ogole, to ciezko doszukac sie prawdy w calym tym problemie
turecko-kurdyjskim. Kazdy spotkany czowiek przedstawia inna wersje. Jeden z
mlodych Kurdow, z ktorym rozmawialem - student na uniwersytecie Malatya -
mowil, ze Kurdowie i Turcy to bracia i problem z PKK w Turcji jest tylko
sztucznie tworzony przez nieprzychylne kraje sasiednie, ktore wspieraja
partyzantke kurdyjska. Z tego co on mowil wynikalo, ze cale PKK rekrutuje
sie z Kurdow zamieszkujacych polnecna czesc Iraku, czy tez Syrie i Kurdowie
Tureccy nie chca miec z nimi nic wspolnego. Ocalana nazwal morderca winnym
30 tys mordestw w tym rowniez na dzieciach i kobietach. Czeka tez z
niecierpliwoscia na wykonanie wyroku smierci, jaki wydal sad turecki na
przywodce PKK i liczy, ze z ta chwila wszystko wroci do normy.
Inny mlody Kurd, rowniez student, opowiadal o 3 tysiacach wysiedlonych
wioskach kurdyjskich.  Jedyna winna ponad milina ludzi zmuszonych do
opuszczenia swoich domow, byl fakt, ze mieszkali w gorskich terenach
Kurdystanu i potencjalnie mogli udzielic schronienia partyzantom PKK.
Student ten mowil tez o tym, ze jeszcze przed dziesieciu laty oficjalne
stanowisko tureckiego rzadu glosilo, ze nie ma takiej narodowosci w Turcji
jak Kurdowie, a grupa ludzi, ktora przez niektorych jest tak nazywana jest
po prostu tureckimi goralami i z tego powodu wynikaja roznice w kulturze i
jezyku. Teraz stanowisko to juz sie zmienilo, niemniej jednak prowadzona od
lat polityka represji spowodowala, ze ludzie boja sie mowic co mysla, nie ma
tez przywodcow, ktorzy w pokojowy sposob wstawili sie za racjami
kurdyjskimi, gdyz wielu takich co probowalo, zostalo aresztowanych, nie
wylaczajac z tego wybranych w wolnych wyborach kurdyskich przedstawicieli do
parlamentu tureckiego.
Gdzie lezy prawda? Nie wiem. Pewnie nie ma takiej prawdy absolutnej, jak to
zazwyczaj bywa w dlugotrwalych konfliktach i naroslymi przez lata wzajemnymi
uprzedzeniami.
My jako ginacy w tym regionie gatunek "homo turisticus" moglismy w sumie bez
wiekszych przeszkod podziwiac uroki okolicy, czasmi tylko bedac narazonymi
na takie niedogodnosci jak kolejna w ciagu dnia kontrola paszportow, czy tez
niemoznosc przejechania przez droge po godzinie17.00. Wszystko to nalezy
jednak wpisac w koloryt regionu i korzystac ze specyficznych jego atrakcji.
Tutaj wymienic nalezy min. nocleg w koszarach tureckiej armii po zatrzymaniu
po godzinie policyjnej
na owej drodze (wojskowi dbali o nasza grupke clakiem niezle, dostalismy
super kolacje i rowniez niezle sniadanko, a ja moglem skorzystac z uslug
wojskowego fryzjera, ktory z w moim przpadku zamienil uzywana tutaj
zazwyczaj maszynke do golenia na standardowe nozyczki), czy tez wycieczke w
eskorcie uzbrojonych Kurdow na wygasly olbrzymi wulkan, w ktorego kraterze
znajduje sie obecnie 5 jezior w
tym jedno z goraca woda - miejsce przepiekne. Przy okazji tej wycieczki na
wulkan zrozumielismy rowniez kilka spraw, ktore normalnie sa przemilczywane.
W napotkanej po drodze wiosce kurdyjskiej wlasciwie wszyscy mezczyzni
trzymali w domu jakas bron. Co ciekawe w bron te sa zaopatrywani przez armie
turecka, dostaja rowniez jakies pieniadze od panstwa tureckiego. Wszystko za
to, ze zgodzili sie wspolpracowac przy zwalczaniu PKK. Ci ktorzy sie nie
godzili byli wysiedlani. Teraz takie wioski pelnia role swwego rodzaju
posterunkow, a mezczyzni tam mieszkajacy milicji. Oczywistym jest nie sa oni
lubiani przez wielu ludzi, ktorzy mowia o nich jako kolaborantach.
Sama trasa z Tatvan do Van wzdluz jeziora byla przepiekna. Po dotarciu do
Van czekala na nas kolejna niespodzianka. Okazlo sie bowiem, ze przejscie
graniczne, ktorym zamierzalismy dostac sie do Iranu jest nieczynne. Nikt nie
potrafil nam wyjasnic dlaczego, po prostu kierowano nas na inne i juz. Zdaje
sie wiec, ze dzien dzisiejszy nie bedzie naszym ostatnim w Turcji, jak mi
sie to jeszcze niedawno wydawalo. Musimy nadlozyc ponad 100 km aby dotrzec
do Dogubayazit, lezacego w boblizu granicy iranskiej. Pozytywnym aspektem
tej zmiany planow jest fakt, ze bedziemy widziec gore Ararat - biblijne
miejsce schronienia Noego po potopie, ktora lezy w pobizu naszej nowej trasy
przejazdu. A wiec to jeszcze nie koniec wrazen z Turcji. Zobaczmy jak to
bedzie...

Teheran, 20.09.1999

Obecnie przebywamy w Iranie, a konkretnie po prawie dwoch tygodniach
wloczenia sie po wioskach i wioseczkach polnocno-zachodniego Iranu
dotarlismy wczoraj do Teheranu. Na jutro tj. 21 wrzesnia przewidziana jest
tutaj konferencja prasowa przy ktorej organizacji bardzo pomaga polska
ambasada w Teheranie. Jezeli chdzi o trase to przekroczeniu granicy
ruszylismy do Tabriz, a potem Mianeh, gdzie opuscilismy te miedzynarodowa
zasmrodzona szose prowadzaca w prostej linii do Teheranu i ruszylismy w
kierunku Morza Kaspijskiego. Aby dostac sie do Morza trzeba bylo pokonac dwa
pasma odgradzajacych do niego droge gor (Mianeh, Firouz-Abad, Kiwi,
Kharlkhal, Kalehsara), lacznie ok. 200km. Bylo ciezko, ale ciekawie. Znowu
zaliczylismy szutrowe gorskie drogi i podjazdy tak strome, ze trzeba bylo
momentami prowadzic te nasze obladowane rowery. Tak bywa z tymi gorami, sa
piekne,ale daja w kosc. Po pokonaniu wszystkich przeszkod nagroda byla
jednak wpaniala. Rano wyruszalisy z miejsca, ktore klimatem przypominalo
takie pustynne gory, a po wdrapaniu sie na ostatnia, majaca wys. ponad 3
tys, metrow gorke zobaczylism miejsce jak z "innej bajki": pelne zieleni,
wysokich drzew tworzacych gesty las. Do tego wszystkiego calkiem niezle
padalo. Wiem, ze to dziwne cieszyc sie z deszczu kiedy czlowiek jedzie na
rowerze i w przeciagu paru chwil jest przemoczony do "suchej nitki", ale
deszcz doswiadczalem ostatnio jakies dwa miesiace temu podczas przejazdu
przez rumunskie Karpatry (oj!, tam to niezle lalo) i teskno mi juz bylo za
tym powiewem swiezosci jakie on ze soba przynosi. Potem byloponad 250km
jazdy wzdloz morza po rownym latwym terenie. Z ciekawszych miejsc po drodze
bylo turystyczne miasteczko Bandar-Anzali, w ktorym calkiem przez przypadek
odkrylismy spory (ok 400 grobow) polski cmentarz z 1942 roku. Leza tam
przede wszyskim kobiety i dzieci. Przypuszczamy, ze sa to ludzie, ktorzy
towarzyszyli wojsku Andersa w jego dlugiej drodze z rosyjskiej zsyki. w
pierzwszym momencie zdziwienie bylo ogromne widzac duzy polski napis i
polskie orly tak daleko od kraju.
Po pokonaniu tych 250 km dotarlismy do miasteczka Chalus, gdzie pozegnalismy
sie z morzem i powrocilismy do gor. Aby dotrzec do Teheranu trzeba bylo
pokonac roznice wysokosci od minus 29 (depresja nad Morzem Kaspijskim) do
ponad 3000 m. na przelecz, ktora oznaczla ponowna zmiane pogody. Te 3000 m
wysokosci oznaczalo 87 km nieprzerwanej jazdy pod gorke, serpentynami, ktore
czasami przyprawialy o zawrot glowy. W koncu jednak dotarlismy do Teheranu.
teraz troche odpoczywamy i zalatwiamy wizy do kolejnych panstw na naszej
drodze: Pakistanu i Indii. O Iranie postaram sie napisac wiecej w nastepnym
mailu, a jest o czym opowiadac, biorac pod uwage ciekawostki panujacego
tuataj dziwnego religijnego, nakazowo-zakazowego systemu wladzy.

Kingri, 29.09.1999 (Pakistan)
Od paru dni jestesmy juz w Pakistaie. Po przekroczeniu granicy z Iranem w
Taftan, zabralismy sie autobusem do oddalonej o 650 km stolicy
Balluchistanu - Quetty. Podroz trwala ponad 30 godz. Caly ten czas
jechalismy przez pustynie. Wydaje mi sie, ze mielismy okazje zobaczyc
wszelkiego rodzaju odmiany pustyni - tradycyjna piaszczysta plaska,
kamienista, gorzysta, z piaskiem bialym i czarnym. Podziwiane tym razem z
okna autobusu widoki byly piekne, ale sama podroz byla droga przez meke.
Ponad 30 godz. w autobusie ktory zabral wydaje dwa razy wiecej pasazerow niz
powinien. My co prawda mielismy normalne miejca siedzace, ale zawalonym
tobolkami autobusie wolnej przestrzeni bylo naprawde niewiele. W moim
przypadku, czyli 187 cm wzrostu, oznaczalo to trzymanie nog pod broda przez
cala podroz.
Naszymi towarzyszami podrozy byli Pakistanczycy, ktorzy wrcali z "handelku"
w Iranie. Wszyscy oni mieli ze soba mnostwo bagarzu. Wszelakiego rodzaju
dziwne towary, ktore wydaje sie jest oplacalnym przywozic do Pakistanu:
proszki do prania, plastikowe pojemniki na wode, slodycze, dywany i rozne -
przerozne inne dziwne rzeczy. Wydawalo sie niemozliwoscia zmiescic wszystko
to do tego autobusu. Okazalo sie jednak, ze Pakistanczycy maja doswiadczenie
w pakowaniu, a wlasciwie upychaniu rzeczy i dzieki specjalnej konstrukcji
autobusu, ze specjalnym bagaznikiem na dachu, zmiescilo sie wszystko bez
problemu, rowniez naszych nadprogramowych 10 rowerow.
Jak to bywa jednak w przypadku handlowych wycieczek (w Polsce przerabiane
bylo to na przlomie lat 80 i 90-tych) problemem moga byc celnicy i policja,
ktorzy zycza sobie specjalnej oplaty za przymkniecie oczu i niezauwazeniu
przewozonych towarow. W przypadku Pakistanu tego rodzaju problemy nie koncza
sie w momencie przekroczenia granicy i dokonaniu odprawy celnej. Na calej
dlugosci drogi  z Taftan do Qetta, znajduje sie mnostwo policyjnych
posterunkow, ktore pilnuja porzadku na trasie i przy okazji kasuja swoja
dole z autobusow takich jak nasz. Okolo godziny 4.00 w nocy zatrzymani
zostalismy na kolejnym takim umieszczonym w srodku pustyni punkcie. Tym
razem sprawa okazala sie powazniejsza. Posterunek ten dzialal bowiem dopiero
od niedawna i wlasciciel naszego autobusu nie mial jeszcze wyrobionych
kontaktow z obslugujacmi go policjantami. Zazadali oni jakiejs znacznie
wyzszej niz normalnie kwoty i po odmowieniu jej zaplacenia, rozkazali
wyladowanie calego bagazu. W niedalekiej odleglosci od drogi widac bylo cale
mnostwo skonfiskowanych, ulozonych po prosu na piasku towarow  z innych
autobusow. Nie bylo rady, trzeba bylo rozpakowac ten nasz misternie
wyladowany autobus. Dotyczylo to rowniez naszych rzeczy. My nie mielismy
problemow z odzyskaniem naszej wlasnosci, pozostali jednak pasazerowie
dogadywali sie z policja przez nastepne 2 godziny. Cos im sie zdaje udalo
wynegocjowac, bo powoli zaczeli znosic spowrotem swoje towary i o wschodzie
slonca moglismy ruszyc dalej. Cala ta sytuacja i pozniejsze rozmowy z
Pakistanczykami uzmyslowily mi, ze pojecie prawa jest w tym kraju bardzo
luzne, czesto zalezace pozycji, jaka sie piastuje.
Do Qetta dotalismy ok godz 9.00 nad ranem. Pierwsze wrazenie bylo
niesamowite. Opuszczony przez nas niedawno Iran, ktory, bylo nie bylo, tez
byl
egzotyczny, wydawal sie teraz bardzo normalny, wrecz europejski. Qetta bylo
miejscem jakby z zupelnie innego swiata. Nieznanego dla mnie do tej pory
swiata. Trudno to wszystko ujac slowami, oddac atmosfere tego miejsca i
wrazenia jakie na mnie zrobilo. Inne bylo praktycznie wszystko: domy
zbudowane z gliny, wielkie kolorowe ciezarowki wydajace przerazliwe sygnaly,
brodaci mezczyzni ubrani w swego rodzaju dlugie koszule i wielkie turbany,
unoszace sie zapachy, dominujace na drogach wozki zaprzezone w osiolki,
dziwne sklepy (wiszace tuz przy ulicy swiezo ubite owieczki) , dziwne
restauracje (wszystko przygotowywane jest w na glinianych, palonych drzewem
piecach, ludzie siedza "po turecku" na matkach i zajadaja z miseczek bez
pomocy jakichkolwiek sztuccow, poslugujac sie wylacznie palcami). Calosc spr
awiala dziwne wrazenie. Ciekawym bylo obserwowac to wszystko, ale po
krotkiej chwili czlowiek czul sie zmeczony calym tym zgielkiem i uwaga jaka
wzbudzal wsrod ludzi. W kazdym miejscu, w ktorym sie ztrzymalismy od razu
tworyl sie tlumek otzczajacych nas ludzi. Podchodzili oni bardzo blisko,
dotykali naszych rzeczy, glosno wykrzykiwali kilka znanych przez siebie slow
po angielsku. Znajac reputacje Pakistanu, jako miejsca gdzie przywlaszczanie
sobie cudzych rzeczy nie jest uwazane za jakies wielkie przewinienie,
musielismy miec oczy z kazdej strony glowy.
Z tego dnia spedzonego w Qetta jednym z najwyrazniejszych wrazen, jakie
utkwily mi w pamieci bylo uczucie spokoju i ulgi, jakie znalazlem w ...
toalecie. Dodac trzeba, ze byla to specjalna taoaleta, pierwsza typu
"zachodniego" (dla niewtajemniczonych siedzaca, a nie kucaca, z papierem
toaletowym, a nie dzbanuszkiem wody) od ok. 2 miesiecy, a wiec opuszczenia
Izraela. Toaleta jest normalnie miejscem malo ciekawym i niewartym jakis
dluzszych opisow, dla mnie jednak, biorac pod uwage okolicznosci, bylo to
spelnienie marzen. Bylo cicho, bylo chlodno, mozna bylo sie umyc z
kilkudniowej warstwy brudu, nie bylo nikogo wpatrujacego sie we mnie z
zadziwiajaca cierpliwoscia i uwaga, nikt nie pytal mnie: "name?", "country?"
i cala litanie innych podobnych pytan, nie bylo ciasno od otaczajacego kregu
ludzi. BYLEM SAM... Uff, co za ulga.
Aha, piszac te slowa siedze z tylu takiej malej restauracyjki w gorach w
poblizu ktorej rozlozylismy nasze namioty i bedziemy spac dzisiejszej nocy.
Jestem w sumie dosc dobrze ukryty przed wzrokiem ludzi, ale mimo to caly
czas ktos przychodzi, kuca w poblizu mnie, obserwuje i komentuje moje
poczynania w niezrozumialym dla mnie jezyku - Urdu. Normalnie jest to
denerwujace, jezeli caly czas czuje sie wlepiony w siebie wzrok, tutaj
jednak trzeba sie do tego przyzwyczaic. Nie ma szans uciec przed tym
towarzstwem, wiec lepiej sie do niego przyzwyczaic i nie dajac sobie
przeszkadzac robic swoje. Ja to wlasnie teraz probuje. A wiec dalej ...
Qetta polozene jest na wysokosci ok 1800 m.n.p.m., tak wiec chociaz na mojej
niezbyt dokladnej mapie, wygladalo na to, ze czekaja nas kolejne dnie
wspinaczki po gorach, okazalo sie, ze osiagnelismy cos w rodzaju plaskowyzu
i dalsza droga jest bez jakis wiekszych wzniesien. Jest jednak pieknie:
olbrzymie polacie pagorkowatej, pustej, nie zakluconej zadnym znakiem
cywilizacji przestrzeni, wioski oddalone sa od siebie o kilkadziesiat
kilometrow, czasami mija sie z boku pasmo wyzszych, dostojnych gor. I
cisza... Gdyby nie zla slawa tego regionu, jako najbardziej rozbojniczego w
Pakistanie (nawet droga, ktora sie poruszalismy, nazywana jest "robbers
road"), miejsce to jest na prawde warte polecenia na rowerowe wyprawy.
Szkoda, ze my nie mielismy wiecej czasu na dluzsze "rowerowanie" w tych
okolcach.
Takie male spostrzezenie. Wydawalo nam sie, ze miejscem, gdzie zasady islamu
sa najbardziej dogmatycznie przestrzegane jest Iran. Okazuje sie jednak, ze
nie. W Baluchistanie - najwiekszej terytorialnie prowincji Pakistanu, po
ktorej obecnie podrozujemy - normy te sa jeszcze ostrzejsze. W Iranie
kobiety zobowiazane sa normami prawa do noszenia czarnych "przescieradel"
przykrywajacych cale cialo. Mozna widziec jednak ich twarze, te nie sa
zasloniete. W Baluchistanie jezeli w ogole widzi sie kobiete, co nie jest
poste, gdyz wiekszosc cale zycie spedza w domu lub jego poblizu, to sa one
kompletnie zasloniete z zostawionymi jedynie na oczy niewielkimi otworami.
Raz zdarzylo sie, ze zostalem poproszony o pomoc przez goscia, ktoremu
nawalil samochod. Przy calej operacji podwiazywania urwanego elementu
asystowal nam jedynie jego
syn, trzy kobiety (trudno powiedziec czy byly to jego trzy zony, czy tez
zona i corki, czy tez jakas inna kombinacja) staly za krzakiem dobre
kilkadzisiat metrow dalej, dodatkowo jeszcze, aby cos tam przpadkiem nie
zobaczyc odwrocone byly do nas tylem. Gosc ten jak, jak wyniknelo potem z
rozmowy, byl nauczycielem w pobliskiej miejscowosci Lorelei i swietnie mowil
po angielsku. Powyzsze wydarzenie swiadczy, ze ten daleko posuniety
radykalizm w przestrzeganiu praw koranicznych, dotyczy rowniez ludzi
wyksztalconych, a nie jak poczatkowo sadzilem biedote na wsi.
Tak w ogole to w czesciach wiejskich Baluchistanu do szkol chodza niemal
wylacznie chlopcy. Dziewczynki nie sa posylane przez rodzicow do szkoly, bo
po pierwsze za szkole trzeba placic, a po drugie dziewczynka wszystkiego,
czego potrzebuje ma nauczyc sie w domu. Wczoraj calkiem przypadkowo
rozlozylismy swoje obozowisko kolo niepozornie wygladajacych zabudowan,
ktore pozniej okazaly sie miejscowa prywatna szkola. Rano troche
zamarudzilismy ze wstawaniem i okazalo sie, ze jestesmy otoczeni cala
gromada ciekawskich dzieci. Ich nauczyciel byl rowniez ciekawy skad sie
wzielismy, co my jestesmy itd. Po zlozeniu naszego obozowiska zostalismy
zaproszeni do szkoly i mielismy okazje skladac nasze wyjasnienia przed
szacownym gronem kadry nauczycielskiej (2 osoby) i ich wycowanko (ok. 60-ro
dzieci w wieku pomiedzy 6-14 lat). Bylo bardzo ciekawie. Przy okazji dzieci
zobaczyly gdzie znajduja sie kraje z ktorych pochodzimy i uslyszaly troche o
przewodnim motywie tego rajdu ("peaceride"), czyli zyciu w tolerancji i
milosci dla blizniego i poproszone zostaly, aby w przyszlosci staraly sie
nie uzywac tych starych zdezelowanych, jak i calkiem nowych i nowoczesnych
strzelb, karabinow, flint (czy jakby to zwal), z ktorymi paraduja po ulicach
ich tatusiowie. Cala pogadanka zakonczyla sie wspolna zabawa (Anczi, jako
studentka chorwackiego wydania AWF-u i przyszla nauczycielka sportu, zna
tych gier i zabaw od groma) i malym wystepem artystycznym dzieci i jednego z
nauczycieli. Trzeba przyznac, ze badzo ladnie spiewaja, w ten bardzo
charakterystyczny, zawodzacy sposob, podobny do modlitwy rozbrzmiewajacej
codziennie z glosnikow na minaretach. Lubie te muzyke, ma w sobie cos
tajemniczego, pociagajacego, chociaz czasami czlowiek moze sie zdenerwowac,
kiedy nieopatrznie wybral swoje miejsce noclegu w poblizu meczetu i o
czwartej nad ranem (jeden z pieciu obowiazkowych w ciagu doby czasow na
modlitwe) budzi go glos zawodzacego immama. No coz, taki to juz urok krajo
islamskich...

D.H. Khan, 1.10.1999
Dzisiaj opuscilismy Baluchistan i zajdujemy sie obecnie w Punjab -
prowincji, ktora jest najwazniejsza rolniczo i ekonomicznie dla Pakistanu, w
ktorej zamieszkuje ponad polowa z ok 120 mln ludnosci tego kraju. Droga z
Baluchistan do Punjab oznaczala zjechanie z gor w tereny nizinne: okolo 2000
m. roznicy od Fortu Munro do D.H. Khan. Jazda w dol po tych serpetynach
wijacych sie wokol gor (do tej pory cos takiego widzialem tylko na filmach
rysunkowych) dostarczyla niezlych wrazen. Droga, ktora sie poruszalismy
szerokoscia przypominala taka spora drozke dla rowerow. My bylismy jednak
jedynymi "pedalujacymi". Tak poza tym, przewazaly wielkie, pieknie kolorowe
i okropnie dymiace ciezarowki, ktore wydawaloby sie nie maja prawa
przejechac waskich przesmykow, gdzie po jednej stronie byla lita skala, a po
drugiej gleeeeeeboka przepasc. Jakos im sie to jadnak udawalo. Dla nas byla
to tez niezla gimnastyka. Uwazac trzeba bylo zarowno na sama kreta droge,
jak i na mnostwo zanjdujacych sie w niej dziur, oraz na wspomniane,
nadjezdzajace z tylu i przodu kolorowe, smierdzace olbrzymy, ktore mijaly
nas w centymetrowych odleglosciach. Bylo ciekawie.... Widoki zapierajace
dech w piersiach. Znowu ogarnela mnie goraczka fotografowania. Moze uda sie
na ktoryms zdieciu oddac ta wysokosc miejsca, ta waskosc drogi i to piekno
gor...
Multan
Wczoraj dotarilsmy do tego milionowego miasta. Nasze pierwsze wrazenie
najlepiej chyba oddaja slowa Piera: "In Teheran was chaos, but here is
apocaliptic !!!". Na prawde miasto to w pierwszych godzinach pobytu w nim
przyprawilo nas o bol glowy. Dotarlismy poznym wieczorem, ostatnie 30 km.
przed miastem jechalismy juz po ciemku, a to na pakistanskich drogach jest
jak rosyjska ruletka: trafi sie w jakas wielka dziure w jezdni lub tez w
ostatniej chwili uda sie ja ominac? Jakos nam sie udawalo, ale po 2 godz .
takiego jezdzenia po omacku bylismy juz zmeczeni. Normalnie dawno juz bysmy
sie zatrzymali gdzies w jakims dogodnym miejscu i zatrzymali na nocleg po
prost w poblizu drogi. Tego wieczoru jednak nasza 10-o osobowa grupa rozbita
byla na mniejsze podgrupki i umowionym punktem zbornym byl jeden z tanich
hoteli w centrum Multan. Nie bylo innego wyjscia jak dotrzec mozliwie szybko
na miejsce. Atmosfera w grupie robila sie troche nerwowa, gdyz wszyscy byli
juz zmeczeni, wedlug naszej mapy i ilosci przejechanych kilometrow
powinnismy byc juz na miejscu, z tutaj zadneo sladu po tym przeciez calkiem
sporym (1 mln) miasteczku. Ciekawym jest fakt, ze nawet duzego miasta
pakistanskiego nie widzi sie w nocy z daleka. Ono po prostu sie pojawia.
Nagle ni z tego ni z owego juz w nim jestes. Zabudowania w odwiedzanych
przez nas do tej pory miastach sa niskie, oswietlenie bardzo skromne i nie
ma czegos takiego, ze bedac jeszcze sporo kilometrow przed miastem mozna je
zobaczyc i obserwowac jak sie do niego zbliza. W kazdym badz razie nie w
przypadku Multan. Samo dotarcie do mista nie oznaczalo jeszce konca naszej
drogi przzez meke tego dnia. Trzeba bylo jeszcze znalezc umowiony hotel.
Uff..., co to za byla jazda!!! Nie bede opisywal szczegolow, wystarczy
powiedziec, ze chaos, chalas i syf na ulicach byly najwieksze jakie do tej
pory spotkalismy.
Tego wieczoru bylismy na kolacji u jednego goscia, ktory widzial nas na
drodze i po prostu zaprosil do siebie do domu. Trzeba powiedziec, ze
wiekszosc Pakistanczykow jest bardzo goscinna i takich przykladow
spontanicznosci mozna by bylo podac wiecej. Nastepny dzien przewidziany byl
jako dzien wolny, wiec mozna byl czas na zagospodarowanie wieczoru. Bylismy
zmeczeni, ale rowniez ciekawi jak wyglada normalny dom mieszkanca tego
miesta. Zaproszenie przyjelismy. I bylo warto, zarowno ze wzgledu na walory
smakowe jak i na ciekawe wrazenia. Nasz gospodarz nie nalezal z pewnoscia do
bogaczy, ale przypuszczam tez, ze jego sytuacja byla troche lepsza niz
przecietna. W kazdym badz razie po przekroczeniu wysokiego muru z ulicy
wygladajacej jak smietnik przenieslismy sie jakby do innego swiata:
czystego, zadbanego duzego, przytulnego, normalnego mieszkania. Rodzina  na
nas czekajaca nie nalezala, jak wielokrotnie podkreslal nasz gospodarz, do
licznej: 3 dziewczymi i 1 chlopiec. No coz inne standarty...
Lahore, 7.10.1999
To juz koniec naszej trasy w Pakistanie. Jutro bedziemy ruszac do kjolejnego
kraju na naszej trasie - Indii. Co bedzie po Indiach nie wiadomo. Plan
przewiduje Birme, ale sa powazne problemy z otrzymaniem wizy i mozliwe jest,
ze bedziemy musieli zmienic trase.
Tak na marginesie to podczas tej wyprawy ciagle i ciagle zauwazam, ze
czlowiek jest tak skonstruowany, ze praktycznie do wszystkiego moze sie
przyzwyczaic oraz wszystkiego nauczyc - to tylko kwestia czasu i motywacji.
Fascynujace, ale i przerazajace mnie jeszcze przed kilkoma dniami ulice
pakistanskich miast, teraz staly sie dla mnie normalne. Jadac na rowerze po
miescie zachowuje sie jak kazdy urzytkownich tutejszych drog: wymuszam
pierszenstwo, wciskam sie w kazda dziure - byle do przodu i stosuje zasade
nie ograniczonego, ale zerowego zaufania dla innych na drodze. Oznacza to,
ze oczy musze miec z kazdej strony glowy, ale i tego mozna sie nauczydzo.
Czlowiek sie dostosowuje bardzo szybko...









 
23-09-2020 15:11:51
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite