http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  EMAILE Z PODRÓŻY » LEKTURA !!! SLAWEK z GUWAHATI INDIA 04.11.1999 4 listopada 1999, 05:45:07 (Thu, 4 Nov 1999 05:45:07   
 
Rzym. 14:22 Przekonanie, jakie masz, zachowaj dla siebie przed Bogiem. Szczęśliwy ten, kto nie osądza samego siebie za to, co uważa za dobre.

LEKTURA !!! SLAWEK z GUWAHATI INDIA 04.11.1999 4 listopada 1999, 05:45:07 (Thu, 4 Nov 1999 05:45:07

  CZESC  !!! GUWAHATI ASSAM POLNOCNO-WSCHODNIE INDIE 04.11.1999
Przesylam opisy moje i Waldka jakie udalo mi sie zebrac. Zycze przyjemnej
lektury i mam nadzieje ze bedzie to dla was intersujace.
WITAM !         DAKAR SENEGAL  AFRYKA 04.04.1999 opis moj
Postanowilem po osmiu miesiacach podrozy napisac cos takze w jezyku
polskim. Litewscy koledzy w swoim kraju sa znani pisza ciagle do agencji
prasowych a takze ich material filmowy ukazuje sie w telewizji litewskiej.
Koledzy z niemiec pisali rowniez do gazet.Podczas podrozy wiele artykulow
ukazalo sie w Meksyku, Kolumbii, Peru, Argentynie, Ghanie i rowniez takze w
innych krajach. W Polsce praktycznie nikt nic nie wie o GMPR po za
niewielkim gronem osob. A wiec chcialbym rozpoczac wszystko od poczatku.
Idea rajdu zrodzila sie w 1993 roku w Atenach podczas miedzynarodowego
spotkania rowerzystow. W 1994 roku powstala w Stanach Zjednoczonych
organizacja non-profit: " The Great Millenium Peace Ride" , czyli Wielki
Milenijny Rajd Pokoju, ktora nawiazujac kontakty z organizacjami i
pojedynczymi osobami z roznych stron swiata zaczela tworzyc miedzynarodowa
siatke koordynatorow Rajdu w poszczegolnych krajach i regionach. Pierwotnym
zalozeniem bylo stworzenie pieciuset osobowej grupy rowerzystow, po trzy
osoby z kazdego kraju, i zapewnienie poprzez miedzynarodowy sponsoring,
srodkow finansowych na pokrycie kosztow calego przedsiewziecia. W
miedzyczasie nastapila decentralizacja organizacji sfery finansowej Rajdu co
oznaczalo, ze uczestnicy musza sami zdobyc srodki finansowe w kraju ktory
reprezentuja.
W Polsce organizacja sie zawalila, nie wiedzialem czy wezme udzial w tym
rajdzie. Nie udalo mi sie znalezc sponsorow . Nie mialem dosc dobrego
roweru,
sprzetu na taka podroz, ubezpieczenia na tak dluga i za razem niebezbieczna
droge. Nie mialem niczego.
  Rajd wyruszyl 6 sierpnia 1998 roku z Seattle ze Stanow Zjednoczonych  w
rocznice zrzucenia bomby atomowej na Hiroszime a zakonczy sie 1 stycznia
2000 roku w Hiroszimie. Nasza trasa przebiegala przez Polnocna Ameryke dalej
przez Ameryke Srodkowa i Polodniowa. Teraz podroz kontynujemy w Afryce
Zachodniej nastepnie Europa , Bliski Wschod i Azja.
  Z Wilna otrzymalem od miedzynarodowego koordynatora dokumenty miedzy
innymi list z UNESCO z Paryza,  ktore pomogly mi otrzymac wize do Stanow
Zjednoczonych. Te dokumenty otrzymalem w ostatniej chwili. Po zdobyciu wizy
do USA takze
otrzymalem wizy do Meksyku i Gwatemali.
Martwilem sie jak tu dotrzec do Seatlle poniewaz nie mialem pieniedzy na
przelot. Ale dzieki pomocy kolezanki udalo mi sie znalezc bilet za okolo
1300 zloty, 322 dolary. Te pieniadze takze byly dla mnie wysokim kosztem ale
udalo sie zdobyc te kwote. Z Warszawy wylecialem 7 sierpnia 1998  Jedna noc
w Londynie i dalej nastepnego dnia kontynuacja podrozy do  Seattle. W
Seattle nikt na mnie nie czekal na lotnisku bylem troche tym zmartwiony
daleko od domu. Ale czekalem okolo 6 moze 7 godzin i nikt nie przyjezdzal.
Pozniej okolo wieczora wzialem taksowke ktora zawiozla mnie pod adres ktory
otrzymalem od miedzynarodowego koordynatora. Pod  podanym adresem nie
zastalem wlasciwej osoby a moj angielski nie byl za najlepszy aby sie dobrze
porozumiec w szkole tylko uczylem sie jezyka rosyjskiego i niemieckiego. Za
taksowke zaplacilem okolo 40 dolarow a za nocleg w miedzynarodowym
schronisku 20 dolarow czyli pierwsza noc byla nie ciekawa i dosc droga jak
dla mnie. Przylatujac do Seattle mialem ze soba moze okolo 300 dolarow.
miedzynarodowy koordynator napisal  mi w emailu jeszcze jak bylem w Polsce
ze moze zalatwi jakis sponsorow ale z tego nic nie wyszlo. W Seatlle
pomoc otrzymalem od polskiego studenta Przemka Pardyaka. Po kilku dniach
pobytu  pod podanym adresem w Seattle. Dolaczylem do grupy w stanie Oregon.
Podczas podrozy przez zachodnie wybrzeze  Stanow Zjednoczonych nocowalismy w
Parkach stanowych. W Stanach Zjednoczonych bylo nas  10 osob tak ze nocleg w
Parkach  dla nas nie byl tak kosztowny okolo 1,5 doloara na kazda
osobe. Byly dosc dobre warunki mozna bylo sie umyc w wiekoszosci parkach
byla goroaca woda.  Jedzenie mielismy wspolne tzn kazdego dnia byla zmiana
trzyosobowa ktora przygotowywala jedzenie rano przed wyruszeniem w trase i
wieczorem po zakonczeniu trasy. Kazdego dnia ekipa kucharzy sie zmieniala.
Dzennie w USA robilismy okolo 100 km ( dokladne informacje
http://www.peaceride.org ). Podrozowalo sie przyjemnie aswaltowe drogi,
wspaniale krajobrazy i klimat podobny byl jak w Polsce latem. W Los Angeles
i San Diego otrzymalem pomoc finansowa od POLONII KALIFORNIJSKIEJ i dzieki
temu moglem kontynuowac moja podroz do Argentyny. W Stanach
Zjednoczonych przebywalem od 8 sierpnia 1998 roku do 5 wrzesnia 1998 roku.
Z wazniejszych miast odwiedzilismy San Francisco slynny most Golden Gate.
Los Angeles , Hollywood, Beverly Hills.  Podrozowalismy przez trzy stany
Washington, Oregon, California. Nasza grupa skladala sie z 5 osob z Litwy, 3
osoby z Niemiec,  1 osoby z Turcji i ja z Polski.
W Meksyku kontynuowalo podroz 9 osob. Jedna osoba z litwy powrocila do
Kanady kontynowac studia.
W Meksyku mielismy troche problemow  na tzw wewnetrznej granicy w stanie
Sonora. Byl  problem zwiazany z naszym samochodem. Zadali od nas tzw "Car
permision" My postanowilismy ze nie bedziemy placic zadnych pieniedzy zeby
kontynowac podroz bez tych dokumentow i postanowilismy powrocic do Stanow
Zjednoczonych okolo 400 km i inna droga poprzez stan Arizona powrocilismy do
Meksyku gdzie legalnie bez zadnych problemow otrzymalismy porzebne
dokumenty. W Meksyku mielismy przygotowany program przez tamtejszych
koordyntorow.  W Hermosillo dolaczyla do nas meksykanka koordynatorka .
Kazdego dnia wstawalismy wczesnie rano jeszcze przed wschodem slonca okolo
godziny czwartej i okolo piatej rozpoczynalismy podroz na rowerach z obstawa
policji. I tak bylo w  wiekszosci dni kiedy tylko podrozowalismy na
rowerach.
Byly przygotowane miejsca nolegowe w szkolach, hotelach, miejscach
sportowych,
czasami takze otrzymywalismy jedzenie. Odbywaly sie spotkania w Szkolach z
mlodzieza, z prasa, radiem i telewizja. W Meksyku mielismy ciezkie zycie bo
zawsze musielismy przybyc punktualnie na miejsce spotkania a nie zawsze sie
to udawalo i nasz koordynator byl na nas czasami zdenerwowany.W moim rowerze
pekla
rama ale naszczescie zostala zespawana dosc dobrze za okolo 5 dolarow.Ja
podrozuje na rowerze Universal firmy "ROMET" wyprodukowanym w 1976 roku a
wiec po tylu latach miala prawo peknac ta rama. Koledzy moi maja dosc dobre
i drogie rowery niestety mnie nie bylo stac kupic sobie dosc dobry rower na
ta podroz. Jakos ten moj rower dosc dobrze sie sprawuje po mimo swojego
wieku. W Meksyku z jedzeniem nie bylo zbytnich problemow. mozna bylo kupic
rozneogo rodzaju owoce nie drogo takze pieczywo i warzywa. W Meksyku
odwiedzilismy takie wieksze miasta jak   Tijuana,Hermosillo (gdzie
temperatura dochodzila do 42 'C) Culiacan,Mazatlan, Guadalajara, Morelia
Meksyk z okolo dwudziesto-milionowa ludnoscia, Puebla, Tehuacan, Oaxaca,
Tehuantepec, Tuxtla Gutierrez. W meksyku przebywalismy miesiac do czwartego
pazdziernika przebylismy przez ten kraj okolo 4000 km pokonujac te odleglosc
na rowerze a takze poprzez transport. W meksyku takze rozstal sie z nami
jeden kolega z niemiec.
W Gwatemali spedzilismy tylko 8 dni. W miescie Solola dolaczylo do nas
jeszcze dwuch meksykan. W tym kraju odwiedzilismy malowniczo polozone
jezioro w gorach. W miescie Gwatemala odwiedzilismy szpiltal poniewaz jeden
z kolegow z ekipy litewskiej mial problemy z  okiem z czego w rezultacie
musial zostac  dluzszy czas gdzie zostala przeprowadzona operacja na oku.
W Salwadorze spedzilismy piec dni. Biedny kraj podrozujac moglismy zobaczyc
jak ludzie zyja w chatach z gliny przykrytych sloma, sprzedajacych banany,
arbuzy i inne owoce tropikalne. Podrozowalismy nad oceanem spokojnym wsrod
malowniczych widokow. Cicho bylo i spokojnie wogole nie widzielismy
turystow.
Odwiedzielismy stolice San Salwador gdzie zrobilismy wizy do Hondurasu.
W Hondurasie bylismy tylko trzy dni odwiedzilismy stolice Tegucigalpe.
Gdzie w pozostawionym bez opieki  naszym samochodzie z tablica rejstracyjna
z USA jacys ludzie wybili szybe w drzwiach za ktora to nowa szybe musielismy
zaplacic okolo 120 dolarow.
W Nikaraguii spedzilismy tydzien czasu gdzie pogoda byla deszczowa. Zycie
musielismy sobie organizowac sami jak i rowniez w calej Ameryce Srodkowej.
Trzy razy nocowalsmy w szkolach i raz w kosciele ADWENTYSTOW DNIA SIODMEGO.
W Nikaraguii rozstal sie z nami jeden meksykanczyk.
W Kostaryce  spedzilismy osiem dni. Nocujac przy kosciolach. W San Jose w
stolicy musielismy siedziec kilka dni poniewaz koledzy z Litwy potrzebowali
wizy do Panamy a ktorych to wiz nie chciala wydac ambasada. Musielimy
przeprowadzic maly protest przed ambasada. Nastepnego dnia litwini otrzymali
wizy.
W Panamie przebywalismy ponad dwa tygodnie. W miescie David dolaczyl sie
jeden rowerzysta ze Szwecji i podrozowal z nami kilka dni  do  miasta
Panama. Tutaj mielismy problem z przedostaniem sie do Kolumbii. Przy kanale
panamskim w sektorze Stanow Zjednoczonych spedzilismy okolo 2 tygodni
oczekujac na statek.
Moglem zauwazyc kolosalna roznice pomiedzy sektorem USA a reszta miasta
Panamy. W amerykanskim sektorze czysto wszystko jest zadbane jak w USA a
pozatym  sektorem ludzie zyja nie wszyscy ale w wiekszosci jak w smietniku i
to takze
mozna bylo zauwazyc w calej Ameryce srodkowej.  Sa ludzie takze bogaci
ktorzy przewaznie zyja  w stolicach lecz sa tak obwarowani jak oboz
koncentracyjny z drutem pod napieciem i jeszcze innymi udogodnieniami. Mozna
bylo zauwazyc ludzi mieszkajacych na ulicach ludzi ktorzy zebrza a takze
ludzi ktorzy podchodza do samochodow probujac cos sprzedac. Swiat ameryki
jest bardzo kontrastowy ludzie bardzo bogaci i rowniez ludzie bardzo biedni
ktorych jest wiekszosc.
W miescie Colon, Panama zapakowalismy nasz samochod do kontenera i statkiem
wyslalismy go do Kartageny w Kolumbii, a my sami szukalismy dla nas innego
transportu. I z powrotem wrocilismy autobusem do miasta Panama skad
polecielismy  malym samolotem do miasteczka malego a moze raczej wsi  nad
oceanem atlantyckim gdzie
zrobilismy powinnosci paszportowe i dalej plynelismy mala lodka do Kolumbii
po oceanie koloru niby zielonego w piekny sloneczny dzien obserwujac
malownicze krajobrazy. Z wsi juz w Kolumbii musielismy wziasc inna ludke
azeby doplynac do miasta Turbo. Lodzia wyruszylismy poznym popolodniem z
naszymi rowerami i  bagazami. Zrobilo sie ciemno na niebie pojawily sie
blyskawice i takze pozniej zaczal padac deszcz. Nasi przewodnicy pozniej
stracili orientacje gdzie sie znajdujemy ale pozniej wszystko wrocilo do
normy. Podrozowalismy w sumie okolo 5 godzin od godziny okolo 17-tej do
okolo 22-giej. Z Turbo podrozowalismy do Medellin autobusem poprzez gorzyste
i niebiezpieczne drogi okolo 15 godzin. Dotarlismy do Medellin do tego
slawnego miasta slynacego z kartelu narkotykowego. Pierwsza noc spalismy w
parku przy osiedlu mieszkaniowym to miejsce pokazal nam jeden tamtejszy
litwin powiedzial ze bedzie tu bezpiecznie. Rankiem przejezdzala  samochodem
kolo nas studentka i zaprosila nas do domu na herbate. W Medellin kilka dni
spedzilismy mieszkajac u rodziny litewskiej. Pozniej podrozowalismy po
terenach gorzystych i za razem  bogatych w roslinnosc, drzewa i rowniez
rzeki. W
Kolumbii spedzilismy wiecej niz dwa tygodnie.
Przez Ekwador pedzilismy  azeby zdazyc na 8 grudnia do Peru. W Quito w
stolicy zatrzymalismy sie abym mogl otrzymac wize do Peru.  W Ekwadorze
rowniez podrozowalismy przez tereny gorzyste a takze bardzo zle drogi.
Samochod ktory mielismy to Chrysler Voyager Plymouth z niskim zawieszeniem
tak ze nie byl on najlepszy na  te drogi. Zaczal sie on nam psuc dlatego
nazwalismy go "Challenger".
Do granicy Peru dotarlismy na czas jadac dniem i noca. W Peru byl
przygotowany program tak ze musielismy dotrzec na czas. Na granicy
zostalismy przywitani przez koordynatorke, przedstawicieli sportu, wladz i
policji. W Peru mielismy spotkania z mlodzieza w szkolach, z prasa,radiem i
telewizja, mielismy przygotowane miejsca noclegowe i czasami takze i
jedzenie.
W Peru ukradli mi aparat Zenit i to co ciekawe na spotkaniu z dziecmi.
W tym kraj podrozowalismy po zroznicowanym terenie gdzie byla pustynia i
takze wysokie gory okolo 5000 metrow i bardzo zimno.
W stolicy Peru Limie jak tez w innych miastach ameryki mozna bylo zauwazyc
wielki kontrast
pomiedzy bogatymi i bardzo biednymi ktorzy mieszkaja na obrzezach miasta
niedaleko gor gdzie nie ma  zadnej roslinnosci  gdzie tylko piach i skaly.
W Limie  przylaczyla sie do nas rowerowa grupa "Cyklo vida" ktora
kontynuowala z nami podroz az do granicy z Czile. W miescie Puno
dolaczyli sie do nas trzy osoby w tym jedna dziewczyna z Holandii i oni
rowniez kontynuowali podroz z nami do granicy z Czile.Mielismy takze
mozliwosc odwiedzic miasto Cusco i takze
zagubione miasto  Inkow Machupicchu wysoko w gorach dookola rozciagajace sie
wspaniale widoki.
W Limie w stolicy mielismy wiele problemow z naszym Challengerem skrzynia
biegow sie rozsypala i naprawa nas sporo kosztowala.  W Peru  mialem
problemy zoladkowe przez to ze jedlismy w tanich przy domowych restouracjach
w ktorych przyrzadzano jedzenie nie w najlepszych warunkach sanitarnych.
W Peru w malym miasteczku Tarata spedzilismy przejscie ze starego w nowy
rok.
Czile. Dotarlismy do Ariki gdzie znow nam sie popsul samochod i znowu
naprawa. Reszta grupy kontynowala trase a ja i trzy osoby zostaly przy
samochodzie. Dla grupy bylo to obciazeniem  poniewaz wszystkie rzeczy cala
grupa miala w samochodzie. Od Ariki ciagnie sie okolo 2000 km na polodnie
pustynia Atakama. Takze kilka dni spedzilismy w Iquique poniewaz znow sie
popsul samochod. Czile jest to juz inny kraj troche jak europejski. Nie
daleko Santiago rozpopczyna sie zielony teren. W Santiago nocowalismy na
stadionie narodowym. Z Santiago wyruszylismy do Los Andes a z tamtad w
strone granicy z Argentyna.
Czile bylo drozszym krajem od Peru.
Argentyna. Granice przekraczalismy w tunelu wysoko w gorach gdzie dookola
mozna bylo widziec na szczytach gor snieg. Droga do Mendozy wiodla wsrod
wspanialych gorzystych krajobrazow. Kilka kilometrow przed Mendoza zdarzyl
sie wypadek gdzie kolega z Peru i inny kolega z Argentyny zostal potracony
przez samochod i oni zostali odwiezieni do szpitala. Ale naszczescie nic
powaznego nie bylo co by zagrazalo zdrowiu lub zyciu. Kolega z Peru tego
samego dnia wieczorem wyszedl ze szpitala a ten drugi kolega nastepnego
dnia. Dalej kontynuowalismy podroz do Buenos Aires po rowninach. Od Mercedes
do Buenos Aires podrozowalismy znowu na rowerach ponad 600 km. Dobra droga
aswaltowa, klimat i pogoda taka jak w Polsce latem nie bylo za goraco tak ze
sie przyjemnie podrozowalo.  Nocowalismy caly czas w strazach pozarnych
moglismy sie umyc zagrzac sobie wode na herbate. Udzielalismy takze wywiadow
do gazet i takze do telewizji.  Ostatnie 70 km podrozowalismy pociagiem do
Buenos Aires. Pierwsza noc w tym miescie spedzilismy na trawniku na jednym z
osiedli ale naszczescie bylo spokojnie. W Buenos Aires kupilem sobie namiot
iglo za okolo 40 dolarow i karimate za okolo 12 dolarow, bo ostatnia
karimate ktora mialem ukradli mi na granicy meksykansko-gwatemalskiej.
Argentyna byla najdrozszym krajem w Ameryce polodniowej ale mozna bylo
wszystko kupic jak w Polsce. Dobrze sie odzywialismy co bylo dla nas  dobrym
przygotowaniem na Afryke. Najtanszy bilet lotniczy jaki udalo nam sie
znalezc do Ghany kosztowal 959 dolarow po jeszcze malej obnizce dla nas. Nie
bylo ambasady Ghany w Buenos Aires takze musielismy starac sie o wize w
Brytyjskiej Ambasadzie gdzie za wize kazdy musial zaplacic 36 dolarow. Z
Buenos Aires przylecielismy samolotem do Zurichu ze stopem w Rio de Janeiro.
W Zurichu mielismy 6 godzin wolnego takze moglem wyjsc na zewnatrz otczuc
znowu zimowy klimat europejski a brakowalo mi naprawde tego chlodnego
swiezego powietrza.  Kolega z niemiec spotkal sie na lotnisku ze swoja
rodzina a przy okazji i my moglismy porozmawiac z rodzina a takze wypic cos
goracego
i zjesc jakies ciastko. Nastepnie kolejnym samolotem lecielismy do Accra
Ghana ze stopem w Lagos, Nigeria. W ciagu dwuch dni mielismy mozliwosc byc
na trzech kontynentach. W Akrze w Ghanie wysiedlismy z samolotu i znowu
parno i duszno przywital nas koordynator z przyjaciolmi.  W Akrze
odwiedzilismy ministerstwo sportu a takze spraw zagranicznych, rowniez
odwiedzilismy siedzibe UNESCO bylismy zaproszeni na pewien spektakl gdzie
przybyly rozni ludzie rowniez z UNESCO z Francji.  Afryka  Ghana  roznica
pomiedzy ameryka ludzie przyjacielscy. W Ameryce wolano na nas "GRINGO" a w
Ghanie  "WHITE MAN" Ten kraj moze nie jest tak drogi jak Argentyna ale
zbytnio duzo produktow nie ma do wyboru wszystko jest importowane, jedynie
owoce  tropikalne mozna kupic bylo produkcji krajowej. Dosc dobra byla droga
ktora podrozowalismy. Odwiedzilismy takie miasta jak Tacoradi, Esiama,
Elubo. W Ghanie  mnostwo palm kokosowych mozna bylo dosc tanio pic sok z
kokosow a takze jesc wewnetrzny miasz. Rowniez dosc tanie byly banany
pomarancze i ananasy.  W Akrze zrobilismy wizy do Wybrzeza kosci sloniowej i
takze do Gwineii.
Wybrzeze kosci sloniowej  czyli Cote d'Ivoire. I tutaj zaczal sie problem
nikt w grupie nie mowi po francusku.
ale coz robic trzeba podrozowac.  Tak jak i w Ghanie tutaj rowniez pelno
palm kokosowych ale rowniez plantacje palm nie kokosowych a takze ananasow
byl taki czas ze mozna bylo znalezc pelno ananasow przy ulicy  ludzie
poprostu je odrzucali poniewaz mialy wady. W Abidjanie zatrzymalismy sie na
stadionie narodowym ktory znajduje sie w  centrum miasta. Abidjan w
przeciwienstwie do Akry to miasto ma wyglad europejski. Pelno wysokich
wiezowcow pokrytych szklem jak nasz hotel marriott w Warszawie. Tyle ze
jeszcze jest ten problem pobrania pieniedzy z automatu. Bynajmniej ja mialem
ten problem. W Abidjanie musielismy zrobic wizy do Senegalu takze ja
zostalem w Abidjanie a cala grupa postanowila kontynuowac podroz. W tym
czasie zachorowalem na malarie ale dobrze ze sie zaopiekowali mna
przyjaciele adwentysci. Rowniez otrzymalem duza pomoc od AMBASADY RP tutaj w
Abidjanie.
Pozniej jak sie dowiedzialem z rozmowy z jednym z kolegow na trasie
zachorowalo na malarie kolejne trzy osoby z grupy. Dwum kolegom  niemcowi i
meksykanczykowi podczas malarii zostaly ukradzione rowery i nie mogli
kontynuowac dalej podrozy a kolega z turcji zrezygnowal z dalszej
kontynuacji trasy.
Dalsza podroz kontynuja tylko piec osob tzn ja kolega z Peru i trzy osoby z
litwy.
Gwinea. Tutaj jeszcze piedziesiat kilometrow przed granica rozpoczela sie
droga ziemna. Ale mozna bylo podziwiac proste zycie tamtejszych ludzi,
zyjacych w chatach glinianych przykrytych trzcina lub zeschnieta  wysoka
trawa. Dookola mnostwo roznorodnych  drzew troche jak dzungla. Pozniej byla
droga aswaltowa ale to dobiero po stu kilkudziesieciu kilometrach drogi
ziemnej. W tym panstwie jest problem z elektrycznoscia. Z woda  nie ma
problemu w prawie kazdej wiosce mozna znalezc pompe glebinowa tak ze woda
jest dosc dobrej jakosci.  Jedzenie. Codziennie praktycznie jemy ryz z sosem
i dotego chleb i popijamy woda, rowniez jemy owoce takie jak banany
pomarancze i mango ktore tutaj sa bardzo tanie.  Polodniowa czesc Gwineii to
chrzescijanie i  inne religie  czym dalej na polnoc tym wiecej muzlumanow
ktorzy nie lubia aby ich fotografowano. Znowu przed granica z Senegalem
okolo
300 km rozpoczyna sie droga ziemna .Z Labe do Kundara okolo 250 km
dotarlismy na rowerach pokonujac jednego dnia okolo 60 km po bardzo zlej
drodze i czasami w gorzystym terenie. Czasami trzeba bylo zaslaniac twarz
poniewaz  po przejezdzajacych samochodach zostawaly tumany kurzu no i bylo
dosc goraco. Przedostatni odcinek trasy nocowalismy na pustkowiu gdzie
pozniej wyczerpaly sie nasze rezerwy wody i z trudnoscia w upale w srodku
dnia dotarlismy do wioski aby zaczerpnac wode. Z Kundara  w Gwineii
wzielismy transport  doTamba-Counda w Senegalu pierwszy odcinek ponad 100 km
byl drogi ziemnej w zlym stanie tak ze dla samochodu bylo  to  dosc ciezkie
do
pokonania.
W Tamba-Counda czekalismy na pociag towarowy do Dakaru oddalonego o okolo
500 km powiedziano nam ze planowany jest odjazd pociagu o czwartej
popolodniu w rezultacie pociag ruszyl o piatej nad ranem i podrozowalismy
okolo 26 godzin z postojami tyle ze bylo to za darmo. Tutaj w Dakarze zatrzy
malismy
sie na kilka dni przy misji Adwentystow Dnia Siodmego.  Zrobilismy wizy do
Maroka. I w srode tj 07.04.1999 planujemy ruszyc na polnoc do granicy z
Mauretania i dalej do stolicy.  To co pamietalem moze w nie najlepszej
formie skladniowej  napisalem ale chcialem aby rowniez cos w jezyku
polskim bylo na naszej internetowej stronie.
Wiekszosc materialu jest w jezyku angielskim jest list w jezyku niemieckim a
bedzie rowniez teraz takze material w jezyku hiszpanskim i polskim.
Chce podziekowac  wszystkim ktorzy przyczynili sie do tego ze moge brac
udzial w tym rajdzie:
ks. Edwardowi Mroczynskiemu i parafianom z Los Angeles, CA, USA, ks.
Stanislawowi Kowalskiemu i parafianom z San Diego, CA, USA, przyjaciolom z
Kosciola Adwentystow Dnia Siodmego. Szczegolnie chce podziekowac mojej
Mamie, braciom i rodzinie ktorzy szczegolnie troszcza sie o to abym mogl
dalej kontynuowac ten rajd.
Slawomir Platek
slawek@gmpr.lt
-POKOJ - PEACE - SHALOM - PAZ - PAIX - Mup  - MIR - FRIEDEN - TAIKA -
___________________________________________________________
Slawomir Platek.

WITAM!!!!!  ALGECIRAS HISZPANIA 07.05.1999 opis moj
Jest to kontynuacja  opisu ktory rozpoczalem 04.04.1999 w Dakarze.
Wizy do Maroka otrzymalismy za darmo i to tego samego dnia. Kolejnego dnia
odwiedzilismy Ambasade Hiszpanii poniewaz kolega z Peru potrzebowal wize a
takze litwini nie byli pewni czy musza miec wize.  Na poczatku  nie chcieli
nas przyjac ale po naporze zgodzili sie. Przy pomocy Ambasady RP w Dakarze
mielismy umowione spotkanie w Senegalskiej Agencji Prasowej APS gdzie
moglismy przekazac jakies informacje  o rajdzie dla miejscowych gazet. Kilka
dni pozniej odwiedzilismy znowu Ambasade Hiszpanii aby odebrac wizy i co sie
okazalo ze wizy nie byly gotowe a tylko przetrzymali nas kilka dni.
Postanowilismy przed wyjazdem z Dakaru odwiedzic jeszcze raz Agencje Prasowa
gdzie zdalismy relacje z zaszlej sytuacji w Ambasadzie Hiszpanii . Jeszcze w
Dakarze mielismy okazje spotkac dwuch francozow ktorzy dotarli z Maroka do
Dakaru wieksza czesc trasy pokonujac na rowerach.  Oni to powiedzieli nam ze
z Nouakchott stolicy Mauretanii do Dakaru okolo 400 km podrozowali nie
wiecej niz 5 dni . Wydawalo sie nam ze i my pokonamy ta trase w podobnym
czasie. Pierwszego dnia przejechalismy 16 km poniewaz odwiedzilismy Agencje
Prasowa i pozno oposcilismy Dakar. Noc spedzilismy nie daleko od lotniska
dakarskiego nocujac w jednej sali gimnastycznej gdzie koledze z Peru ktos
ukradl Fotoaparat. Kolejnego dnia inny kolega mial problem z rowerem i tylko
zrobilismy 45 km. Nastepnego dnia bylo troche lepiej ale jazde na rowerze
utrudnial nam wiatr.  Pozniej ktos poinformowal nas ze jest mozliwosc jechac
rowerami po plazy , postanowilismy sprobowac z czego musielismy prowadzic
rowery cale popolodnie i poranek  nastepnego dnia robiac 8 kilometrow a przy
tym strasznie sie meczac. Kolejne dni byly troche lepsze lecz caly czas watr
utrudnial nam zycie a do tego takze doszedl problem z dziecmi  ktore caly
czas wolaly od nas pieniadze albo jakis prezet a przytym zaczepialy nasze
rowery probujac cos wyciagnac. Dzieci ktore widzielismy w Ghanie, Wybrzezu
Kosci Sloniowej czy w Gwineii nie podchodzily zbyt blisko do rowerow byly
troche przestraszone. Noce spedzalismy w namiotach posrod baobabow w
miejscach pustynnych daleko od ludzi.
Jednego dnia zdazylo sie ze wszyscy przebilismy detki a nie ktorzy z kolegow
kilka razy. Odwiedzilismy Saint Luis czesc tego miasta to wyspa cos moze w
rodzaju Wenecji. Za Saint Luis powoli zaczynala sie pustynia coraz mniej
zieleni i silniejszy wiatr gdzie niegdzie kolo drogi mozna bylo zauwazyc
kosci  zdechlych zwierzat. Przekroczylismy promem  rzeke Senegal ktora jest
granica pomiedzy Senegalem a Mauretania . Wokol rzeki znajduja sie zielone
plantacje.  Od granicy do stolicy Nouakchott jest 203 km i to praktycznie
pustynia gdzie niegdzie niewielkie osady gdzie pasterze mieszkaja w
namiotach. Mielismy okazje spotkac wielblady. Caly czas wiatr utrudnial nam
jazde a takze piach ktory sypal sie wszedzie. Trzy noce spedzilismy w
namiotach na pustyni. Podczas dnia nie bylo zbyt goraco poniewaz wiatr wial
za to w nocy bylo dosc chlodno. Zdazylo sie nam ze zabraklo nam wody.
Otrzymalismy wode od ludzi mieszkajacych w namiotach na pustyni. Woda ta
byla koloru zoltego i smak miala troche slony. Innego dnia kiedy bylismy
okolo 30 km od Nouakchott zatrzymal sie  samochod na drodze z ktorego
otrzymalismy winogrona, za chwile powrocil do nas ten sam samochod aby dac
nam jeszcze wode. Bylo to dla nas wielkim zaskoczeniem. W Nouakchott
nocowalismy w misji ADRA. W Mauretanii zabronione jest chrzescijanstwo jest
to republika islamska. Z Nouakchott przylecielismy liniami Air Algierie do
Casablanki za  bilet placilismy okolo 140 dolarow. Gdy tylko wyszlismy z
lotniska ujrzelismy jak gdyby inny swiat. Dookola zielono mnostwo roznych
kwiatow, roznorodne drzewa i roslinnosc. W Casablance znowu moje
samopoczucie sie poprawilo po ponad 10 - dniowej  trudnej podrozy z Dakaru
do Nouakchott . W Konsulacie Genralnym RP w Casablance otrzymalem nowy
paszport a takze poprzez pomoc Konsulatu moglismy udzielic wywiadu dla  "La
Matin" jednej z marokanskich gazet. W Casablance jedna noc spedzilismy
poprzez pomoc przyjaciol przy kosciele Ewangelickim a druga w misji ADRA. W
Maroku nie jest zabronione chrzescijanstwo tyle ze obywatel maroka nie moze
byc chrzescijaninem, tak ze w kosciolach mozna tylko zobaczyc osoby z poza
maroka. Rowniez w Casablance jednego dnia kolega z Peru otrzymal wize
Schengen a z ktora to tak wiele problemow mielismy w Dakarze. Z Casablanki
udalismy sie droga nadmorska  wsrod malowniczych widokow poprzez Mahomedie
do Rabatu stolicy maroka. Gdzie dwie noce spedzilismy przy Misji
Katolickiej.
Dalej podazylismy na wschod do Meknes i Fes historycznych miast z
fortyfikacjami. Pozniej udalismy sie na polnoc poprzez tereny gorzyste gdzie
bylo dosc chlodno jak na Afryke i dosc ciezko jak na jazde na rowerze.
Podrozujac niedaleko miasta Ketama sporo samochodow zatrzymywalo sie kolo
nas oferujac nam chaszysz. Jednego wieczora mielismy problem z dwoma
samochodami ktore towarzyszyly nam i natarczywie probowali nas zachecic do
sprobowania chaszyszu ale naszczescie udalo nam sie zbiec przed nimi
ukrywajac sie w wiosce. Do okola Ketamy moglismy zauwazyc mnostwo plantacji
Marichuany. Dotarlismy do Tetouan ostatniego wiekszego miasta w maroku.
Jeszcze w Afryce przekroczylismy granice z Hiszpania i dotarlismy do miasta
Ceuta malego skrawka terytorium Hiszpanii w Afryce. Tutaj takze spotkalismy
dwuch rowerzystow z Australii ktorzy podrozowali po Maroku i razem z nami
przeprawili sie promem przez ciesnine Gibraltarska do Europy. W Maroku dla
nas bylo zaskoczeniem goscinnosc tamtejszych ludzi. Nie odmawiali nam
postawienia namiotow na wlasnej ziemi. Goscili nas bardzo dobra mietowa
herbata tzw whisky marokanska, chlebem, jajkami, pomaranczami i innym
pozywieniem. Moglismy zauwazyc pewne tradycje muzlumanskie  takie jak np
mycie nog. Musielismy po wejsciu do domu myc stopy. Kilka razy mielismy
okazje spac w domu, jesc z rodzina z jednego taleza. W Maroku bardzo tanie i
zarazem bardzo dobre byly pomarancze ktorych kupowalismy wiele. Skonczyla
sie Afryka ktora przyniosla nam troche problemow takich jak malaria czy
kradziez dwoch rowerow, ale jakze interesujaca, ciekawa roznorodna od Europy
Slawomir Platek
slawek@gmpr.lt
http://www.peaceride.org
http://www.gmpr.lt/index/zalias/nuotraukos.html (zdjecia !)
-POKOJ - PEACE - SHALOM - PAZ - PAIX - Mup  - MIR - FRIEDEN - TAIKA -
___________________________________________________________
Slawomir Platek.

POLSKA opis Waldka
W Polsce przebywaliúmy od 16 do 21 czerwca i pokonaliúmy trasć Szczecin -
Koůobrzeg - Koszalin - Sůupsk - Gdańsk - Elblŕg - Braniewo.
Dla mnie byů to poczŕtek wyprawy, czas na poznanie pozostaůych uczestników,
czas na sprawdzenie jak sprawuje sić mój nowy rower (wielkie dzićki dla
PEUGEOT CYCLES) i jak wyglŕda moja kondycja w porównaniu do zaprawionej juý
„w bojach" caůej reszty towarzystwa. Ocena obu tych spraw: roweru i kondycji
wypadůa jak najbardziej pozytywnie.
Dla pozostaůych uczestników wyprawy przejazd przez Polskć byů swego rodzaju
wypoczynkiem. Z jednej strony pokonywane dziennie odlegůoúci nie byůy
wielkie, a poza tym po przewaýnie půaskim terenie, z drugiej zaú strony w
kaýdym mieúcie na naszej trasie mogliúmy liczyă na przygotowane dla nas
dobre jedzonko i przyzwoite miejsce na nocleg. Wszystko to zawdzieczaliúmy
wladzom miejskim, ktore trzeba przyznac bardzo sie postaraly. "Normalne"
cieple jedzenie, prysznic, dach nad glowa naleza do luksusow, ktorych nie
jest nam dane zaznac zbyt czesto podczas tej podrozy. Dlatego jeszcze raz
wilkie dzieki dla wszystkich, ktorzy sprawili, ze pobyt w Polsce ciagle
jeszcze wspominany jest przez wszystkich jako jeden z najprzyjemniejszych
etapow.
Mi osobiscie najbardziej utkwil w pamieci pobyt w Braniewie - ostatnim
miescie na trasie w Polsce. Dzieki kilku osobom, ktore porozwieszaly plakaty
o naszym przyjezdzie, kazdy w miescie wiedzial kto mi jestesmy I zgotowano
nam naprawde gorace przyjecie. Ciekawym byl rowniez sposob, w jaki pokazano
nam miasto. Po czesci oficjalnej kazdy z uczestnikow wyprawy wziety zostal
mianowicie pod opieke grupy dzieci lub mlodziezy, ktorych zadaniem bylo
oprowadzenie nas po miescie, opowiedzenie czegos o jego historii,
problemach, itp. Komunikowanie odbywalo sie troche po angielsku, troche po
niemiecku a przewaznie w miedzynarodowym jezyku gestow, ale wszystko co
wazne zostalo wytlumaczone. W Braniewie nie bylo wielkich zabytkow, nie bylo
specjalnie miejsc atrakcyjnych do fotografowania, ale wspomnienie pobytu  w
tym miescie pozostalo bardzo wyrazne. Po prostu poznalismy ludzi, a ludzie
sa zazwyczaj ciekawsi od najpiekniejszych budowli. Dzieki wiec dla ludzi z
"Tratwy", ktorzy marzac o Wielkiej Przygodzie I czujac sie troche osaczeni w
swoim malym miasteczku pokazali nam prawdziwych siebie.
W Braniewie uslyszalem tez od jednego chlopaka, ze "jestesmy jak ci goscie z
filmu "Easy Rider"". Lubie ten film i to porownanie, chociaz ja dopiero
zaczynalem ten rajd, bardzo mi pochlebilo. Mam tylko nadzieje, ze my nie
skonczymy jak ci "goscie" z tego filmu...
___________________________________________________________
Waldemar Grabka.

02.08.1999 opis Waldka z Aten
Sorry za dlugie niepiasanie, ale dostep do komputera mam podczas tej podrozy
troche utrudniony. Poza tym po calym dniu spedzonym na rowerku nie bardzo ma
sie sile cokolwiek pisac.
U mnie wszystko w porzadku. Moja podroz trwa juz ponad miesiac. Na rowerku
przejechalem juz jakies 3000 km. Kondycja mi dopisuje nawet lepiej niz
myslalem. Grupa z ktoroa podrozuje (11 osob z 7 roznych krajow) nie jest
zadna grupa wyczynowcow, tak wiec dziennie przejezdzamy odcinki ok. 100km,
chociaz i zdarzaja sie takie 170km, jak to bylo na Bialorusi, kiedy
dotarlismy na miejsce dopieri o 00.30 w nocy, a jeden z gosci byl juz tak
zmeczony ze zasnal jadac na rowerze i obudzil sie juz w rowie.
Jest na prawde bardzo ciekawie. Mialem wiele watpliwosci podejmujac decyzje
wybrania sie na te wyprawe, ale teraz widze, ze byla to wlasciwa decyzja. To
jest dokladnie to co chcialem robic. Codziennie nowe miejsca, nowi ludzie,
krajobrazy, zwyczaje. Nigdy nie wiemy gdzie bedziemy spali nastepnego dnia.
Najczesciej zatrzymujemy sie gdzies w plenerze i po prostu rozbijamy
namioty, albo spimy pod golym niebem. Czasami spimy u jakis poznanych po
drodze ludzi. Jezeli jestesmy gdzies w miescie to pytamy o nocleg w jakis
klubach sportowych albo w kosciolach. Pomaga nam reputacja miedzynarodowej
grupy pdrozujacej dookola swiata pod egida UNESCO. W sumie jedynymi
wydatkami jakie ponosze jest jedzenie, a i te czasami dostajemy za darmo. Na
razie wiekszym
problemem bedzie tylko moj powrot do Polski, gdyz zupelnie nie wiem skad
wytrzasne forse na bilet lotniczy z Tokio do Warszawy. Na razie do momentu
powrotu pozostaje jednak jeszcze kupa czasu wiec nie za bardzo zaprzatam
sobie tym glowe. Jezeli nie uda sie ze sponsorami to prawdopodobnie bede
probowal przedostac sie z Japoni do Rosji a stamtad pociagiem z Wladywostoku
do dojechac do Minska i potem do Polski.
W sumie cala taka podroz bedzie kosztowac okolo 200$ co jest zdecydowanie
lepsa cena niz 1000$ za bilet lotniczy.
W tej chwili jestesmy w Grecji (przejeczalem juz Polske, Litwe, Bialorus,
Ukraine, Rumunie i Bugarie). Troche tutaj goraco ale znosze te upaly
lepiej niz sie spodziewalem. Po osmiu dniach podrozowania po Grecji
dzisiaj dotarlismy do Aten. Zostaniemy tutaj az do poniedzialku gdyz musimy
pozalatwiac wizy do nastepnych krajow na naszej liscie: Izraela, Jordanii,
Syrii i Iranu. W poniedzialek organizowana jest przez polska ambasade w
Atenach konferencja prasowa. Juz dzisiaj zaraz po dotarciu do Aten mielismy
wywiad dla jakiejs tutejszej telewizji. W poniedzialek wieczorem wyplywamy
statkiem do Haify. Rejs bedzie trwal 3 dni wiec troche sobie odpoczniemy.
Nie bardzo jest teraz czas na pisanie jaks wrazen z podrozy, ale chcialbym
opowiedziec jeden maly epizodzik z ostanich dni ktory utkwil mi w pamieci.
Przed dwoma dniami zwiedzalismy mianowicie starozytne miasto Delfi. Miejsce
to bylo swietym miejcem dla starozytnych Grekow, ktorzy uwzali je za centrum
swiata. Miejce to pollozone jest dosc wysokko w gorach (oj!, trzeba bylo sie
napocicic aby pokonac te wszystkie gorki, w Karpatach w Rumunii nie bylo tak
ciezko jak tutaj!). cale popoludnie spedzilismy chodzac po ruinach tego
miasta, ogladajc starozytne swiatynie, teatr, stadion. W sumie zajelo nam to
tak duzo czasu, ze kiedy nylismy juz gotowi do wyjazdu, zaczelo sie robic
ciemno i zdecydowalismy sie nie jechac dalej. Miejsce na nocleg znalezlimy
zaraz obok ruin Delfi. To bylo cudowne miejsce - w gaju oliwnym, w okolo
gory, a  do tego jeszcze pelnia ksiezyca - cudownie!!! Tego wieczoru dlugo
siedzielismy przed namiotami rozmawiajac i popijajac winko. Widok tych ruin
i gor oswietlonych blaskiem ksiezyca na dlugo zostanie mi w pamieci.
Aha, tego wieczoru byl jeszcze jeden powod do swietowania. Po dwoch
tygodniach nieobecnosci ponownie do nas dolaczyli Manuel z Meksyku  Walter z
Peru. Goscie ci nie dostali wiz do Bulgarii (wszyscy inni z grupy wiz tych
nie potrzebowali i chyba po prostu Manuel i Walter za pozno sie o nie
zaczeli starac), i aby ominac to panstwo zdecydowali sie na podroz przez
Jugoslawie. Z wiza do Jugoslawii nie bylo problemu i chociaz kazdy stukal
sie w glowe slszac o tym pomysle goscie ci faktycznie z Rumunii popedalowali
do Jugoslawii i przez Kosowo i Macedonie dotarli do Grecji, gdzie do nas
znowu dolaczyli. Dwoch gosci z Ameryki Poludnioej podrozujacy na rowrze
przez Jugoslawie - szalone ale prawdziwe. Mowia ze byli bardzo dobrze
przyjmowani przez ludzi. Jedynym problem bylo pokonywanie niektorych drog z
uwagi na zniszczone mosty.
Dobra, koncze. Bede starl pisac sie co jakis czas, tak zeby bylo wiadomo
gdzie sie znajduje.
To na razie. Do uslyszenia
Waldek
___________________________________________________________
Waldemar Grabka.
 3.08.1999 - statek z Pireusu do Haify, opis Waldka
Od poltora miesiaca realizuje swoje marzenie - uczestnicze w rowerowej
wyprawie dookola swiata...
Dla mnie przygoda ta rozpoczela sie 16 czerwca w Szczecinie, dla niektorych
innych uczestnikow wyprawy duzo, duzo wczesniej, bo prawie rok wczesniej - 6
sierpnia 1998r. w Seatle. Do tego czasu grupa zdazyla przemierzyc juz Stany
Zjednoczone, Meksyk, panstwa Ameryki Lacinskiej i Ameryki Poludniowej. W
styczniu przeprawila sie z Buenos Aires do Acry - stolicy Ghany I
kontynuowala podroz wzdluz zachodniego wybrzeza Afryki az do Maroka. Od
kwietnia grupa podrozowala po Europie I wlasnie 16 czerwca dotarla do
Polski. Celem ostatecznym wyprawy jest dotarcie 1 stycznia 2000 roku do
Hiroszimy w Japonii.
Cale przedsiewziecie nosi nazwe Great Millennium Peace Ride I odbywa sie pod
egida UNESCO. Charakterystycznymi sa daty I miejsca rozpoczecia I
zakonczenia tej wyprawy: Seatle 6 sierpnia 1988 - rocznica zrzucenia bomby
atomowej na Hiroszime oraz wlasnie Hiroszima 1 stycznia 2000 roku . Idea
wyprawy jest uczczenie tych dat I przekazanie zyczen na nowy rok aby ta
szczegola data: rok 2000-tysieczny byla prawdziwie przelomowa I oznaczala
rozpoczecie ery pokoju.
O przedsiewzieciu dowiedzialem sie przez internet. Na poczatku planowalismy
wspolnie z kumplem ze studiow zorganizowanie samodzielnej wyprawy rowerowej
do Chin. Pomysl ten zrodzil sie na imprezie polmetkowej I wygladal tak, ze
po zakonczeniu studiow nie szukamy pracy I nie rozpoczynamy od razu
"powazego" zycia, ale fundujemy sobie "odrobine" szalenstwa I jedziemy
rowerkami do Chin. Szalony, wrecz nierealny pomysl stal sie naszym Wielkim
Marzeniem I konsekwentnie probowalismy go realizowac. To wlasnie w
intnernecie szukalismy adresow ludzi, ktorzy znali sie w temacie I mogli
udzielic nam jakis przydatnych informacji. Tak trafilem na adres
www.peaceride.org. W momencie, kiedy okazalo sie, ze moj kumpel niestety nie
bedzie mogl sie wybrac na "Nasza Wyprawe", wiedzialem ze ja mimo wszystko
bede probowal zrealizowac to marzenie. Skontaktowalem sie z grupa, ktora
wtedy przebywala w Argentynie. Z dolaczeniem nie bylo problemu. Wyprawa jest
otwarta I kazdy kto ma czas, troche kondycji, troche sily I dysponuje (albo
tez uda mu sie zorganizowac) odpowiednimi (wcale nie takimi wysokimi)
srodkami finansowymi moze sie dolaczyc.
Dolaczajac sie do grupy nie znalem nikogo z niej. Jedyny nasz kontakt
odbywal sie przez internet. Ja bylem 11-tym uczestnikiem wyprawy. Trzeba
przyznac, ze stanowimy niezla "mieszanke". Rozni nas nie tylko narodowosc
(reprezentujemy 7 roznych krajow: Litwe, Polske, Wlochy, Niemcy, Chorwacje,
Peru I Meksyk), ale rowniez wiek (najmlodszy uczestnik wyprwy na 22 lata,
najstarszy 63) oraz wykonywany zawod (jest wsrod nas profesor ekonomii,
doktor fizyki, sekretarka, trener karate I pracownik budowlany). Rozni nas
bardzo wiele, ale mimo to ekipa okazala sie bardzo zwarta.
___________________________________________________________
Waldemar Grabka.

Izrael 5.08-11.08
Do Izraela przyplynelismy statkiem kursujacym na trasie Pireus - Haifa.
Podroz trwala trzy dni ale sie nie nudzilismy gdyz po drodze odwiedzilismy
jeszcze wyspy Santorini, Patmos, Rodos i na koncu Cypr. Na tej ostatniej
dosiadlo sie sporo ludzi z Izraela wracajacych z wakacji do domow. W Polsce
pomimo tego ze czesto sie mowi i pisze o Zydach, tak na dobra sprawe nie ma
sie z nimi kontaktu. Z zainteresowaniem obserwowalem wiec ludzi
rozmawiajacych po hebrajsku i porownywalem z utartymi schematami. Ciekawe
byly zwlaszcza dwie grupy mlodziezy izraelskiej, ktore wydaje mi sie bnardzo
dobrze obrazowaly olbrzymie roznice jakie sa w tym spoleczenstwie. Jedna
grupa 17-18 letnich chlopakow odpowiadala bowiem idalnie wyobrazeniom
tradycyjnego, poboznego Zyda: dlugie pejsy, czapeczka na glowie i broda,
pomimo tego, ze ze wzgledu na mlody wiek nie zawsze wygladala ona powaznie.
Druga grupa - chlopaki i dziewczyny mniej wiecej 16-letni, byla zupelnie
inna. Znaki "gandzi" na plecakach, tatuarze na plecach dziewczyn, wspolnie
spiewane jakies rokowe kawalki, swobodne zachowanie, duzo swobodniejsze niz
wiekszosci ich rowiesnikow w Polsce - to wszystko sprawialo, ze kontrast w
porownaniu do tej drugiej grupy byl olbrzymi. Nie przeszkadzalo to jednak,
zeby obie grupy poruzumiewaly sie miedzy soba i wzajemnie sie tolerowaly.
Zdaje sie, ze jest to tajemnica funkcjonowania tego panstwa - pomimo
dzielacych nas roznic musimy sie trzymac razem, tylko w ten sposob
przetrwamy.
Po wyladowaniu w Hajfie przeszlismy gruntowna kontrole na granicy. Izrael
obawiajac sie zamachow terorystycznych nie darowuje nikomu wiezdzajacemu do
tego panstwa - wszyscy musza byc sprawdzeni. Ciekawy jest system tej
kontroli. Urzednicy ochrony nie ograniczaja sie bowiem tylko do sprawdzenia
bagazu ale przeprowiadzaja rowniez dluzsza rozmowe z kazda wjezdzajaca
osoba. Chodzi zdaje sie o to zeby porownac wersje opowiesci kazdego z
uczestnikow grupy i w razie jakichs niescislosci zainteresowac sie
dokladniej danym delikwentem.W gre wchodza pewnie jeszcze inne sprawy. W
kazdym badz razie caly zastep pracownikow sluzby ochrony na granicy zadaje
sobie duzo trudu przeprowadzajac te rozmowy. Pierwsze wrazenie jest, ze jest
to jakas przyjacielska pogawedka. Przysluchujac sie rozmowie Slawka z jednym
z gosci z Security, zadajacym pytania typu kiedy rozpoczelismy te wyprawe,
jakie kraje przejezdzalismy, dlaczego sie na nia zdecydowal i co zamierza
robic po powrocie do Polski, myslalem, ze facet jest rzeczywiscie
zainteresowany cala sprawa. O tym, ze wykonuje on tylko swoja prace,
przekonalem sie w momencie, kiedy ten sam gosc po skonczeniu ze Slawkiem,
zaczal zadawac mi dokladnie te same pytania. Uwaga z jaka przysluchiwal sie
moim standartowym odpowiedziom: podrozujemy na rowerach dookola swiata,
wystartowalismy prawie rok temu w Seatlle w rocznice wybuchu bomby atomowej
w Hiroszmie, zakonczenie wyprawy planujemy na 1 stycznia 2000-o roku itd.,
itp., moglaby swiadczyc, ze slyszy cala historie po raz pierwszy. Trzeba mu
przyznac, ze dobry byl w tym co robi.
Z Haify pojechalismy do Nazaretu, tam spedzilismy pierwsza noc w Izraelu. W
nastepnym dniu najpierw bylo zwiedzanie, a potem dyskusja jaka trasa bedzemy
dalej jechac. Punktem docelowym byla Jerozolima, mozliwosci dotarcia do niej
istnieje jednak sporo. Pytania, na ktore musielismy udzielic sobie
odpowiedzi byly: czy chcemy jechac przez niespokojne tereny Palestyny, czy
tez wybieramy droge dookola oraz czy chcemy jechac gorami, pustynia, czy tez
jakas bardziej cywilizowana czescia kraju. Wybralismy najtrudniejsza chyba
trase: przejazd przez sam srodek gorzystej Palestyny, ale jak sie pozniej
okazalo bardzo ciekawa.
Na  granicy Izraela i okupawanej od 1967 roku przez wojska izraelskie,
zamieszkalej w wiekszosci przez Arabow Palestyny, zolnierze izraelscy
ostrzegali nas przed "niebezpiecznymi, nieobliczalnymi" Palestynczykami i
radzili zrobic "w tyl zwrot".  Nie dalismy sie namowic. Trzeba jednak
przyznac, ze ci wszyscy zolnierze, policjanci i wszelkiego rodzaju sluzby
ochrony robia wrazenie, zlowieszcze wrazenie. Izrael jest w ogole bardzo
zmilitaryzowanym panstwem. Sluzba wojskowa jest trzyletnia miedzy 18 a 21
rokiem zycia. To jednak jeszcze nie koniec. Po odbyciu zluzby zasadniczej
kazdy mezczyzna zobowiazany jest do stawienia sie raz w roku na trzy-cztero
tygodniowa sluzbe dla rezerwy. Takie coroczne "wakacje" odbywaja sie az do
42-o roku zycia. Mezczyzna opuszczajacy na ten czas swoje stanowisko pracy
otrzymuje od panstwa takie same wynagrodzenie, jakie otrzymuje w swojej
firmie. Sluzba wojskowa jest rowniez obowiazkowa dla kobiet, jest ona jednak
krotsza i nie ma obowiazku sluzby w rezerwie. Widok takiego
zolnierza-kobiety jest bardzo ciekawy, zwlaszcza, ze uzbrojenie armii
izraelskiej jest delikatnie mowiac dosyc ciezkie.
Pierwszy miastem na naszej drodze bedacym pod zarzadem Autonomii
Palestynskiej byl Jenin. Biorac pod uwage zainteresowanie , jekie
wzbudzalismy, turysci nie sa chyba czestymi goscmi na  tych terenach, a juz
na pewno nie podrozujacy na rowerach. W Jeninie chcielismy zatrzymac sie
tylko aby cos zjesc i przeczekac te najgretsza pore dnia. Podczas naszego
obiadku na jakims chodniku w srodku tego miasta zostalismy otoczeni przez
grupe ludzi ciekawych co my tutaj robimy. Ludzie ci okazali sie bardzo mili.
Jeden przez drugiego ofiarowywal nam to co akurat mial: owoce, kawe, omos
(tradycyjne jedzenie arabskie). Poczatkowo byly problemy z porozumiewaniem.
Potem jednak znalazl sie ktos mowiacy po angielsku, ktory z kolei zawiadomil
kilku swoich przyjaciol, ci kolejnych, tak ze po pol godziny zebrala sie
cala "smietanka" Jeninu. Niektorzy z tych ludzi mieli za soba dluga historie
walki o ten kawalek wolnosci jaka jest obecnie Autonomia Palestynska. Z
jednym z nich rozmawialem dluzej. Bral on udzial w protestach palstynskich z
1987-o roku. Wtedy tez w wyniku wybuchu bomby zostala okaleczona jego
twarz - stracil kawalek szczeki. Po tych protestach dostal wyrok 2 lat
wiezienia. Po odbyciu wyroku aresztowany byl jeszcze pieciokrotnie, tak ze w
sumie uzbieral sie kolejny rok w wiezieniu.W wiezieniu zaczal malowac.
Obecnie mowi o sobie, ze jest artysta, chociaz przypuszczam, ze jego glownym
zajeciem jest w dalszym ciagu dzialalnosc polityczna. W kazdym badz razie po
zakonczeniu naszego obiadu na jeninskim chodniku, zaproszeni zostalismy do
zaimprowizowanej galerii. Oprocz jego obrazow byly tam jeszcze prace kilku
innych mieszkancow tego miasta. Tematem przewodnim wiekszosci z tych prac
byla walka o wolnosc Palestyny. Na to spontaniczne spotkanie w galerii
dotarli rowniez inni z artystow, ktorych prace byly tutaj prezentowane,
ludzie zrzeszeni w organizacji mlodziezowej "Palestinian Vision" oraz
przedstawiciele wladz miasta. Rozmawialismy, rozmawialismy i wyszlo na to,
ze nasza planowana krotka przerwa na odpoczynek w Jeninie wydluzyla sie do
tego stopnia, ze nie bylo juz specjalnie sensu sie gdziekolwiek dalej
ruszac. W momencie kiedy poinformowano nas, ze wieczorem odbedzie sie wystep
zespolow folklorystycznych I jestesmy na niego zaproszen, sprawa byla
przypieczetowana - zostajemy.
Koncert ow oganizowany jest w Jeninie rokrocznie od czasu ogloszenia
autonomii tego miasta. Jest to swojego rodzaju swieto. Mielismy wrazenie, ze
na terenie szkolnego boiska, gdzie mialy odbywac sie wystepy, zebralo sie
cale miasto. Oprocz samych spiewow I tancow nie obeszlo sie bez politycznych
wystapien. Przemawial burmistrz, przemawial specjalny wyslannik wladz
Artfata, przemawial rowniez prezydent pierwszego palestynskiego
uniwersytetu, ktorego filia dziala rowniez w Jeninie. Atmosfera byla
podniosla. W calym przedstawieniu rowniezmy mielismy swoj udzial. Wszyscy ci
oficjele podpisali nasza "wstege pokoju". Po zakonczeniu koncertu mielismy
badzo
___________________________________________________________
Waldemar Grabka.

27.08.1999 opis Waldka
Obecnie jestesmy w Damaszku. Jestesmy opoznieni troche co do naszego planu,
ale mielismy klopoty z wjechaniem do Syrii. Syria i Izrael nie utrzymuja
mianowicie stosunkow dyplomatycznych. Syria podobnie jak wiekszosc panstw
arabskich bojkotuje panstwo Izrael i wszyscy ktorzy tam byli i maja
pieczatki kotroli granicznej izraela nie moga wjechac do Syrii. My
probowalismy dostac wizy do Izraela na osobnym dokumencie, tak aby paszporty
byly czyste od wszelkich pieczetek z hebrajskim pismem. W ambasadzie Izraela
w Atenach odmowili jednak wystawienia takich wiz blankietowych. Byc moze
byla mozliwosc na uzyskanie takich wiz ale trzeba by bylo skladac odwolanie
i czekac kolejne dni, a nasz statek odplywal z Pireusu do Hajfy na nastepny
dzien. Dalismy wiec sobie wstawic te izraelskie wizy do paszportu, zdajac
sobie sprwe z trudnosci jakie nas beda potem czekaly, wychodzac jednak z
zalozenia, ze damy sobie jakos rade. Trudnosci okazaly sie jednakl wieksze
niz myslelismy. Z wyjechaniem z Izraela do Jordanii nie bylo problemu. Oba
te panstwa od jakiegos czasu zawarly porozumienia i odbywa sie miedzy nimi
normalny ruch graniczny. Z wyjechaniem z Jordanii jezeli nie mozna udowodnic
swojego przyjazdu z jakiejs innej granicy niz izraelska sa jednak powazne
problemy. Jezeli zas sie ma wize izraelska w paszporcie tak jak w naszym
przypadku, nie ma co marzyc o wjezdzie do Syrii. Coz bylo robic, jedynym
rozwiazaniem bylo wyrobienie nowego paszportu. Z naszej grupy niektorzy maja
podwojne paszporty tak ze problem o ktorym pisze dotyczyl pieciu osob.
Planowalismy juz trzy awaryjne w razie gdybysmy jednak nie dostali
pozwolenia na wjazd do Syrii. Jedna opcja byl przelot samolotem z Jordanii
do Turcji. Ta "przyjemnosc" kosztowalaby nas ponad 300$. Inna mozliwoscia
bylo udanie sie do Arabii Saudyjskiej, a potem przeplyniecie statkiem Zatoki
Perskiej i wyladowanie w Iranie. Zarowno jednak Arabia Saudyjska jak i Iran
rowniez bojkotuja Izrael wiec bez nowych paszportow mozliwosci manewru byly
bardzo niewielkie. Bardzo pomocna byla tutaj polska placowka dyplomatyczna w
Ammanie, ktora wystawila nam te paszporty wbrew normalnej procedurze w ciagu
jednego dnia. Potem zrobilismy jeszcze z tymi czystymi paszportami taki
manewr ze poszlismy na posterunek policji przy lotisku w Ammanie i
poprosilismy o pieczec wjazdu. Tak jakbysmy wlecieli do Jordanni samolotem.
wszystkie te kombinacje prawdopodobnie nic by nie pomogly gdyby nie pomoc
biura UNESCO w Jordanii, ktore wystosowalo odpowiednia prosbe do Ambasady
Syrii oraz wystawilo zaswiadczenie w jezyku arabskim, ze cale
przedsiewziecie tego rajdu dookola swiata cieszy sie poparciem UNESCO.
Poskutkowalo. Wizy dostalismy. Nie oznaczalo to jednak koniec klopotow. Na
granicy moglo sie mianowicie zdarzyc wszystko. Po poczatkowych trudnych
pytaniach na granicy: "Byliscie w okupowanej Palestynie" - "Nie nie
bylismy", "Przyznajcie sie jednak, ze byliscie w okupowanej Palestynie",
"Nie nie bylismy. Z Grecji przylecielismy do Ammanu samolotem" po okazaniu
dokumentu od UNESCO i kiedy stwierdzili po wielokrotnym sprawdzaniu, ze w
naszych paszportach nie ma sladu izralskich stempli, dali sobie spokoj i
pozwolili nam przejechac.
Moze troche przydlugo opisuje cala ta procedure ale byly to nerwowe kilka
dni i gdyby sie nie udalo mogloby to oznaczac powazne komplikacje w naszej
trasie. Wszystko na szczescie zakonczylo sie dobrze.
Teraz spedzamy dwa dni w damaszku zalatwiajac wizy do kolejnych krajow na
trasie. Tutaj nie ma juz jednak takich problemow. Jutro wyruszamy do
Palmyry - polozonego na pustyni starego miasta rzymskiego. Wszystkie
przewodniki mowia,ze jezeli chcialoby sie zobaczyc tylko jedno miejsce w
Syrii to powinno byc to wlasnie to miejsce. Droga do Palmiry nie jest z
pewnoscia najblizsza drogo do granicy tureckiej, nie jest tez latwa (z
Damaszku ponad 200km przez pustynie), ale chyba warto. Musimy sie jeszcze
naradzic.
To wlasciwie wszystko jezeli chodzi o najswiezsze informacje.
Do uslyszenia
waldek grabka
___________________________________________________________
Waldemar Grabka.

Van 4.09.1999 opis Waldka
To juz nasz ostatni dzien w Turcji. Dzisiaj wieczorem powinnismy przekroczyc
granice z Iranem. Przed tygodniem ukradziono nam komputer takze teraz
kontakt internetowy jest troche utrudniony. Zawsze znajdzie sie jakies
rozwiazanie. Tutaj w Van mielismy spotkanie z burmistrzem miasta i lokalnymi
mediami. Po calym oficjalnym "przedstawieniu" z wymienianymi wzajemnie
grzecznosciami, podpisywaniem naszego "piecebaner-u" i pokazywaniem mapy
naszego przejazdu dookola swiata, wladze tego miasta zaproponowaly nam
wszelakiego rodzaju pomoc. Z noclegu w porzadnym hotelu niestety nie
skorzystamy, gdyz jeszcze dzisiaj ruszamy dalej, ale pomoc techniczna, w tym
korzystanie z komputera bardzo sie przydaly. Tak wiec pisze....
Jezeli chodzi o Turcje to przejechalismy tylko jej mniej znana, mniej
turystyczna wschodnia czesc. Region ten jest od wielu lat miejscem konfliktu
pomiedzy Turkami i Kurdami, ktorzy stanowia wiekszosc mieszkajacej tutaj
ludnosci. Teren na przestrzeni setek kiloetrow jest bardzo gorzysty, tak
wiec stanowil dobre miejsce dla operowania kurdyjskiej partyzantki - PKK.
Trudnosci terenu poznalismy bardzo dobrze przedzierajac sie przez trzy dni
gorami z Kharty do Malatya. Wlasciwie na zadnej mapie nie bylo zaznaczonej
drogi przez gory, wszystkie pokazywaly, ze nalezy zrobic kolko. Od
miejscowej ludnosci wiedzielismy jednak, ze droga taka istnieje. Trudna do
przejechania, ale istnieje. Tak wiec nie wiedzac na co sie porywamy,
zdecydowalismy sie na przejazd gorami.
Najpierw jednak zwiedzilismy miejsce, z powodu ktorego zawitalismy w to
odlegle od przecietnego szlaku turystycznego miejsce - gora Nemrut. Miejsce
to jest niezwykle. Na
wierzcholku najwyzszej gory w okolicy usypano bowiem w I w. p.n.e. kopiec,
ktory wielkoscia dorownuje piramidom egipskim. U podnoza tego kopca
poustawiane sa olbrzymie posagi starozytnych bogow i kroli, ktorzy zostali
pochowani w tym miejscu. Calosc sprawia niezwykle wrazenie. My dotarlismy na
miejsce o wschodzie slonca. Widok byl wspanialy. Po pierwsze ze wzgledu na
otaczajace nas ze wszystkich stron piekne gory, po drugie ze wzgledu na owe
posgi - olbrzymie, majestatyczne, powoli wylaniajace sie z mroku. Widok byl
rowniez ciekawy ze wzgledu na kolorystyke. Tutejsze gory sa niemal
pozbawione roslinnosci. Wszedzie tylko skaly, kamienie i piasek, przy czym
ich kolor jest z regoly czerwony, albo czewono-brazowy. O wschodzie slonca
ten dominujacy w krajobrazie czerwony kolor, wydaje sie jeszcze bardziej
intensywny niz w rzeczywistsci. Widok na prawde niezwykly.
Z gory Nemrut skierowlismy sie do miasteczka Sincik, ktore wedlug
"normalnych" map bylo "slepa uliczka", gdyz dalsza droge zaslanialy wysokie
gory. Po drodze do Sincik mijalismy doskonale zachowany rzymski most na
jednym z doplywow Eufratu. Teraz, w czasie lata na dole pynal tylko
niewielki strumyczek, ale o wielkosci rzeki swiadczylo jej olbrzymie, teraz
wyschniete, koryto. My dotarlismy tam w srodku dnia i po 2 godzinach
"sjesty" ruszylismy w dalsza droge. Jezeli jednak ktos znajdzie sie w tych
terenach, radze zorganizowac to tak, aby zatrzymac sie wlasnie w tym miejscu
na
nocleg. Teren jest wymarzony na obozowisko. Pomiedzy dwoma urwiskami
skalymi, na piasczysto- kamienistym dnie koryta rzecznego, u brzegu wijacego
sie strumyczyczka, ktory w pewnych miejscach robi sie na tyle gleboki, ze
mozna sie w nim kapac. Kapiel w nim dostarczyla nam niemalze zapomnianego
juz po miesiacach wedrowki przez bardzo gorace i suche kraje, wrazenia
swiezosci gorskiej zimnej wody. Tak w ogole to w wlasnie w gorzystych
terenach Kurdystanu po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna zaczalem znowu
spac
opatulony w spiworze. Dnie sa tutaj bowiem upalne, ale noce, nawet w ciagu
lata, sa raczej chlodne, tak ze trzeba sie bylo przeprosic ze spiworem i
cieplejszymi rzeczami na noc.
Do Sincik prowadzi kreta, gorzysta, ale w miare porzadna asfaltowa droga.
Juz ona dala nam niezle "w kosc". To byl jednak tylko poczatek. W Sincik
bowiem konczyl sie asfalt i zaczynala sie kamienisto-piaszczysta droga,
ktora wydawalo sie proadzi niemalze pionowo w gore. Najciekawsze bylo, ze
nikt nie potrafil nam powiedziec dokladnie jak daleko jest do Malatya. Jedni
mowili 70km. inni 140km. Pozniej okazalo sie, ze w gorach jest cala siec
drog i wlasciwie jest wiele mozliwosci dotarcia do Malatya. Przy tym
wszystkim na rozwidleniach drog nie ma zadnych drogowskazow tak, ze trzeba
jechac "na czuja", ewentualnie jezeli ma sie szczescie, pytac napotkanch
miejscowych o droge. W naszym przypadku przejazd z Sincik do Malatya zajal
90 km i byly to chyba najciezsze z kilometrow przejechanych w ciagu tej
wyprawy. Inna sprawa, ze kilometry nalezaly tez do jednych z najciekawszych.
Okazuje sie, ze nie trzeba jechac w Himalaje albo Andy aby doswiadczyc
kretych waskich drozek wijacych sie nad przepasicia, prowadzacych raz w
gore, raz w dol i wychodzacych od czasu do czasu na zadziwiajaco zielone w
porownaniu do calego otoczenia dolinki. W sumie teren ten jest wymarzonym
miejscem na rowerowe gorskie wyprawy. Warunkiem jednak jest mozliwie
niewielki bagaz (nie jak w naszym przypadku maly domek na kolkach) i
pozadny, wytrzymaly na wstrzasy rower gorski. Po trzech dniach tej
"przejazdzki" wlasciwie kazdy z naszej dziesiatki pierwsza rzecza jaka
szukal w Malatya byl sklep rowerowy. Bez wyjatku kazdy z naszych rowerow
wymagal mniejszych lub wiekszych napraw, wlacznie z wymienieniem zlamanej
obreczy kola i spawaniem peknietej ramy. Dla tych widokow, dla tych dolinek,
dla tych wschodow slonca, dla tych karkolomnych zjazdow po wijacych sie
sciezkach i dla samej satysfakcji dokonania czegos, co na prawde nie bylo
proste, bylo warto.
Z Malatya przjechalismy spory kawalek Turcji wynajetym busem az do Tatvan.
Miasto jest polozone nad najwiekszym w Turcji jeziorem Van. Cala okolica
jest idealnym miejscem dla turystow, gory, jezioro, czysta, majaca
wlasciwosci lecznicze woda. Nie trzeba byc bardzo uwaznym obserwatorem, aby
zorientowac sie, ze swego czasu postawiono tutaj na turystyke. Problem w
tym, ze plany te pokrzyzowala polityka i majace tutaj miejsce starcia
pomiedzy Kurdami, a wojskiem tureckim. Teraz pozostaly tyko slady po
wielkich polach namiotowych oraz niedokonczone inwestycje w hotele i domki
campingowe. Dzialajace osrodki swieca pustkami, a zagraniczni turysci witani
sa przez miejscowych z mieszanina radosci i niedowierzania, Turysci nie
przyjada bowiem w miejsce, ktore znajduje sie w nieprzerwanym od lat stanie
wojennym.
Z uwagi na aresztowanie przez tureckie sluzby specjalne przywodcy PKK-
Abdulah Ocalan i zwiazane z tego powodu zagrozenie rozruchow w Kurdystanie,
a nawet atakow terorystycznych w calym kraju, Turcja nalezala w tym sezonie
do wielkich przegranych jezeli chodzi o turystyczny biznes. Nawet w znane i
lubiane rejony zawitalo w tym roku znacznie mniej turystow niz zazwyczaj.
Wschodnia Turcja, a juz zwlaszcza jezioro Van jest jednak przypadkiem
szczegolnym. Tutaj problem problem braku turystow nie jest problemem akurat
tego sezonu, ale istnieje i poglebia sie od lat. Tak wlasciwie nie ma sie
jednak czemu dziwic. Droga wzdluz jeziora, przebiegajaca rowniez miejscami
przez polozone nad brzegiem gory, przpomina bowim poligon wojskowy. Co
chwila mija cie bowiem transport ciezarowek wojskowych, albo nawet wozow
opancezonych. Co pare kilometrow widac zabudowania wojskowe, wysiedlone i
zniszczone wioski, a blokady na drodze z kontrola dokumentow zdrzaja sie
mniej wiecej co 20 km. Tak w ogole droga ta mozna jechac tyko od godzin
porannych do 17.00. Pozniej ruch ustaje. Oficjalna wesja turecka mowi o
niebezpieczenstwie ataku terorystow kurdyjskich i koniecznym z tego wzgledu
srodkami ostroznosci.
Tak w ogole, to ciezko doszukac sie prawdy w calym tym problemie
turecko-kurdyjskim. Kazdy spotkany czowiek przedstawia inna wersje. Jeden z
mlodych Kurdow, z ktorym rozmawialem - student na uniwersytecie Malatya -
mowil, ze Kurdowie i Turcy to bracia i problem z PKK w Turcji jest tylko
sztucznie tworzony przez nieprzychylne kraje sasiednie, ktore wspieraja
partyzantke kurdyjska. Z tego co on mowil wynikalo, ze cale PKK rekrutuje
sie z Kurdow zamieszkujacych polnecna czesc Iraku, czy tez Syrie i Kurdowie
Tureccy nie chca miec z nimi nic wspolnego. Ocalana nazwal morderca winnym
30 tys mordestw w tym rowniez na dzieciach i kobietach. Czeka tez z
niecierpliwoscia na wykonanie wyroku smierci, jaki wydal sad turecki na
przywodce PKK i liczy, ze z ta chwila wszystko wroci do normy.
Inny mlody Kurd, rowniez student, opowiadal o 3 tysiacach wysiedlonych
wioskach kurdyjskich. Jedyna winna ponad milina ludzi zmuszonych do
opuszczenia swoich domow, byl fakt, ze mieszkali w gorskich terenach
Kurdystanu i potencjalnie mogli udzielic schronienia partyzantom PKK.
Student ten mowil tez o tym, ze jeszcze przed dziesieciu laty oficjalne
stanowisko tureckiego rzadu glosilo, ze nie ma takiej narodowosci w Turcji
jak Kurdowie, a grupa ludzi, ktora przez niektorych jest tak nazywana jest
po prostu tureckimi goralami i z tego powodu wynikaja roznice w kulturze i
jezyku. Teraz stanowisko to juz sie zmienilo, niemniej jednak prowadzona od
lat polityka represji spowodowala, ze ludzie boja sie mowic co mysla, nie ma
tez przywodcow, ktorzy w pokojowy sposob wstawili sie za racjami
kurdyjskimi, gdyz wielu takich co probowalo, zostalo aresztowanych, nie
wylaczajac z tego wybranych w wolnych wyborach kurdyskich przedstawicieli do
parlamentu tureckiego.
Gdzie lezy prawda? Nie wiem. Pewnie nie ma takiej prawdy absolutnej, jak to
zazwyczaj bywa w dlugotrwalych konfliktach i naroslymi przez lata wzajemnymi
uprzedzeniami.
My jako ginacy w tym regionie gatunek "homo turisticus" moglismy w sumie bez
wiekszych przeszkod podziwiac uroki okolicy, czasmi tylko bedac narazonymi
na takie niedogodnosci jak kolejna w ciagu dnia kontrola paszportow, czy tez
niemoznosc przejechania przez droge po godzinie17.00. Wszystko to nalezy
jednak wpisac w koloryt regionu i korzystac ze specyficznych jego atrakcji.
Tutaj wymienic nalezy min. nocleg w koszarach tureckiej armii po zatrzymaniu
po godzinie policyjnej
na owej drodze (wojskowi dbali o nasza grupke clakiem niezle, dostalismy
super kolacje i rowniez niezle sniadanko, a ja moglem skorzystac z uslug
wojskowego fryzjera, ktory z w moim przpadku zamienil uzywana tutaj
zazwyczaj maszynke do golenia na standardowe nozyczki), czy tez wycieczke w
eskorcie uzbrojonych Kurdow na wygasly olbrzymi wulkan, w ktorego kraterze
znajduje sie obecnie 5 jezior w
tym jedno z goraca woda - miejsce przepiekne. Przy okazji tej wycieczki na
wulkan zrozumielismy rowniez kilka spraw, ktore normalnie sa przemilczywane.
W napotkanej po drodze wiosce kurdyjskiej wlasciwie wszyscy mezczyzni
trzymali w domu jakas bron. Co ciekawe w bron te sa zaopatrywani przez armie
turecka, dostaja rowniez jakies pieniadze od panstwa tureckiego. Wszystko za
to, ze zgodzili sie wspolpracowac przy zwalczaniu PKK. Ci ktorzy sie nie
godzili byli wysiedlani. Teraz takie wioski pelnia role swwego rodzaju
posterunkow, a mezczyzni tam mieszkajacy milicji. Oczywistym jest nie sa oni
lubiani przez wielu ludzi, ktorzy mowia o nich jako kolaborantach.
Sama trasa z Tatvan do Van wzdluz jeziora byla przepiekna. Po dotarciu do
Van czekala na nas kolejna niespodzianka. Okazlo sie bowiem, ze przejscie
graniczne, ktorym zamierzalismy dostac sie do Iranu jest nieczynne. Nikt nie
potrafil nam wyjasnic dlaczego, po prostu kierowano nas na inne i juz. Zdaje
sie wiec, ze dzien dzisiejszy nie bedzie naszym ostatnim w Turcji, jak mi
sie to jeszcze niedawno wydawalo. Musimy nadlozyc ponad 100 km aby dotrzec
do Dogubayazit, lezacego w boblizu granicy iranskiej. Pozytywnym aspektem
tej zmiany planow jest fakt, ze bedziemy widziec gore Ararat - biblijne
miejsce schronienia Noego po potopie, ktora lezy w pobizu naszej nowej trasy
przejazdu. A wiec to jeszcze nie koniec wrazen z Turcji. Zobaczmy jak to
bedzie...
___________________________________________________________
Waldemar Grabka.

Teheran 20.09.1999 opis Waldka
Obecnie przebywamy w Iranie, a konkretnie po prawie dwoch tygodniach
wloczenia sie po wioskach i wioseczkach polnocno-zachodniego Iranu
dotarlismy wczoraj do Teheranu. Na jutro tj. 21 wrzesnia przewidziana jest
tutaj konferencja prasowa przy ktorej organizacji bardzo pomaga polska
ambasada w Teheranie. Jezeli chdzi o trase to przekroczeniu granicy
ruszylismy do Tabriz, a potem Mianeh, gdzie opuscilismy te miedzynarodowa
zasmrodzona szose prowadzaca w prostej linii do Teheranu i ruszylismy w
kierunku Morza Kaspijskiego. Aby dostac sie do Morza trzeba bylo pokonac dwa
pasma odgradzajacych do niego droge gor (Mianeh, Firouz-Abad, Kiwi,
Kharlkhal, Kalehsara), lacznie ok. 200km. Bylo ciezko, ale ciekawie. Znowu
zaliczylismy szutrowe gorskie drogi i podjazdy tak strome, ze trzeba bylo
momentami prowadzic te nasze obladowane rowery. Tak bywa z tymi gorami, sa
piekne,ale daja w kosc. Po pokonaniu wszystkich przeszkod nagroda byla
jednak wpaniala. Rano wyruszalisy z miejsca, ktore klimatem przypominalo
takie pustynne gory, a po wdrapaniu sie na ostatnia, majaca wys. ponad 3
tys, metrow gorke zobaczylism miejsce jak z "innej bajki": pelne zieleni,
wysokich drzew tworzacych gesty las. Do tego wszystkiego calkiem niezle
padalo. Wiem, ze to dziwne cieszyc sie z deszczu kiedy czlowiek jedzie na
rowerze i w przeciagu paru chwil jest przemoczony do "suchej nitki", ale
deszcz doswiadczalem ostatnio jakies dwa miesiace temu podczas przejazdu
przez rumunskie Karpatry (oj!, tam to niezle lalo) i teskno mi juz bylo za
tym powiewem swiezosci jakie on ze soba przynosi. Potem byloponad 250km
jazdy wzdloz morza po rownym latwym terenie. Z ciekawszych miejsc po drodze
bylo turystyczne miasteczko Bandar-Anzali, w ktorym calkiem przez przypadek
odkrylismy spory (ok 400 grobow) polski cmentarz z 1942 roku. Leza tam
przede wszyskim kobiety i dzieci. Przypuszczamy, ze sa to ludzie, ktorzy
towarzyszyli wojsku Andersa w jego dlugiej drodze z rosyjskiej zsyki. w
pierzwszym momencie zdziwienie bylo ogromne widzac duzy polski napis i
polskie orly tak daleko od kraju.
Po pokonaniu tych 250 km dotarlismy do miasteczka Chalus, gdzie pozegnalismy
sie z morzem i powrocilismy do gor. Aby dotrzec do Teheranu trzeba bylo
pokonac roznice wysokosci od minus 29 (depresja nad Morzem Kaspijskim) do
ponad 3000 m. na przelecz, ktora oznaczla ponowna zmiane pogody. Te 3000 m
wysokosci oznaczalo 87 km nieprzerwanej jazdy pod gorke, serpentynami, ktore
czasami przyprawialy o zawrot glowy. W koncu jednak dotarlismy do Teheranu.
teraz troche odpoczywamy i zalatwiamy wizy do kolejnych panstw na naszej
drodze: Pakistanu i Indii. O Iranie postaram sie napisac wiecej w nastepnym
mailu, a jest o czym opowiadac, biorac pod uwage ciekawostki panujacego
tuataj dziwnego religijnego, nakazowo-zakazowego systemu wladzy.
___________________________________________________________
Waldemar Grabka.

Kingri, 29.09.1999 (Pakistan) opis Waldka
Od paru dni jestesmy juz w Pakistaie. Po przekroczeniu granicy z Iranem w
Taftan, zabralismy sie autobusem do oddalonej o 650 km stolicy
Balluchistanu - Quetty. Podroz trwala ponad 30 godz. Caly ten czas
jechalismy przez pustynie. Wydaje mi sie, ze mielismy okazje zobaczyc
wszelkiego rodzaju odmiany pustyni - tradycyjna piaszczysta plaska,
kamienista, gorzysta, z piaskiem bialym i czarnym. Podziwiane tym razem z
okna autobusu widoki byly piekne, ale sama podroz byla droga przez meke.
Ponad 30 godz. w autobusie ktory zabral wydaje dwa razy wiecej pasazerow niz
powinien. My co prawda mielismy normalne miejca siedzace, ale zawalonym
tobolkami autobusie wolnej przestrzeni bylo naprawde niewiele. W moim
przypadku, czyli 187 cm wzrostu, oznaczalo to trzymanie nog pod broda przez
cala podroz.
Naszymi towarzyszami podrozy byli Pakistanczycy, ktorzy wrcali z "handelku"
w Iranie. Wszyscy oni mieli ze soba mnostwo bagarzu. Wszelakiego rodzaju
dziwne towary, ktore wydaje sie jest oplacalnym przywozic do Pakistanu:
proszki do prania, plastikowe pojemniki na wode, slodycze, dywany i rozne -
przerozne inne dziwne rzeczy. Wydawalo sie niemozliwoscia zmiescic wszystko
to do tego autobusu. Okazalo sie jednak, ze Pakistanczycy maja doswiadczenie
w pakowaniu, a wlasciwie upychaniu rzeczy i dzieki specjalnej konstrukcji
autobusu, ze specjalnym bagaznikiem na dachu, zmiescilo sie wszystko bez
problemu, rowniez naszych nadprogramowych 10 rowerow.
Jak to bywa jednak w przypadku handlowych wycieczek (w Polsce przerabiane
bylo to na przlomie lat 80 i 90-tych) problemem moga byc celnicy i policja,
ktorzy zycza sobie specjalnej oplaty za przymkniecie oczu i niezauwazeniu
przewozonych towarow. W przypadku Pakistanu tego rodzaju problemy nie koncza
sie w momencie przekroczenia granicy i dokonaniu odprawy celnej. Na calej
dlugosci drogi  z Taftan do Qetta, znajduje sie mnostwo policyjnych
posterunkow, ktore pilnuja porzadku na trasie i przy okazji kasuja swoja
dole z autobusow takich jak nasz. Okolo godziny 4.00 w nocy zatrzymani
zostalismy na kolejnym takim umieszczonym w srodku pustyni punkcie. Tym
razem sprawa okazala sie powazniejsza. Posterunek ten dzialal bowiem dopiero
od niedawna i wlasciciel naszego autobusu nie mial jeszcze wyrobionych
kontaktow z obslugujacmi go policjantami. Zazadali oni jakiejs znacznie
wyzszej niz normalnie kwoty i po odmowieniu jej zaplacenia, rozkazali
wyladowanie calego bagazu. W niedalekiej odleglosci od drogi widac bylo cale
mnostwo skonfiskowanych, ulozonych po prosu na piasku towarow  z innych
autobusow. Nie bylo rady, trzeba bylo rozpakowac ten nasz misternie
wyladowany autobus. Dotyczylo to rowniez naszych rzeczy. My nie mielismy
problemow z odzyskaniem naszej wlasnosci, pozostali jednak pasazerowie
dogadywali sie z policja przez nastepne 2 godziny. Cos im sie zdaje udalo
wynegocjowac, bo powoli zaczeli znosic spowrotem swoje towary i o wschodzie
slonca moglismy ruszyc dalej. Cala ta sytuacja i pozniejsze rozmowy z
Pakistanczykami uzmyslowily mi, ze pojecie prawa jest w tym kraju bardzo
luzne, czesto zalezace pozycji, jaka sie piastuje.
Do Qetta dotalismy ok godz 9.00 nad ranem. Pierwsze wrazenie bylo
niesamowite. Opuszczony przez nas niedawno Iran, ktory, bylo nie bylo, tez
byl
egzotyczny, wydawal sie teraz bardzo normalny, wrecz europejski. Qetta bylo
miejscem jakby z zupelnie innego swiata. Nieznanego dla mnie do tej pory
swiata. Trudno to wszystko ujac slowami, oddac atmosfere tego miejsca i
wrazenia jakie na mnie zrobilo. Inne bylo praktycznie wszystko: domy
zbudowane z gliny, wielkie kolorowe ciezarowki wydajace przerazliwe sygnaly,
brodaci mezczyzni ubrani w swego rodzaju dlugie koszule i wielkie turbany,
unoszace sie zapachy, dominujace na drogach wozki zaprzezone w osiolki,
dziwne sklepy (wiszace tuz przy ulicy swiezo ubite owieczki) , dziwne
restauracje (wszystko przygotowywane jest w na glinianych, palonych drzewem
piecach, ludzie siedza "po turecku" na matkach i zajadaja z miseczek bez
pomocy jakichkolwiek sztuccow, poslugujac sie wylacznie palcami). Calosc spr
awiala dziwne wrazenie. Ciekawym bylo obserwowac to wszystko, ale po
krotkiej chwili czlowiek czul sie zmeczony calym tym zgielkiem i uwaga jaka
wzbudzal wsrod ludzi. W kazdym miejscu, w ktorym sie ztrzymalismy od razu
tworyl sie tlumek otzczajacych nas ludzi. Podchodzili oni bardzo blisko,
dotykali naszych rzeczy, glosno wykrzykiwali kilka znanych przez siebie slow
po angielsku. Znajac reputacje Pakistanu, jako miejsca gdzie przywlaszczanie
sobie cudzych rzeczy nie jest uwazane za jakies wielkie przewinienie,
musielismy miec oczy z kazdej strony glowy.
Z tego dnia spedzonego w Qetta jednym z najwyrazniejszych wrazen, jakie
utkwily mi w pamieci bylo uczucie spokoju i ulgi, jakie znalazlem w ...
toalecie. Dodac trzeba, ze byla to specjalna taoaleta, pierwsza typu
"zachodniego" (dla niewtajemniczonych siedzaca, a nie kucaca, z papierem
toaletowym, a nie dzbanuszkiem wody) od ok. 2 miesiecy, a wiec opuszczenia
Izraela. Toaleta jest normalnie miejscem malo ciekawym i niewartym jakis
dluzszych opisow, dla mnie jednak, biorac pod uwage okolicznosci, bylo to
spelnienie marzen. Bylo cicho, bylo chlodno, mozna bylo sie umyc z
kilkudniowej warstwy brudu, nie bylo nikogo wpatrujacego sie we mnie z
zadziwiajaca cierpliwoscia i uwaga, nikt nie pytal mnie: "name?", "country?"
i cala litanie innych podobnych pytan, nie bylo ciasno od otaczajacego kregu
ludzi. BYLEM SAM... Uff, co za ulga.
Aha, piszac te slowa siedze z tylu takiej malej restauracyjki w gorach w
poblizu ktorej rozlozylismy nasze namioty i bedziemy spac dzisiejszej nocy.
Jestem w sumie dosc dobrze ukryty przed wzrokiem ludzi, ale mimo to caly
czas ktos przychodzi, kuca w poblizu mnie, obserwuje i komentuje moje
poczynania w niezrozumialym dla mnie jezyku - Urdu. Normalnie jest to
denerwujace, jezeli caly czas czuje sie wlepiony w siebie wzrok, tutaj
jednak trzeba sie do tego przyzwyczaic. Nie ma szans uciec przed tym
towarzstwem, wiec lepiej sie do niego przyzwyczaic i nie dajac sobie
przeszkadzac robic swoje. Ja to wlasnie teraz probuje. A wiec dalej ...
Qetta polozene jest na wysokosci ok 1800 m.n.p.m., tak wiec chociaz na mojej
niezbyt dokladnej mapie, wygladalo na to, ze czekaja nas kolejne dnie
wspinaczki po gorach, okazalo sie, ze osiagnelismy cos w rodzaju plaskowyzu
i dalsza droga jest bez jakis wiekszych wzniesien. Jest jednak pieknie:
olbrzymie polacie pagorkowatej, pustej, nie zakluconej zadnym znakiem
cywilizacji przestrzeni, wioski oddalone sa od siebie o kilkadziesiat
kilometrow, czasami mija sie z boku pasmo wyzszych, dostojnych gor. I
cisza... Gdyby nie zla slawa tego regionu, jako najbardziej rozbojniczego w
Pakistanie (nawet droga, ktora sie poruszalismy, nazywana jest "robbers
road"), miejsce to jest na prawde warte polecenia na rowerowe wyprawy.
Szkoda, ze my nie mielismy wiecej czasu na dluzsze "rowerowanie" w tych
okolcach.
Takie male spostrzezenie. Wydawalo nam sie, ze miejscem, gdzie zasady islamu
sa najbardziej dogmatycznie przestrzegane jest Iran. Okazuje sie jednak, ze
nie. W Baluchistanie - najwiekszej terytorialnie prowincji Pakistanu, po
ktorej obecnie podrozujemy - normy te sa jeszcze ostrzejsze. W Iranie
kobiety zobowiazane sa normami prawa do noszenia czarnych "przescieradel"
przykrywajacych cale cialo. Mozna widziec jednak ich twarze, te nie sa
zasloniete. W Baluchistanie jezeli w ogole widzi sie kobiete, co nie jest
poste, gdyz wiekszosc cale zycie spedza w domu lub jego poblizu, to sa one
kompletnie zasloniete z zostawionymi jedynie na oczy niewielkimi otworami.
Raz zdarzylo sie, ze zostalem poproszony o pomoc przez goscia, ktoremu
nawalil samochod. Przy calej operacji podwiazywania urwanego elementu
asystowal nam jedynie jego
syn, trzy kobiety (trudno powiedziec czy byly to jego trzy zony, czy tez
zona i corki, czy tez jakas inna kombinacja) staly za krzakiem dobre
kilkadzisiat metrow dalej, dodatkowo jeszcze, aby cos tam przpadkiem nie
zobaczyc odwrocone byly do nas tylem. Gosc ten jak, jak wyniknelo potem z
rozmowy, byl nauczycielem w pobliskiej miejscowosci Lorelei i swietnie mowil
po angielsku. Powyzsze wydarzenie swiadczy, ze ten daleko posuniety
radykalizm w przestrzeganiu praw koranicznych, dotyczy rowniez ludzi
wyksztalconych, a nie jak poczatkowo sadzilem biedote na wsi.
Tak w ogole to w czesciach wiejskich Baluchistanu do szkol chodza niemal
wylacznie chlopcy. Dziewczynki nie sa posylane przez rodzicow do szkoly, bo
po pierwsze za szkole trzeba placic, a po drugie dziewczynka wszystkiego,
czego potrzebuje ma nauczyc sie w domu. Wczoraj calkiem przypadkowo
rozlozylismy swoje obozowisko kolo niepozornie wygladajacych zabudowan,
ktore pozniej okazaly sie miejscowa prywatna szkola. Rano troche
zamarudzilismy ze wstawaniem i okazalo sie, ze jestesmy otoczeni cala
gromada ciekawskich dzieci. Ich nauczyciel byl rowniez ciekawy skad sie
wzielismy, co my jestesmy itd. Po zlozeniu naszego obozowiska zostalismy
zaproszeni do szkoly i mielismy okazje skladac nasze wyjasnienia przed
szacownym gronem kadry nauczycielskiej (2 osoby) i ich wycowanko (ok. 60-ro
dzieci w wieku pomiedzy 6-14 lat). Bylo bardzo ciekawie. Przy okazji dzieci
zobaczyly gdzie znajduja sie kraje z ktorych pochodzimy i uslyszaly troche o
przewodnim motywie tego rajdu ("peaceride"), czyli zyciu w tolerancji i
milosci dla blizniego i poproszone zostaly, aby w przyszlosci staraly sie
nie uzywac tych starych zdezelowanych, jak i calkiem nowych i nowoczesnych
strzelb, karabinow, flint (czy jakby to zwal), z ktorymi paraduja po ulicach
ich tatusiowie. Cala pogadanka zakonczyla sie wspolna zabawa (Anczi, jako
studentka chorwackiego wydania AWF-u i przyszla nauczycielka sportu, zna
tych gier i zabaw od groma) i malym wystepem artystycznym dzieci i jednego z
nauczycieli. Trzeba przyznac, ze badzo ladnie spiewaja, w ten bardzo
charakterystyczny, zawodzacy sposob, podobny do modlitwy rozbrzmiewajacej
codziennie z glosnikow na minaretach. Lubie te muzyke, ma w sobie cos
tajemniczego, pociagajacego, chociaz czasami czlowiek moze sie zdenerwowac,
kiedy nieopatrznie wybral swoje miejsce noclegu w poblizu meczetu i o
czwartej nad ranem (jeden z pieciu obowiazkowych w ciagu doby czasow na
modlitwe) budzi go glos zawodzacego immama. No coz, taki to juz urok krajo
islamskich...
D.H. Khan, 1.10.1999
Dzisiaj opuscilismy Baluchistan i zajdujemy sie obecnie w Punjab -
prowincji, ktora jest najwazniejsza rolniczo i ekonomicznie dla Pakistanu, w
ktorej zamieszkuje ponad polowa z ok 120 mln ludnosci tego kraju. Droga z
Baluchistan do Punjab oznaczala zjechanie z gor w tereny nizinne: okolo 2000
m. roznicy od Fortu Munro do D.H. Khan. Jazda w dol po tych serpetynach
wijacych sie wokol gor (do tej pory cos takiego widzialem tylko na filmach
rysunkowych) dostarczyla niezlych wrazen. Droga, ktora sie poruszalismy
szerokoscia przypominala taka spora drozke dla rowerow. My bylismy jednak
jedynymi "pedalujacymi". Tak poza tym, przewazaly wielkie, pieknie kolorowe
i okropnie dymiace ciezarowki, ktore wydawaloby sie nie maja prawa
przejechac waskich przesmykow, gdzie po jednej stronie byla lita skala, a po
drugiej gleeeeeeboka przepasc. Jakos im sie to jadnak udawalo. Dla nas byla
to tez niezla gimnastyka. Uwazac trzeba bylo zarowno na sama kreta droge,
jak i na mnostwo zanjdujacych sie w niej dziur, oraz na wspomniane,
nadjezdzajace z tylu i przodu kolorowe, smierdzace olbrzymy, ktore mijaly
nas w centymetrowych odleglosciach. Bylo ciekawie.... Widoki zapierajace
dech w piersiach. Znowu ogarnela mnie goraczka fotografowania. Moze uda sie
na ktoryms zdieciu oddac ta wysokosc miejsca, ta waskosc drogi i to piekno
gor...
Multan, 3.10.1999
Wczoraj dotarilsmy do tego milionowego miasta. Nasze pierwsze wrazenie
najlepiej chyba oddaja slowa Piera: "In Teheran was chaos, but here is
apocaliptic !!!". Na prawde miasto to w pierwszych godzinach pobytu w nim
przyprawilo nas o bol glowy. Dotarlismy poznym wieczorem, ostatnie 30 km.
przed miastem jechalismy juz po ciemku, a to na pakistanskich drogach jest
jak rosyjska ruletka: trafi sie w jakas wielka dziure w jezdni lub tez w
ostatniej chwili uda sie ja ominac? Jakos nam sie udawalo, ale po 2 godz .
takiego jezdzenia po omacku bylismy juz zmeczeni. Normalnie dawno juz bysmy
sie zatrzymali gdzies w jakims dogodnym miejscu i zatrzymali na nocleg po
prost w poblizu drogi. Tego wieczoru jednak nasza 10-o osobowa grupa rozbita
byla na mniejsze podgrupki i umowionym punktem zbornym byl jeden z tanich
hoteli w centrum Multan. Nie bylo innego wyjscia jak dotrzec mozliwie szybko
na miejsce. Atmosfera w grupie robila sie troche nerwowa, gdyz wszyscy byli
juz zmeczeni, wedlug naszej mapy i ilosci przejechanych kilometrow
powinnismy byc juz na miejscu, z tutaj zadneo sladu po tym przeciez calkiem
sporym (1 mln) miasteczku. Ciekawym jest fakt, ze nawet duzego miasta
pakistanskiego nie widzi sie w nocy z daleka. Ono po prostu sie pojawia.
Nagle ni z tego ni z owego juz w nim jestes. Zabudowania w odwiedzanych
przez nas do tej pory miastach sa niskie, oswietlenie bardzo skromne i nie
ma czegos takiego, ze bedac jeszcze sporo kilometrow przed miastem mozna je
zobaczyc i obserwowac jak sie do niego zbliza. W kazdym badz razie nie w
przypadku Multan. Samo dotarcie do mista nie oznaczalo jeszce konca naszej
drogi przzez meke tego dnia. Trzeba bylo jeszcze znalezc umowiony hotel.
Uff..., co to za byla jazda!!! Nie bede opisywal szczegolow, wystarczy
powiedziec, ze chaos, chalas i syf na ulicach byly najwieksze jakie do tej
pory spotkalismy.
Tego wieczoru bylismy na kolacji u jednego goscia, ktory widzial nas na
drodze i po prostu zaprosil do siebie do domu. Trzeba powiedziec, ze
wiekszosc Pakistanczykow jest bardzo goscinna i takich przykladow
spontanicznosci mozna by bylo podac wiecej. Nastepny dzien przewidziany byl
jako dzien wolny, wiec mozna byl czas na zagospodarowanie wieczoru. Bylismy
zmeczeni, ale rowniez ciekawi jak wyglada normalny dom mieszkanca tego
miesta. Zaproszenie przyjelismy. I bylo warto, zarowno ze wzgledu na walory
smakowe jak i na ciekawe wrazenia. Nasz gospodarz nie nalezal z pewnoscia do
bogaczy, ale przypuszczam tez, ze jego sytuacja byla troche lepsza niz
przecietna. W kazdym badz razie po przekroczeniu wysokiego muru z ulicy
wygladajacej jak smietnik przenieslismy sie jakby do innego swiata:
czystego, zadbanego duzego, przytulnego, normalnego mieszkania. Rodzina  na
nas czekajaca nie nalezala, jak wielokrotnie podkreslal nasz gospodarz, do
licznej: 3 dziewczymi i 1 chlopiec. No coz inne standarty...
Lahore, 7.10.1999
To juz koniec naszej trasy w Pakistanie. Jutro bedziemy ruszac do kolejnego
kraju na naszej trasie - Indii. Co bedzie po Indiach nie wiadomo. Plan
przewiduje Birme, ale sa powazne problemy z otrzymaniem wizy i mozliwe jest,
ze bedziemy musieli zmienic trase.
Tak na marginesie to podczas tej wyprawy ciagle i ciagle zauwazam, ze
czlowiek jest tak skonstruowany, ze praktycznie do wszystkiego moze sie
przyzwyczaic oraz wszystkiego nauczyc - to tylko kwestia czasu i motywacji.
Fascynujace, ale i przerazajace mnie jeszcze przed kilkoma dniami ulice
pakistanskich miast, teraz staly sie dla mnie normalne. Jadac na rowerze po
miescie zachowuje sie jak kazdy urzytkownich tutejszych drog: wymuszam
pierszenstwo, wciskam sie w kazda dziure - byle do przodu i stosuje zasade
nie ograniczonego, ale zerowego zaufania dla innych na drodze. Oznacza to,
ze oczy musze miec z kazdej strony glowy, ale i tego mozna sie nauczydzo.
Czlowiek sie dostosowuje bardzo szybko...
___________________________________________________________
Waldemar Grabka.

Gauhati, 1.11.1999
Przesylam relacje z pierwszych dni w Indiach. Nie moglem tego wczesniej
wyslac bo nigdy nie ma czasu na
pisanie na komputerze. Robie tylko sobie zapiski w zeszycie, a potem w miare
mozliwosci wstukuje to w komputer. Takich "niewstukanych" zapiskow mam od
groma. Moze po powrocie znajde na to czas. Dzisiaj w kazdym badz razie
przesylam te moze juz malo aktualna, ale mysle, ze interesuaca relacje.
Przed opuszczeniem Indii i prawdopodobnym przerwaniem konaktu internetowego
postaram sie jeszcze podeslac druga czesc o Indiach.
Delhi, 15.10.99 opis Waldka
Od pieciu dni jestesmy w Indiach. Przez ten czas pokonalismy trase od
granicy pakistansko-indyjskiej w Wagan do stolicy Indii - Delhi, gdzie
dotarlismy dzisiaj poznym popoludniem. Przejechalismy przez ten czas naszymi
rowerkami ponad 500 km po drogach i bezdrozach dwoch indyjskich regionow:
Punjab i Haryana. Trzeba dodac, ze dla utrudnienia, ale rowniez urozmaicenia
sobie zycia, jechalismy wylacznie bocznymi drogami. Jest do zdecydowanie
inne doswiadczenie niz jazda po co prawda szybszych, ale nie tak ciekawych
glownych drogach.
Pamietam bardzo dokladnie to uczucie euforii w pierwszym momencie po
przekroczeniu granicy pakistansko-indyjskiej. Hurrrrrrrra!!! Dotarlem tak
daleko! Dotarlem do kraju, o ktorym tyle slyszalem. Jestem tutaj! Jestem w
Indiach!!! Sam bede mogl sprawdzic dlaczego to miejsce fascynuje, wrecz
hipnotyzuje tak wielu ludzi.
Dwa miesiace temu podczas naszego pobytu w Turcji spotkalem dwojke Polakow
wracajacych akurat z Indii. Spotkalem ich na szczycie gory Nemrut -
wspanialego miejsca nie tylko ze wzgledu na piekno otaczajacej natury, ale
rowniez ze wzgledu na Historie, ktora zaglada zza kazdego kamienia na tej
gorze. Bylismy tam o wschodzie slonca i obserwowalismy jak wraz z
nadchodzacym dniem coraz bardziej widoczne sie staja majestatyczne,
olbrzymie figury greckich bogow stojace od ponad dwuch tysiecy lat u zboczu
tej gory. To byl wspanialy moment. Bylem pod wrazeniem. Dwojka poznanych
dopiero co Polakow, wydwalo sie nie podzielala jednak mojego entuzjazmu. Na
moje pytania, co mysla o tym miejscu, otrzmalem odpowiedz "ciekawe, ale
wiesz... w Indiach...". Ludzie ci po prostu nie byli w stanie w pelni
odebrac piekna gory Nemrut, bo ciagle jeszcze swieze byly ich wrazenia z
Indii, wrazenia tak intensywne, ze przycmiewajace wszystko inne. Nie byli
oni pierwszymi i ostatnimi "ofiarami" Indii, jakie poznalem, tak wiec moje
oczekiwania zwiazane z tym krajem byly wieksze niz gdziekolwiek indziej do
tej pory.
I faktycznie, juz pierwszego dnia dotarlismy do miejsca, ktore "wypisz,
wymaluj" odpowiadalo moim wyobrazeniom. Bylo to w Armitsar. Do miasta tego
zawitalismy troche przypadkowo. Tak wlasciwie to zamierzalismy tego dnia
przejechac znacznie wiecej kilometrow i zatrzymac sie daleko za miastem. No
coz, plany planami, od tego sa zeby je zmieniac i wypadlo na to, ze spimy w
Zlotej Swiatyni - swietym miejscu Sikhow, polozonej w samym centrum
Armitsar. Pierwsze wrazenie jest niesmowite. Po przebrniecie przez
zatloczone, halasliwe i smierdzace ulice wielkiego indyjskiego miasta trafia
sie do cudownej oazy: cisza, spokoj, nastrojowe dzwieki modlacych sie
mnichow, roznorodnosc i koloryt przebywajacych tutaj ludzi, zadumanie,
skupienie - Magic India.
Wyjasnic trzeba, ze Sikhowie to bardzo specyficzna grupa ludzi. Ze
wszystkich, bardzo roznych grup etnicznych i religijnych skladajacych sie na
narod indyjski, Sikhowie sa ta najbardziej charakterystyczna. Trudno pomylic
Sikha z kims innym. Posluszni religijnemu zakazowi scinania wlosow wszyscy
mezczyzni to brodacze. Wszyscy mezczyzni maja rowniez dlugie wlosy przykryte
w ciagu dnia olbrzymim turbanem. Material z ktorego sklada sie taki turban
ma dlugosc siedmiu metrow. Zarowno mezczyzni jak i kobiety maja na rece
metalowa branzolete, symbolizujaca wiezienne kajdany. Brazoleta ta ma
przypominac jej posiadaczowi, ze za kazdy zly uczynek kara go nie ominie.
Innym symbolem jest duzy noz noszony na pasku. Od pokolen glownym zajeciem
Sikhow byla bowiemwojna. Do niedawna to wlasnie oni stanowli trzon
indyjskiej armii. Rowniez za czasow kolonialnych 70% brytyjskiej armii w
Indiach byla pochodzenia Sikhijskiego. Swego czasu w spoleczenstwie tym byly
wyroznane wlasciwie tylko dwa zajecia: zolnierz i kaplan.
Sama swiatynia to wylozony zlota blacha niewielki budynek, w ktorym
przechowywana jest Swieta Ksiega Sikhow. Budynek ten polozony jest na srodku
malego jeziorka. Swiatynia i jeziorko stanowia centrum duzego, zabudowanego
ze wszystkich stron placu. W sklad tego kompleksu zabudowan swiatynnych
wchodzi rowniez Parlament i Muzeum Sikhow, kuchnia i pomieszczenia noclegowe
dla pielgrzymow. Kultura Sikhow nakazuje goscinnosc, tak wiec kazdy z
przybywajacych do Swiatyni osob dostaje miejsce do spania i jakies skromne
jedzenie. Rowniez i my zostalismy zakwaterowani w takim Domu Pielgrzyma.
Oczarowany atmosfera tego miejsca chcialem chlonac ja ile sie tylko da. Na
nocleg postanowilem wiec rozlozyc sie bezposrednio na placu przy jeziorku.
Dodatkowa atrakcja mialo byc przebudzenie o wschodzie slonca, kiedy to
podobniez Zlota Swiatynia wyglada najpiekniej.To
bylo wspaniale miejsce. Noc, gwiazdy, muzyka, blask podswietlonej Swiatyni i
jej odbicie w tafli jeziora tworzyly razem urzekajaca mieszanke. Rowniez
przebywajacy tutaj ludzie skladali sie na ta specjalna atmosfere. Dlugie
godziny siedzialem i obserwowalem. To byly bardzo ciekawe godziny. Problem w
tym, ze w pewnym momencie trzeba bylo jednak isc spac. Na poczatku wszystko
bylo w najlepszym porzadku, spalem sobie spkojnie kolysany szumem wody i
dobiegajaca muzyka. Potem jednak obudzili mnie ludzie, ktorzy zajmowali sie
czyszczeniem placu. Nie bylo problemu. Wstalem, a oni szybko rozlali wode na
kamienie posadzki placu, przejechali wielkimi myjkami, a potem jeszcze
wytarli na sucho. Moglem spac dalej. Nie trwalo to jednak dlugo. Tym razem
obudzila mnie grupa pielgrzymow, ktora akurat dotarla do Swiatyni i nie
chciala czekac do rana z rytualnym obmyciem w wodach jeziora. O.K., wstalem
i aby uniknac podobnych przebudzen przenioslem sie pare metrow dalej w
jakies mniej eksponowane miejsce, gdzie oprocz mnie przebywalo
kilkudziesieciu Sikhow. Moglem spac dalej. O godzinie czwartej nad ranem
dobiegajaca ze Swiatyni uspakajajaca, nastrojowa muzyka zrobila sie nagle
glosna. Obudzilem sie. Winnymi okazali sie mnisi, ktorzy zaczeli sie
przygotowywac do odbywajacego sie kazdego dnia uroczystego przeniesienia
Swietej Ksiegi z pommieszczen Parlamentu do Zlotej Swiatyni na wyspie. Tylko
spokojnie, pomyslalem sobie, to nic, ze jest glosniej, same dzwieki sa
przeciez tak samo piekne jak poprzednio, spie dalej. I spalem, chociaz nie
byl to juz sen spokojny. O piatej nad ranem obudzili mnie i jeszcze kilku
innych spoznialskich swiatynni straznicy. Akurat rozpoczynalo sie
przeniesienie Ksiegi i podczas tak uroczystego momentu nikt ze znajdujacych
sie na placu nie mogl przeciez spac. O.K, tym razem mialem juz dosyc.
Zebralem swoje graty i pomaszerowalem do pobliskiego budynku, gdzie
przebywala cala nasza grupa. Wschodu slonca oczywiscie nie zobaczylem, bo
bylem tak zmeczony tym odpoczynkiem nad brzegiem jeziorka, ze spalem do
poznych godzin poludniowych. Rada na przyszlosc: nie przesadzac z
kontemplowaniem atmosfery, bo spac przeciez kiedys trzeba.
Dwie noce pozniej znowu spalismy w swiatyni, tym razem hinduskiej. Bylo to w
jakims malym miasteczku, do ktorego dotarlismy po dlugim dniu 'rowerowania'.
Bylismy zmeczeni, bylo juz ciemno, a miasteczko, chociaz male przyprawialo o
bol glowy: trabiace samochody, warczace motoriksze, nawolujacy ludzie,
wyjace agregatory prodotworcze, a ponad tym wszystkim plynaca przez megafony
modlitwa hinduskiego kaplana. Ta mieszanka byla ponad nasze sily. Uciec
stad, uciec jak najdalej - o niczym innym nie moglem myslec. Nie rozumiem
jak ludzie sami z wlasnej woli moga tworzyc sobie tak okropne warunki do
zycia. Nie chodzi tutaj o ubostwo, ale o styl zycia, o dokonany wybor. Nie
wiem z czego to wynika, ale w tej czesci swiata wieksza grupa ludzi w jednym
miejscu oznacza halas. Przerazliwy halas! Wroclaw, czy Warszawa wydaja sie z
tego punktu widzenia oazami spokoju.
Propozycja przenocowania nas na terenie miejscowego szpitala i przylegjacej
do niego swiatyni wydawala sie zbawcza. Wydawala sie... Do spania
udostepniono nam pomieszczenia swiatynne. Bylo przestronnie (uff!, nawet
bardzo przestronnie, to byla calkiem spora swiatynia), bylismy bezpieczni od
zgielku ulicy, dostalismy nawet calkiem niezle 'jedzonko', ale... No coz,
zawodzacy mnich zdawal sie nie zauwazac, ze nadeszla juz noc - pora
wypoczynku i jakos nie przerywal swoich serenad. Dodatkowa atrakcja bylo, ze
jego glos brzmial szczegolnie donosnie w murach swiatyni, w ktorej
staralismy sie zasnac. Tych strasznych dzwiekow nie zapomne do konca zycia.
Nie dosc, ze ow mnich kompletnie nie mial sluchu, ze zawodzil swoim
momentami chropawym, momentami piszczacym glosem, to jeszcze glos tego
'artysty' wzmacniany byl przez jakies prastare megafony, ktore dodatkowo
znieksztalcaly jego glos. Bylem zmeczony wiec mimo wszystko zasnalem. W nocy
budzilem sie jednak wielokrotnie i za kazdym razem "jasna krew mnie
zalewala" i klalem tego mnicha jak tylko umialem najpiekniej. Nic to jednak
nie pomagalo, on spiewal dalej. Nie bylo innej rady jak zaakceptowac ten
halas, uspokoic sie i spac dalej. Az do nastepnego przebudzenia i kolejnej
'wiachy' rzuconej pod adresem niczego nieswiadomego rozmodlonego mnicha. Tak
dotrwalem jednak do ranka, a wraz ze wschodem slonca glos umilkl. To byla
piekna chwila. W moich uszach, w mojej glowie glos ten rozbrzmiewal jeszcze
przez dlugie godziny. Ciagle jeszcze go pamietam. Brrrrrr...
Po drodze do Delhi mijalismy takie miejscowosci jak Ludhiana, Pohir, Jind,
Julana, Rohtak. Troche kilometrow nadrobilismy dzieki naszemu "Punjab
coordinator" jak nazwalismy pewnego starego Sikha, ktory pedalowal z nami na
swoim wielkim, ciezkim rowerze przez pol dnia pokazujac nam te "najkrotsza"
droge. No coz, zrobilismy niezle koleczko, ale zabawa byla przednia. Nasz
dlugobrody przewodnik nie mowil ani slowa po angielsku, ale rozumielismy sie
niezle. Uklad byl taki, ze on jedzie na przedzie dumny z tego ze przewodzi
stawce jedenastu poslusznych obcokajowcow, pokazuje nam droge i dzwoni swoim
rowerowym dzwonkiem najglosniej jak sie da w momencie kiedy przjezdzalismy
jakas wioske. Swojej pierwszej pozycji w grupie bronil zaciekle. Raz kiedy
chcialem troche odskoczyc do przodu, aby zrobic mu zdiecie, nie zrozumial
mojej intencji i rowniez nacisnal na pedaly starajac sie mnie dogonic.
Trzeba mu przyznac, ze silny byl z niego dziadek. Ze zdiecia byly nici.
Dopiero, kiedy mu wytlumaczylismy, ze chodzi o zdiecie, a nie zmiane lidera
ochoczo zaczal pozowac do obiektywu. Ta sielanka skonczyla sie w momencie,
kiedy stwierdzilismy, ze kilometry umykaja, a jakos nie docieramy do
miejscowosci, ktore powinny znajdowac sie na naszej trasie. Nasz los
powierzylismy znowu naszej mapie, a 'Punjab koordinator' niepocieszony
faktem, ze nie sluchamy jego polecen, zniknal nam w jednej z mijanych
wiosek.
Wszystkie mijane przez nas po drodze miasta i wioski, obojetnie male czy
duze byly tak samo halasliwe i tak samo brudne. Powiedziano nam, ze Punjab
to najbogatszy region Indii. Ciekawe jak wygladaja te biedniejsze...
Nie znam Indii. Nie moge przeciez znac tak wielkiego i tak zroznicowanego
kraju po zaledwie pieciodniowej przjazdzce na rowerze. Mam jednak wrazenie
ze te tajemnicze, mistyczne, uduchowione 'MAGIC INDIA' z opowiesci, to tylko
niewielkie wyspy w oceanie brudu, halasu i ludzkiej nedzy. A moze to sa
wlasnie prawdziwe 'MAGIC INDIA'?
___________________________________________________________
Waldemar Grabka.










 
08-07-2020 16:46:19
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite