http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  EMAILE Z PODRÓŻY » Indie-1 31 października 1999, 19:10:23 (Sun, 31 Oct 1999 19:10:23 +0200)   
 
Przyp. 11:30 Owocem sprawiedliwości jest drzewo życia, lecz bezprawie pozbawia życia.

Indie-1 31 października 1999, 19:10:23 (Sun, 31 Oct 1999 19:10:23 +0200)

  Gauhati, 1.11.1999

Przesylam relacje z pierwszych dni w Indiach. Nie moglem tego wczesniej
wyslac bo nigdy nie ma czasu na
pisanie na komputerze. Robie tylko sobie zapiski w zeszycie, a potem w miare
mozliwosci wstukuje to w komputer. Takich "niewstukanych" zapiskow mam od
groma. Moze po powrocie znajde na to czas. Dzisiaj w kazdym badz razie
przesylam te moze juz malo aktualna, ale mysle, ze interesuaca relacje.
Przed opuszczeniem Indii i prawdopodobnym przerwaniem konaktu internetowego
postaram sie jeszcze podeslac druga czesc o Indiach.


Delhi, 15.10.99

Od pieciu dni jestesmy w Indiach. Przez ten czas pokonalismy trase od
granicy pakistansko-indyjskiej w Wagan do stolicy Indii - Delhi, gdzie
dotarlismy dzisiaj poznym popoludniem. Przejechalismy przez ten czas naszymi
rowerkami ponad 500 km po drogach i bezdrozach dwoch indyjskich regionow:
Punjab i Haryana. Trzeba dodac, ze dla utrudnienia, ale rowniez urozmaicenia
sobie zycia, jechalismy wylacznie bocznymi drogami. Jest do zdecydowanie
inne doswiadczenie niz jazda po co prawda szybszych, ale nie tak ciekawych
glownych drogach.

Pamietam bardzo dokladnie to uczucie euforii w pierwszym momencie po
przekroczeniu granicy pakistansko-indyjskiej. Hurrrrrrrra!!! Dotarlem tak
daleko! Dotarlem do kraju, o ktorym tyle slyszalem. Jestem tutaj! Jestem w
Indiach!!! Sam bede mogl sprawdzic dlaczego to miejsce fascynuje, wrecz
hipnotyzuje tak wielu ludzi.

Dwa miesiace temu podczas naszego pobytu w Turcji spotkalem dwojke Polakow
wracajacych akurat z Indii. Spotkalem ich na szczycie gory Nemrut -
wspanialego miejsca nie tylko ze wzgledu na piekno otaczajacej natury, ale
rowniez ze wzgledu na Historie, ktora zaglada zza kazdego kamienia na tej
gorze. Bylismy tam o wschodzie slonca i obserwowalismy jak wraz z
nadchodzacym dniem coraz bardziej widoczne sie staja majestatyczne,
olbrzymie figury greckich bogow stojace od ponad dwuch tysiecy lat u zboczu
tej gory. To byl wspanialy moment. Bylem pod wrazeniem. Dwojka poznanych
dopiero co Polakow, wydwalo sie nie podzielala jednak mojego entuzjazmu. Na
moje pytania, co mysla o tym miejscu, otrzmalem odpowiedz "ciekawe, ale
wiesz... w Indiach...". Ludzie ci po prostu nie byli w stanie w pelni
odebrac piekna gory Nemrut, bo ciagle jeszcze swieze byly ich wrazenia z
Indii, wrazenia tak intensywne, ze przycmiewajace wszystko inne. Nie byli
oni pierwszymi i ostatnimi "ofiarami" Indii, jakie poznalem, tak wiec moje
oczekiwania zwiazane z tym krajem byly wieksze niz gdziekolwiek indziej do
tej pory.

I faktycznie, juz pierwszego dnia dotarlismy do miejsca, ktore "wypisz,
wymaluj" odpowiadalo moim wyobrazeniom. Bylo to w Armitsar. Do miasta tego
zawitalismy troche przypadkowo. Tak wlasciwie to zamierzalismy tego dnia
przejechac znacznie wiecej kilometrow i zatrzymac sie daleko za miastem. No
coz, plany planami, od tego sa zeby je zmieniac i wypadlo na to, ze spimy w
Zlotej Swiatyni - swietym miejscu Sikhow, polozonej w samym centrum
Armitsar. Pierwsze wrazenie jest niesmowite. Po przebrniecie przez
zatloczone, halasliwe i smierdzace ulice wielkiego indyjskiego miasta trafia
sie do cudownej oazy: cisza, spokoj, nastrojowe dzwieki modlacych sie
mnichow, roznorodnosc i koloryt przebywajacych tutaj ludzi, zadumanie,
skupienie - Magic India.
Wyjasnic trzeba, ze Sikhowie to bardzo specyficzna grupa ludzi. Ze
wszystkich, bardzo roznych grup etnicznych i religijnych skladajacych sie na
narod indyjski, Sikhowie sa ta najbardziej charakterystyczna. Trudno pomylic
Sikha z kims innym. Posluszni religijnemu zakazowi scinania wlosow wszyscy
mezczyzni to brodacze. Wszyscy mezczyzni maja rowniez dlugie wlosy przykryte
w ciagu dnia olbrzymim turbanem. Material z ktorego sklada sie taki turban
ma dlugosc siedmiu metrow. Zarowno mezczyzni jak i kobiety maja na rece
metalowa branzolete, symbolizujaca wiezienne kajdany. Brazoleta ta ma
przypominac jej posiadaczowi, ze za kazdy zly uczynek kara go nie ominie.
Innym symbolem jest duzy noz noszony na pasku. Od pokolen glownym zajeciem
Sikhow byla  bowiemwojna. Do niedawna to wlasnie oni stanowli trzon
indyjskiej armii. Rowniez za czasow kolonialnych 70% brytyjskiej armii w
Indiach byla pochodzenia Sikhijskiego. Swego czasu w spoleczenstwie tym byly
wyroznane wlasciwie tylko dwa zajecia: zolnierz i kaplan.

Sama swiatynia to wylozony zlota blacha niewielki budynek, w ktorym
przechowywana jest Swieta Ksiega Sikhow. Budynek ten polozony jest na srodku
malego jeziorka. Swiatynia i jeziorko stanowia centrum duzego, zabudowanego
ze wszystkich stron placu. W sklad tego kompleksu zabudowan swiatynnych
wchodzi rowniez Parlament i Muzeum Sikhow, kuchnia i pomieszczenia noclegowe
dla pielgrzymow. Kultura Sikhow nakazuje goscinnosc, tak wiec kazdy z
przybywajacych do Swiatyni osob dostaje miejsce do spania i jakies skromne
jedzenie. Rowniez i my zostalismy zakwaterowani w takim Domu Pielgrzyma.
Oczarowany atmosfera tego miejsca chcialem chlonac ja ile sie tylko da. Na
nocleg postanowilem wiec rozlozyc sie bezposrednio na placu przy jeziorku.
Dodatkowa atrakcja mialo byc przebudzenie o wschodzie slonca, kiedy to
podobniez Zlota Swiatynia wyglada najpiekniej.To
bylo wspaniale miejsce. Noc, gwiazdy, muzyka, blask podswietlonej Swiatyni i
jej odbicie w tafli jeziora tworzyly razem urzekajaca mieszanke. Rowniez
przebywajacy tutaj ludzie skladali sie na ta specjalna atmosfere. Dlugie
godziny siedzialem i obserwowalem. To byly bardzo ciekawe godziny. Problem w
tym, ze w pewnym momencie trzeba bylo jednak isc spac. Na poczatku wszystko
bylo w najlepszym porzadku, spalem sobie spkojnie kolysany szumem wody i
dobiegajaca muzyka. Potem jednak obudzili mnie ludzie, ktorzy zajmowali sie
czyszczeniem placu. Nie bylo problemu. Wstalem, a oni szybko rozlali wode na
kamienie posadzki placu, przejechali wielkimi myjkami, a potem jeszcze
wytarli na sucho. Moglem spac dalej. Nie trwalo to jednak dlugo. Tym razem
obudzila mnie grupa pielgrzymow, ktora akurat dotarla do Swiatyni i nie
chciala czekac do rana z rytualnym obmyciem w wodach jeziora. O.K., wstalem
i aby uniknac podobnych przebudzen przenioslem sie pare metrow dalej w
jakies mniej eksponowane miejsce, gdzie oprocz mnie przebywalo
kilkudziesieciu Sikhow. Moglem spac dalej. O godzinie czwartej nad ranem
dobiegajaca ze Swiatyni uspakajajaca, nastrojowa muzyka zrobila sie nagle
glosna. Obudzilem sie. Winnymi okazali sie mnisi, ktorzy zaczeli sie
przygotowywac do odbywajacego sie kazdego dnia uroczystego przeniesienia
Swietej Ksiegi z pommieszczen Parlamentu do Zlotej Swiatyni na wyspie. Tylko
spokojnie, pomyslalem sobie, to nic, ze jest glosniej, same dzwieki sa
przeciez tak samo piekne jak poprzednio, spie dalej. I spalem, chociaz nie
byl to juz sen spokojny. O piatej nad ranem obudzili mnie i jeszcze kilku
innych spoznialskich swiatynni straznicy. Akurat rozpoczynalo sie
przeniesienie Ksiegi i podczas tak uroczystego momentu nikt ze znajdujacych
sie na placu nie mogl przeciez spac. O.K, tym razem mialem juz dosyc.
Zebralem swoje graty i pomaszerowalem do pobliskiego budynku, gdzie
przebywala cala nasza grupa. Wschodu slonca oczywiscie nie zobaczylem, bo
bylem tak zmeczony tym odpoczynkiem nad brzegiem jeziorka, ze spalem do
poznych godzin poludniowych. Rada na przyszlosc: nie przesadzac z
kontemplowaniem atmosfery, bo spac przeciez kiedys trzeba.

Dwie noce pozniej znowu spalismy w swiatyni, tym razem hinduskiej. Bylo to w
jakims malym miasteczku, do ktorego dotarlismy po dlugim dniu 'rowerowania'.
Bylismy zmeczeni, bylo juz ciemno, a miasteczko, chociaz male przyprawialo o
bol glowy: trabiace samochody, warczace motoriksze, nawolujacy ludzie,
wyjace agregatory prodotworcze, a ponad tym wszystkim plynaca przez megafony
modlitwa hinduskiego kaplana. Ta mieszanka byla ponad nasze sily. Uciec
stad, uciec jak najdalej - o niczym innym nie moglem myslec. Nie rozumiem
jak ludzie sami z wlasnej woli moga tworzyc sobie tak okropne warunki do
zycia. Nie chodzi tutaj o ubostwo, ale o styl zycia, o dokonany wybor. Nie
wiem z czego to wynika, ale w tej czesci swiata wieksza grupa ludzi w jednym
miejscu oznacza halas. Przerazliwy halas! Wroclaw, czy Warszawa wydaja sie z
tego punktu widzenia oazami spokoju.

Propozycja przenocowania nas na terenie miejscowego szpitala i przylegjacej
do niego swiatyni wydawala sie zbawcza. Wydawala sie... Do spania
udostepniono nam pomieszczenia swiatynne. Bylo przestronnie (uff!, nawet
bardzo przestronnie, to byla calkiem spora swiatynia), bylismy bezpieczni od
zgielku ulicy, dostalismy nawet calkiem niezle 'jedzonko', ale... No coz,
zawodzacy mnich zdawal sie nie zauwazac, ze nadeszla juz noc - pora
wypoczynku i jakos nie przerywal swoich serenad. Dodatkowa atrakcja bylo, ze
jego glos brzmial szczegolnie donosnie w murach swiatyni, w ktorej
staralismy sie zasnac. Tych strasznych dzwiekow nie zapomne do konca zycia.
Nie dosc, ze ow mnich kompletnie nie mial sluchu, ze zawodzil swoim
momentami chropawym, momentami piszczacym glosem, to jeszcze glos tego
'artysty' wzmacniany byl przez jakies prastare megafony, ktore dodatkowo
znieksztalcaly jego glos. Bylem zmeczony wiec mimo wszystko zasnalem. W nocy
budzilem sie jednak wielokrotnie i za kazdym razem "jasna krew mnie
zalewala" i klalem tego mnicha jak tylko umialem najpiekniej. Nic to jednak
nie pomagalo, on spiewal dalej. Nie bylo innej rady jak zaakceptowac ten
halas, uspokoic sie i spac dalej. Az do nastepnego przebudzenia i kolejnej
'wiachy' rzuconej pod adresem niczego nieswiadomego rozmodlonego mnicha. Tak
dotrwalem jednak do ranka, a wraz ze wschodem slonca glos umilkl. To byla
piekna chwila. W moich uszach, w mojej glowie glos ten rozbrzmiewal jeszcze
przez dlugie godziny. Ciagle jeszcze go pamietam. Brrrrrr...

Po drodze do Delhi mijalismy takie miejscowosci jak Ludhiana, Pohir, Jind,
Julana, Rohtak. Troche kilometrow nadrobilismy dzieki naszemu "Punjab
coordinator" jak nazwalismy pewnego starego Sikha, ktory pedalowal z nami na
swoim wielkim, ciezkim rowerze przez pol dnia pokazujac nam te "najkrotsza"
droge. No coz, zrobilismy niezle koleczko, ale zabawa byla przednia. Nasz
dlugobrody przewodnik nie mowil ani slowa po angielsku, ale rozumielismy sie
niezle. Uklad byl taki, ze on jedzie na przedzie dumny z tego ze przewodzi
stawce jedenastu poslusznych obcokajowcow, pokazuje nam droge i dzwoni swoim
rowerowym dzwonkiem najglosniej jak sie da w momencie kiedy przjezdzalismy
jakas wioske. Swojej pierwszej pozycji w grupie bronil zaciekle. Raz kiedy
chcialem troche odskoczyc do przodu, aby zrobic mu zdiecie, nie zrozumial
mojej intencji i rowniez nacisnal na pedaly starajac sie mnie dogonic.
Trzeba mu przyznac, ze silny byl z niego dziadek. Ze zdiecia byly nici.
Dopiero, kiedy mu wytlumaczylismy, ze chodzi o zdiecie, a nie zmiane lidera
ochoczo zaczal pozowac do obiektywu. Ta sielanka skonczyla sie w momencie,
kiedy stwierdzilismy, ze kilometry umykaja, a jakos nie docieramy do
miejscowosci, ktore powinny znajdowac sie na naszej trasie. Nasz los
powierzylismy znowu naszej mapie, a 'Punjab koordinator' niepocieszony
faktem, ze nie sluchamy jego polecen, zniknal nam w jednej z mijanych
wiosek.

Wszystkie mijane przez nas po drodze miasta i wioski, obojetnie male czy
duze byly tak samo halasliwe i tak samo brudne. Powiedziano nam, ze Punjab
to najbogatszy region Indii. Ciekawe jak wygladaja te biedniejsze...

Nie znam Indii. Nie moge przeciez znac tak wielkiego i tak zroznicowanego
kraju po zaledwie pieciodniowej przjazdzce na rowerze. Mam jednak wrazenie
ze te tajemnicze, mistyczne, uduchowione 'MAGIC INDIA' z opowiesci, to tylko
niewielkie wyspy w oceanie brudu, halasu i ludzkiej nedzy. A moze to sa
wlasnie prawdziwe 'MAGIC INDIA'?











 
24-09-2020 07:01:57
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite