http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  Relacja   
 
Ps. 34:13 Jakim ma być człowiek, który kocha życie, Lubi oglądać dobre dni?...

Relacja z Rowerowej Wyprawy Dookoła Świata

 

Wielki Milenijny Rajd Pokoju 1998-2000 (The Great Millenium Peace Ride1998-2000)

Coś co wydawało się z punktu widzenia ludzkiego nie możliwe stało się możliwe. Prolog
"Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi." (Rz 12:18BT)
"Dziełem sprawiedliwości będzie pokój, a owocem prawa - wieczyste bezpieczeństwo." (Iz 32:17BT)

MILENIJNY ROWEROWY RAJD POKOJU DOOKOŁA ŚWIATA
Seattle (6.08.1998) - Hiroszima (1.01.2000)

Wyruszając w podróż dookoła Świata zabrałem ze sobą rower "Romet" starszy ode mnie, stare sakwy, i około 300 dolarów w kieszeni. Nie znalazłem w Polsce sponsorów, nie byłem ubezpieczony, nie miałem szczepień na różnego rodzaju choroby. Byłem jak włóczęga w porównaniu do moich przyjaciół z grupy. A jednak z pośród około 600 uczestników rajdu jako jeden z czterech osób przebyłem całą trasę.
Jednym z wyróżnień był medal od Prezydenta Radomia Adama Włodarczyka a dnia 14 lutego 2000 roku byłem pośród czterech osób które zostały wyróżnione medalem otrzymanym z rąk prezydenta Litwy Valdas'a Adamkus'a.
Wielki Milenijny Rajdu Pokoju (The Great Millennium Peace Ride) rozpoczął się 6 sierpnia 1998 w Stanach Zjednoczonych w rocznicę zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę, a zakończył 1 stycznia 2000 roku w Japonii właśnie w tym mieście-symbolu - Hiroszimie.
Trasa wiodła przez 43 kraje na pięciu kontynentach: obie Ameryki, Afryka, Europa i Azja. Rowerami pokonanliśmy 24239 km, drugie tyle różnego rodzaju środkami transportu. Dziennie przejeżdżaliśmy średnio 80 km, choć zdarzało się 180 km, zależało to od jakości drogi (lub czasem jej brak). W różnych krajach, znajdujących się na trasie organizowane były konferencje prasowe, spotkania z lokalnymi władzami, czy też organizacjami społecznymi i sportowymi. Idea Rajdu Pokoju była również prezentowana na spotkaniach z młodzieżą w szkołach.
Rajd miał charakter otwarty. Oznaczało to, że każdy, kto chciał mógł się dołączyć. Z zaproszenia na całym świecie skorzystało około 600 osób, które dołączały się do nas - czasem na jeden dzień -czasem na dłużej, czy też jak w przypadku niektórych na całą pozostałą trasę.
Ludzie, którzy brali udział w tym przedsięwzięciu stali się przykładem na to, że bez względu na dzielące ich różnice, takie jak wiek (najmłodszy uczestnik wyprawy miał 22, a najstarszy 64 lata), wykształcenie (profesor ekonomii, doktor fizyki, trener karate, elektronik, nauczycielka angielskiego, sekretarka, czy pracownik budowlany), narodowość (trzon wyprawy stanowili przedstawiciele Chorwacji, Litwy, Meksyku, Niemiec, Peru, Polski i Włoch) potrafili zaakceptować siebie wzajemnie i wspólnie pokonywać wszystkie trudności, jakich nie brakowało podczas tej podróży dookoła świata.
W Indiach zdarzył się tragiczny wypadek w którym zginął nasz kolega Walter Ramon z Peru.
Rajd ukończyło w Hiroszimie dziesięć osób, w tym dwóch Polaków - oprócz mnie, Waldemar Grabka z Bielawy (dołączył się do grupy w Szczecinie i brał udział w ostatnich siedmiu miesiącach trasy przez Europę i Azję).
Żelazny list wydany przez UNESCO, wielokrotnie umożliwiał nam załatwiać pozwolenia na przejazd przez rejony świata, które normalnie są niedostępne dla przeciętnego turysty. Tak było między innymi w Myanmarze, czy Chinach, gdzie w niektórych wioskach uczestnicy wyprawy byli pierwszymi widzianymi tam obcokrajowcami od dłuższego czasu.

Sławomir Płatek. Urodzony 9-go listopada 1977 roku w Warszawie. Ukończyłem Zasadniczą Szkołę Zawodową i Technikum przy Zespole Szkół Elektronicznych w Radomiu. Od dzieciństwa jeździłem na rowerze. A będąc jeszcze w Technikum zrodziło się we mnie marzenie podróży rowerem dookoła Świata.

Z poważaniem
Sławomir Płatek
Uczestnik Wielkiego Milenijnego Rajdu Pokoju 1998-2000

http://www.peaceride.org
http://rower.pr.radom.pl

_____________________________________________________

"Pokój zostawiam wam, pokój mój daje wam. Nie tak jak daje swiat, Ja wam daje. Niech sie nie trwozy serce wasze ani sie nie leka. "

- Trasa Rajdu... Rajd rozpoczął się w Seattle, USA 6 sierpnia 1998 roku. Dzień ten jest rocznicą zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. I dalej przez środkową i południową Amerykę, zachodnią Afrykę, Europę, Bliski Wschód, Azję do Japonii. Gdzie Rajd zakończył się w Hiroszimie 1 stycznia 2000 roku, datą symbolicznego wejścia w nowe tysiąclecie. Cały plan rajdu był przygotowany jeszcze przed wyruszeniem, tzn: przez jakie kraje będziemy przejeżdżać, jaki czas tam spędzimy, ile dni będziemy podróżować na rowerach a ile poprzez transport wszystko było wyliczone tak abyśmy zdążyli na 1-go stycznia 2000 roku do Hiroszimy. Głównym autorem tego planu był Valery Rassolko (42 lata) tłumacz i także białoruski koordynator rajdu.
- Z historii organizacji Rajdu... Idea Rajdu zrodziła się w 1993 roku w Atenach podczas międzynarodowego spotkania rowerzystów. W 1994 roku powstała w Stanach Zjednoczonych organizacja non-profit: " The Great Millennium Peace Ride", która nawiązując kontakty z organizacjami i pojedynczymi osobami z różnych stron świata, zaczęła tworzyć międzynarodową siatkę koordynatorów Rajdu w poszczególnych krajach i regionach. Pierwotnym założeniem było stworzenie 500-osobowej grupy rowerzystów, po 3 osoby z każdego kraju, i zapewnienie poprzez międzynarodowy sponsoring, środków finansowych na pokrycie kosztów całego przedsięwzięcia. Przewidywalny koszt rajdu na jedną osobę wynosił $18200 dolarów. W międzyczasie nastąpiła decentralizacja organizacji sfery finansowej Rajdu co oznaczało, że uczestnicy muszą sami zdobyć środki finansowe w kraju, który reprezentują. Było około 80 koordynatorów w różnych krajach. Kiedy organizacja Rajdu w Stanach Zjednoczonych się rozpadła. Organizację Rajdu przejęła grupa litewska.
Koordynator litewski Dr. fizyki Sigitas Kucas a późniejszy międzynarodowy koordynator rajdu, przesłał informacje do tych około 80-ciu koordynatorów z prośbą o pomoc w zorganizowaniu przejazdu przez ich kraj. Otrzymał może kilkanaście odpowiedzi pozytywnych. I tak dzięki temu mieliśmy w kilku krajach przygotowany program przejazdu. Na Litwie Rajd ten stał się wydarzeniem narodowym. Przed wyjazdem grupa litewska miała spotkanie z prezydentem Litwy Valdasem Adamkusem, który to złożył jako pierwszy podpis na wstędze pokoju. Rajd miał poparcie UNESCO w postaci dokumentu, dzięki któremu otrzymaliśmy duża pomoc.
- Moje uczestnictwo w Rajdzie... W latach 1995-97 w okresie wakacyjnym podróżowałem rowerem po Europie. Ale dopiero w 1997 roku powstało we mnie marzenie pojechać rowerem dookoła świata. Planowałem pojechać w tą podróż samotnie, nawet stworzyłem cały plan trasy. Kolega z klasy w Technikum Elektronicznym wiedział o moich planach. Kiedyś znalazł artykuł w Gazecie Wyborczej z dnia 30 września 1997 roku pt.: "Rowerem w trzecie tysiąclecie. Z Kingą dookoła świata. I tak się zaczęło. Z artykułu nie wynikało żeby poszukiwali kogoś do uczestnictwa ale raczej sponsorów. Podany był numer telefonu więc zadzwoniłem. W końcu udałem się na międzynarodowe spotkanie organizacyjne które było w Gdańsku w grudniu 1997 roku. Zaakceptowano mnie jako uczestnika. Jakiś czas później koordynatorka i dwie jej koleżanki wycofały się z organizacji i uczestnictwa w Rajdzie, tak więc ja zostałem sam.
W maju 1998 roku udałem się do Wilna na kolejne międzynarodowe spotkanie organizacyjne. Nawet po tym spotkaniu nie myślałem że wezmę udział w rajdzie. W maju 1998 roku szczęśliwie zdałem maturę i byłem wolny. Próbowałem zdawać na dwa kierunki na Politechnikę Radomską, ale ani na jeden ani na drugi się nie dostałem. Próbowałem szukać sponsorów ale bez pozytywnego rezultatu. Tak więc myślałem ze chyba z tego rajdu nic nie będzie. Lecz 19 czerwca 1998 roku dotarła do mnie przesyłka z Wilna od międzynarodowego koordynatora rajdu który przesłał mi dokumenty potrzebne do starania się o wizy. Główny problem to była wiza do Stanów Zjednoczonych. Ale postanowiłem spróbować pomimo tego że nie miałem sponsorów ani środków finansowych ani dobrego sprzętu. Zrobiłem kopie tych dokumentów i przesłałem listem expresowym do Ambasady Stanów Zjednoczonych w Warszawie. Było to dla mnie zaskoczeniem kiedy to 20 lipca 1998 roku, otrzymałem odpowiedz z Ambasady USA. Było to wezwanie na 4 sierpnia 1998 r do wstawienia się w sprawie wizy. Rajd się rozpoczynał 6 sierpnia 1998 roku, tak więc ja zadzwoniłem do Ambasady z prośba o przyspieszenie terminu wizyty. Mogłem jeden dzień wcześniej przyjechać to tyle co udało się załatwić. W miedzy czasie szukałem rezerwacji na przelot do Seatlle. Pierwszą rezerwację miałem w obie strony za około $1050 dolarów. Poinformowano mnie tam że nie ma możliwości wykupić bilet w jedną stronę do USA. Ale później była polska koordynatorka Rajdu Kinga Choszcz przesłała mi e-mailem informacje że jest możliwość zdobyć bilet taniej w Gdańsku w biurze studenckim. Siedziba tego biura znajdowała się również w Warszawie. Zrobiłem rezerwacie na przelot w jedną stronę do Seattle za około $322 dolary. Ale i tak była to jak dla naszej rodziny duża kwota pieniężna. Brat Mirek postanowił mi pomóc. Kiedy to już dotarłem do Ambasady USA dnia 3 sierpnia 1998 przed Ambasadą jak zwykle długa kolejka. Ku mojemu zdziwieniu nie musiałem czekać w kolejce tylko wszedłem innymi drzwiami do Ambasady. Kompletnie nie wiedziałem co robić gdzie się udać było to dla mnie nieznane załatwianie wizy. Zapłaciłem $45 dolarów opłaty manipulacyjnej i teraz tylko przyszło mi czekać na rozmowę z konsulem. Zszedłem do sali która znajdowała się w dolnej części Ambasady, tam znajdowało się sporo ludzi siedzących wszędzie gdzie tylko można było na ławkach na schodach. I czekałem na rozmowę z konsulem. Wszystkie rozmowy które tam się odbywały były jawne, tzn.: każdy mógł usłyszeć jak przebiegała rozmowa osoby stojącej przy okienku z konsulem. Myślę że to była metoda uniknięcia jakiejś próby przekupstwa.
Czekałem około godziny. Przede mną stało dwóch studentów którzy rozmawiali z konsulem po angielsku i nie dostali wizy. No to ja sobie pomyślałem, nie znam angielskiego, szkołę skończyłem, pracy nie mam, nie jestem żonaty, służba wojskowa przede mną. Konsul mógł sobie pomyśleć że chcę wyemigrować. Ale kiedy podszedłem do okienka, konsul zapytał się mnie w jakim języku będziemy rozmawiać. Odpowiedziałem że po polsku. Pokazałem certyfikat w jez. angielskim że jestem polskim koordynatorem rajdu i że rajd jest popierany przez UNESCO. Długo nie rozmawialiśmy. Konsul powiedział żebym przyszedł następnego dnia po odbiór wizy. Ja byłem zszokowany tak więc, podziękowałem i wszedłem z Ambasady zapominając o tym że było by dobrze dostać tę wizę tego samego dnia, ponieważ byłem również umówiony w sprawie wizy w Ambasadzie Meksyku i Gwatemali. Zadzwoniłem do Ambasady USA z prośbą o wydanie wizy tego samego dnia, jedna pani z którą rozmawiałem była trochę zdenerwowana. Powiedziała dlaczego nie powiedziałem tego konsulowi żeby wydali mi wizę tego samego dnia. Ale powiedziała żebym przyszedł po 14-stej kiedy to są wydawane wizy, może będzie gotowa. I tak było tak więc tego samego dnia otrzymałem wizę do USA, Meksyku i Gwatemali. Lot do USA nie udało się wcześniej zarezerwować jak tylko na 7 sierpnia 1998 roku. Tak więc przybyliśmy na Okęcie. Dotarliśmy tam "nyską" kolegi. Cała rodzina i trochę znajomych, a także mój sprzęt tj: Rower ROMET z 1976 roku który był starszy ode mnie. Rower musiał być częściowo rozłożony i zapakowany w karton. Zabrałem również ze sobą stare sakwy które miałem z poprzednich wypraw. Na lotnisku Mama się popłakała chociaż to nie była moja pierwsza wyprawa rowerowa, ale ta była na dłuższy czas niż te ostatnie. Brat Mirek na lotnisku dał mi $300 dolarów również od wujka dostałem parę gorszy. Były to wszystkie pieniądze jakie miałem na podróż półtora roczną. Liniami British Airways dnia 7 sierpnia 1998 roku odleciałem do Londynu tam nocleg. Odwiedziłem tam Kościół Adwentystów gdzie jedna osoba przenocowała mnie u siebie i rano odwiozła do stacji metra i dalej metrem na lotnisko Heathrow. Przejazdy komunikacją miejską w Londynie są bardzo drogie. Miałem 10 funtów które brat kupił dla mnie i większość z tych pieniędzy wydałem na Jeden bilet dzienny i jednorazowy. 8 sierpnia 1998 roku miałem przelot z Londynu do Seattle. Wylot około godziny 11-tej rano a przylot do Seattle na godzinę około 12-tą. tylko nie wiedziałem czy w południe dotrę czy w nocy. Koordynator międzynarodowy napisał mi w emailu że ktoś po mnie przybędzie na lotnisko. Gdy już dotarłem do Seattle na kontroli celnej odebrali mi moje pomarańcze które dostałem od rodziny i zostawiłem sobie na później i oni wrzucili je do śmietnika, ale na szczęście nie odebrali mi kilku bochenków chleba razowego który ze sobą wziąłem z Polski. Czekałem na lotnisku a nikt się nie pojawiał po mnie aby mnie odebrać. Miałem adres i telefon koleżanki Sigitasa dzwoniłem do niej ale nikt nie odbierał. Po około 7-miu godzinach oczekiwania na lotnisku postanowiłem wziąć Taxi ponieważ autobusem nie było możliwości jechać ze względu na rower w kartonie i moje inne tobołki. Miałem $300 dolarów, wydanie około $40-stu na Taxi było poważną decyzją długo zastanawiałem się aż w końcu gdy już robiło się ciemno pojechałem Taxi na adres podany przez Sigitasa. Gdy tam dotarłem wyszła jedna kobieta z tego domu mówiąc że taka osoba tu nie mieszka, bynajmniej ja tak to zrozumiałem. Ja chciałem ażeby taksówkarz zostawił mnie koło domu a ja bym przenocował pod domem w krzakach, lecz ta kobieta się nie zgodziła i w końcu znalazłem się w Międzynarodowym Schronisku Młodzieżowym gdzie za nocleg musiałem zapłacić $20 dolarów. Była to chyba najgorsza noc w moim życiu. Nie wiedziałem gdzie znajduje się grupa, pod podanym adresem wskazana osoba rzekomo nie mieszkała, ja nie miałem pieniędzy na powrót do domu. Rano ktoś dzwonił do Schroniska i zostawił numer telefonu abym się z nim skontaktować. Pośpiesznie postanowiłem zadzwonić i ta osoba przyjechała po mnie samochodem kombi, zabrała mój rower w kartonie i resztę rzeczy. Był to sąsiad Patrycji Radin koleżanki Sigitasa. Kilka dni spędziłem u niego w domu a później przyjechała Patrycja.
Okazało się że była w Kanadzie na jakiejś konferencji. Studiowała ona na Uniwersytecie Stanu Waszyngton. Z nią studiował Przemek Pyrdak którego spotkałem, miło było znów porozmawiać po polsku. Przemek pomógł mi kupić tylnie koło bo to moje było dość poważnie scentrowane podczas przelotu również dał mi swój kask rowerowy. Za koło używane musiałem zapłacić $24,75 dolara. Pewnego dnia kiedy siedziałem sam u Patrycji w domu pisząc e-maile, zadzwonił telefon był to Sigitas. Wieczorem dzwonił jeszcze raz aby rozmawiać z nią. Następnego dnia Patrycja zarezerwowała dla mnie pociąg Amtrak z Seattle do Salem w Oregonie. Bilet kosztował około $28 dolarów. Nie ruszając się jeszcze ze Seatlle wydałem około $112,75 z $300 dolarów na całą podróż dookoła świata. Na stację do Salem przyjechał po mnie Christoph z Niemiec, zabrał mnie Busem Rajdowym i 12 sierpnia 1998 roku dołączyłem do grupy w parku Devil's Lake przy Lincoln city. Tam spotkałem grupę a w składzie jej byli: Sigitas Kucas (47 lat) doktor Fizyki i jednocześnie międzynarodowy koordynator Rajdu (litwin), Edvardas Ziżys (62 lata) prof. wileńskiego uniwersytetu (litwin), Gediminas Vasiliauskas (około 35 lat) (litwin), Goda Ciplyte (31 lata) nauczycielka jęz. angielskiego (litwinka) Ignas Brazauskas (około 18 lat) uczeń (litwin) , Guenter Ehrich (63 lata) (niemiec), Christoph Schleidt (około 25 lat) pracownik socjalny (niemiec), Olivier Stephan (około 23 lata) pracownik budowlany (niemiec), Ahmet Mumcu ( około 40 lat) pracował w restouracji (turek-niemiec). Myślałem że Sigitas znajdzie jakiś sponsorów w USA, ale tak nie było. Ja postanowiłem że będę podróżował dokąd będę mógł, a póżniej pożyczę pieniądze od Ambasady RP i wrócę do kraju. Byłem najgorzej wyposażony ze wszystkich i pod względem finansowym i sprzętowym, a w dodatku również nie miałem ubezpieczenia na tak długi rajd. Byłem "włóczęgą", w przeciwieństwie do innych którzy mieli dobre rowery, ekwipunek i nawet niektórzy byli przygotowani finansowo na całą półtora roczną trasę jak np: Ahmet. 13 sierpnia 1998 roku był to mój pierwszy dzień jazdy na rowerze. Oliver zaproponował mi ażebym z nim pojechał. Zgodziłem się. Nie oddałem żadnych bagaży do samochodu z całym ekwipunkiem jechałem. Przeważnie każdy miał mapę i rano umawialiśmy się że dzisiaj jedziemy do tego parku i tam nocujemy i każdy wyruszał na trasę indywidualnie lub w małych grupach. Dziennie pokonywaliśmy około 100 km, dobre drogi asfaltowe, wyruszaliśmy rano a na miejsce noclegu docieraliśmy wieczorem a niektórzy i w nocy. Dzieliliśmy się na grupy po 3-osoby które to przygotowywały posiłki rano i wieczorem dla całej grupy. Mieliśmy samochód Voyager Chrysler Plymouth na który to 7 osób z grupy złożyło się aby go kupić w Seattle kosztował około $3000 dolarów. W tym samochodzie były wiezione różne rzeczy m. in. kuchnia benzynowa na której przyrządzaliśmy gorące posiłki. Ja nie miałem namiotu musiałem spać na powietrzu, rozkładałem karimatę na ziemi i spałem w śpiworze. Edvardas miał kamerę i przygotowywał materiał dla telewizji litewskiej LTV gdzie ukazywały się raz na dwa tygodnie 10-15 minutowe relacje z trasy. Jednym z sponsorów Litewskiej grupy był kurier expresowy DHL i to dzięki niemu przesyłać mogli kasety video na Litwę w ciągu kilku dni. Cztery osoby z grupy litewskiej miały rowery przygotowane przez firmę niemiecką. Czasami na trasie mieliśmy takie zjazdy że jechaliśmy około 70 km/h. Czasami sam się bałem jechać tak szybko na moim "staruszku". Guenter miał organki i uprzyjemniał nasze wieczory i poranki grając na nich. Wieczorem na naszych miejscach noclegowych siadaliśmy przy stole i omawialiśmy plany na kolejne dni. Christoph był pracownikiem socjalnym i lubił prowadzić spotkania i wyznaczać rożne obowiązki każdemu. W grupie nie mieliśmy jakiegoś mechanika ale każdy to co umiał starał się pomóc jeden drugiemu. Przed wyjazdem w trasę rano staraliśmy się przeglądać i naprawiać rowery ponieważ wieczorem było to nie możliwe.
Mieliśmy ze sobą Laptop Dell Latitude 166MHz 32Mram 2,1GB był on przysponsorowany przez litewską firmę Ars Computandi. Tym laptopem opiekował się Sigitas. Była to jedyna możliwość komunikacji ze światem. Ja otrzymywałem od brata raz na tydzień wiadomość ponieważ musiał on korzystać z internetu u rodziny znajomych a czasami pisał listy u siebie w pracy. Jeden list czasami pisał 2 dni. Niekiedy potrzebne było ażeby przesłał mi niezbędne informacje jak np: jakieś adresy i musiał się z tym trudzić.
Odwiedziliśmy Park Sekwoii. Kiedy wjeżdżaliśmy do tego parku w dzień zrobiło się tam ciemno jak w nocy. Dotarliśmy do tzw: "Wielkiego drzewa" które miało takie wymiary: wysokość 92,6 m, średnica 6,6 m, obwód 20,7 m. wiek około 1500 lat.
W San Francisco przy moście Golden Gate zorganizowaliśmy spotkanie tzn: rozłożyliśmy mapę naszej trasy rozwiesiliśmy transparent naszego rajdu i próbowaliśmy dzielić się ideami rajdu pokoju a przy okazji również sprzedać nasze rajdowe koszulki. Mieliśmy możliwość spotkać emigrantów litewskich którzy nas bardzo mile przyjmowali i gościli.
W Los Angeles nocowaliśmy przy Polskim Kościele Rzymsko-katolickim. Tam dzięki pomocy ks. Edwarda Mroczyńskiego który mówił o mnie w ogłoszeniach mszalnych, a ja stojąc z wystawioną czapką na zewnątrz kościoła zbierałem datki. I tak dzięki Polonii w Los Angeles zebrałem ponad $700 dolarów co dało mi możliwość kontynuacji rajdu. Rownież jedna rodzina polonijna zaprosiła nas, cała grupę na poczęstunek ale tylko ja i Olivier skorzystaliśmy ponieważ reszta grupy była w różnych miejscach. Litwini byli na spotkaniu w Litewskim Kościele Katolickim i tam otrzymali wsparcie finansowe. Nie tylko moja sytuacja finansowa była ciężka każdy liczył się z groszem. W Los Angeles spędziliśmy kilka dni, miałem możliwość zobaczyć Hollywood i Beverly Hills lecz nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. W telewizji wszystko to upiększają. Moim marzeniem było odwiedzić USA myślałem że to jest "raj na ziemi" ale gdy tam już się znalazłem zobaczyłem że ludzie podobnie żyją jak w Europie.
W San Diego zatrzymaliśmy się przy Polskim Kościele Rzymsko-Katolickim tam dzięki pomocy ks. Stanisława Kowalskiego uzbierałem około $150 dolarów. Jeszcze bardziej wzmocniła się moja sytuacja finansowa. Pierwszym miastem w Meksyku do którego dotarliśmy była Tijuana tam przenocowaliśmy w tanim Hotelu. Ja czasami ażeby zaoszczędzić nawet te parę groszy spałem w samochodzie. I dalej ruszyliśmy część grupy samochodem a reszta autobusem do Hermosillo gdzie czekała na nas koordynatorka meksykańska Flor Toledo. Ja akurat byłem w tej grupie która podróżowała samochodem. Na granicy wewnętrznej w stanie Sonora w Meksyku mieliśmy problem nie chcieli przepuścić nas i samochodu, a zgodzili by się jeżeli byśmy im zapłacili około $1000 dolarów. My nie zgodziliśmy się na to. Postanowiliśmy zawrócić do USA i pojechać inną trasą, przez stan Arizona i z powrotem do Meksyku. Na innej trasie nie mieliśmy żadnych problemów, zapłaciliśmy tylko manipulacyjną opłatę około $11 dolarów i ruszyliśmy dalej. Od Hermosillo zaczęła się ciężka praca na rowerach. Musieliśmy wstawać wcześnie rano a czasami była to jeszcze noc kiedy wyruszaliśmy w trasę na rowerach, ponieważ musieliśmy danego dnia pokonać około 130 km i dotrzeć na 13-tą lub 14-tą gdzie mieliśmy umówione spotkania z przedstawicielami miast, radiem, telewizją, gazetami, przedstawicielami sportu, młodzieżą w szkołach która była poubierana w takie same stroje: Dziewczyny miały swoje mundurki, chłopaki również, ładnie to wyglądało. Mieliśmy możliwość uczestniczyć w koncercie muzyki gitarowej a później był dla nas czas ażeby powiedzieć coś na temat naszego Rajdu. W jednym z miast zostały zaprezentowane dla nas tańce i stroje meksykańskie. A gdzie indziej witano nas jak by to był "Tour de France". Przygotowane były barierki w centrum miasta. Zdarzyło się tak np.: w Mazatlan gdzie nocowaliśmy w wysokiej klasy hotelu położonym nad oceanem z klimatyzacją, basenem, a innego dnia nocowaliśmy na hali sportowej. Przygotowywane były posiłki dla nas. Na trasie mieliśmy obstawę policji. Z jednej strony była to dla nas duża pomoc ponieważ poruszaliśmy się po głównej krajowej drodze i policja dawała nam pewną ochronę przed dużymi ciężkimi ciężarówkami, a z drugiej strony był to dla nas pewien kłopot ponieważ kiedy chcieliśmy się załatwić czy zrobić zdjęcie, musieliśmy to czynić szybko ponieważ zaraz za nami jechał samochód policyjny. W północnym Meksyku w godzinach południowych temperatura dochodziła do 42*C. Wszystko było gorące nawet wiatr który dało się odczuć był gorący. Staraliśmy się nie podróżować w czasie najgorętszym ale czasami było to nie możliwe ponieważ musieliśmy zdążyć na jakieś spotkanie, choć i tak czasami nie docieraliśmy na czas i wtedy nasza koordynatorka była zła na nas. Ludzie trudzili się aby przygotować specjalnie dla nas program a my nie przyjeżdżaliśmy na czas. W Meksyku odłączył się od nas Christoph Schleidt z Norynbergii. Przed wyjazdem ożenił się i wyjechał w podróż dookoła świata. Rajd był otwarty dlatego na trasie przyłączały się do nas różne osoby aby z nami podróżować, dzień czy kilka dni albo nawet dłużej, również przyłączały się do nas kluby rowerowe. Niedaleko miasta Oaxaca na południu Meksyku odwiedziliśmy archeologiczne miejsce "Montalban" gdzie znajdują się piramidy. Na naszej trasie co jakiś czas robiliśmy postoje ażeby coś zjeść czy odpocząć. Zabieraliśmy ze sobą jakiś prowiant przeważnie sporo było tam owoców i większość prowiantu wiozła dla nas policja. Na jednym ze spotkań z młodzieżą w szkole Sigitas mówił po angielsku a Flor tłumaczyła. A na drugim znów spotkaniu Edvardas grał na gitarze i śpiewał po litewsku. W Meksyku przyłączył się do nas Hugo Valente współkoordynator (około 27 lat ) fotograf. Z powodu powodzi w stanie "Chiapas" musieliśmy ten teren ominąć. Gdy dotarliśmy na granicę meksykańsko-gwatemalską okazało się że będziemy musieli spędzić tam noc ponieważ nie mieliśmy pewnych dokumentów które trzeba było pobrać w miejscu oddalonym o kilka kilometrów a które to mijaliśmy w czasie drogi do granicy. Noc spędziliśmy na zewnątrz przy budynku policji. Ja nie miałem namiotu a jeszcze do tego ukradziono mi karimatę i musiałem spać w śpiworze na rozłożonej folii. Nie było za wygodnie ponieważ leżałem na kamyczkach które mnie upijały ale trzeba było się przyzwyczajć. W Gwatemiali pierwszą noc spędziliśmy w tanim hotelu mieście Huehuetenango gdzie dotarliśmy późnym wieczorem i na dodatek padał deszcz. Było gorąco, choć pracował wiatrak w pokoju to i tak spać można było bez przykrywania się czymkolwiek. W Gwatemiali nie mieliśmy przygotowanego programu przejazdu przez ten kraj. Musieliśmy sami organizować sobie program. Wysunąłem propozycję aby udać się do różnych miejsc z prośbą o pomoc. I tak zaczęliśmy nocować bezpłatnie przy kościołach, szkołach u osób prywatnych itp. W miejscowości Solola dołączył się do Rajdu, Manuel Monsalvo Cortes (25 lat) student języków ale również sprzedawca warzyw (meksykańczyk). Solola jest położona niedaleko jeziora które otoczone jest górami. Nad jeziorem znajduje się pralnia tzn: kobiety zbierają się i piorą różne rzeczy. W tym czasie kiedy tam byliśmy odbywał się chrzest poprzez pełne zanurzenie, zostało ochrzczonych około 20-tu młodych kobiet i mężczyzn. Zebrało się tam dużo ludzi z jakiegoś kościoła protestanckiego i również odbywało się tam nabożeństwo. W Sololi okazało się że nasz operator kamery Edvardas ma problemy z okiem. Gdy dotarliśmy do miasta Gwatemala stwierdzono że musi zostać przeprowadzona operacja na oku. Miał on do wyboru wracać do kraju i tam by została przeprowadzona operacja i wtedy chyba już by nie dołączył ponownie do rajdu. Postanowił zostać na miejscu, towarzyszyła mu Goda która została aby się nim opiekować. Mieliśmy kamerę ale nie mieliśmy naszego operatora i przez to nie ma prawie wcale materiału filmowego z późniejszych krajów środkowo-amerykańskich. W Gwatemali nie przebywaliśmy długo ruszyliśmy do następnego kraju czyli Salvadoru. Jest to biedny kraj mogliśmy zauważyć jak ludzie mieszkają w chatach glinianych pokrytych trzciną, którzy zajmują się jakimiś niewielkimi uprawami próbują sprzedać banany, arbuzy, pomarańcze czy jeszcze inne owoce które wyrastają wokół ich domów. Jednego dnia kiedy to zgubiliśmy się ja i Gediminas kupiliśmy na trasie od dzieci arbuzy i szukaliśmy ładnego miejsca na spożycie ich. Dotarliśmy nad ocean spokojny na plażę na której znajdował się czarny piasek woda w oceanie była ciepła a my siedząc na plaży zjedliśmy po arbuzie i ruszyliśmy dalej. Podróżowaliśmy niedaleko oceanu spokojnego trasa była zawiła wiodła przez tereny pagórkowate. Było gorąco ale czasami na trasie można było spotkać strumienie wody spływające ze skał gdzie mogliśmy się ochłodzić. Grupę spotkaliśmy dopiero po kilku dniach w stolicy San Salvador w Ambasadzie Hondurasu. Cudem się tam razem odnaleźliśmy.
Honduras praktycznie pokonaliśmy poprzez transport ponieważ gonił nas plan rajdu. W stolicy Tegucigalpie w biały dzień pozostawiliśmy samochód bez opieki czego rezultatem była wybita szyba w dzwiach i za której wymianę musieliśmy zapłacić $120 dolarów. Niedługi czas później ukradli nam z dachu samochodu małą antenę do satelitarnego systemu GPS, który to litwini dostali od sponsora. Zakończyło się zbieranie danych o naszym położeniu poprzez system GPS. Był to bardzo pomocny system na naszej trasie dlatego że pomiary np: na jakiej podróżowaliśmy wysokości, ile kilometrów pokonywaliśmy, były zapisywane do podłączonego laptopa a póżniej przesyłane w e-mailu. Dane te były wykorzystywane do stworzenia mapy internetowej obecnego położenia naszego. Mogłem zauważyć duży kontrast pomiędzy ludźmi bogatymi a biednymi. Bogaci wznosili piękne domy a czasami nawet pałace a w dodatku odgradzali się murami na których założone były druty kolczaste pod napięciem. Nie wiem czego ci ludzie się tak bardzo bali że tak się odgradzali od świata. Gdy się na to patrzyło a zaraz obok na ulicy biedna kobieta podchodziła do samochodów aby coś sprzedać albo żebrając był to naprawdę przygnębiający widok. W Tegucigalpie kilka osób z grupy musiało się starać o wizę do Nikaraguii. Ja nie potrzebowałem wizy do tego kraju, w przeciwieństwie do Niemców którzy obawiali się że albo nie dostaną tej wizy, lub będą musieli za nią dużo zapłacić. Cudem otrzymali te wizy bezpłatnie. W Nikaraguii w Granadzie przyjęli nas w szkole przy kościele Adwentystów. Pamiętam jednej nocy padał deszcz a raczej była to straszna ulewa kiedy to woda dosłownie lała się z nieba jak z kranu. W Środkowej Ameryce był to czas bardzo deszczowy a nawet tragiczny kiedy to po przejściu huraganu "Mich" zginęło lub zaginęło około 10000 ludzi. W Nikaraguii opuścił nas Hugo Valente nawet się z nami nie pożegnał. Wrócił do Meksyku. W miejscowości Rivas mieliśmy taką sytuację kiedy to w kościele Adwentystów zaproszono nas na nabożeństwo a później dosłownie w kościele nocowaliśmy i przyrządzaliśmy posiłek na naszej kuchni benzynowej a był to chyba wtedy ryż dlatego że mieliśmy go dość dużo w USA został zakupiony duży worek i trzeba było go zjeść. Na granicy nikaraguańsko-kostarykańskiej oczywiście jak do tej pory na każdej granicy mieliśmy problemy z naszym samochodem, chodziło o dokumenty. Byli tacy ludzie których nazywano "Tramitadores" którzy chcieli udzielić nam pomocy w załatwieniu dokumentów w zamian za parę groszy. Przeważnie to my sami chcieliśmy załatwiać te dokumenty. Na granicy przebywało mnóstwo ludzi trzeba było uważać aby w tym całym zamieszaniu nie zginęło coś z przyczepki lub dachu samochodu. A gdy przemieszczaliśmy się samochodem, był on zawsze bardzo obładowany. Wyglądało to mniej więcej tak: z tyłu na drzwiach mieliśmy umocowany taki specjalny bagażnik na rowery, znajdowało się tam ich 3 lub 4. Na dachu samochodu były bagaże, a w przyczepce reszta rowerów czyli 6 lub 7 i reszta bagażu. A jeśli chodzi o przyczepkę to dostaliśmy ją w Kalifornii od emigrantki litewskiej podarowała nam ją napisała list specjalny w związku z tym ale oprócz tego to nie mieliśmy niczego, żadnych dokumentów. Numer rejestracyjny tej przyczepki był chyba jak pamiętam z 1981 roku. Na granicy spotkaliśmy młodą amerykankę około 30 lat pochodziła ze stanu Nowy Jork. Chciała się do nas przyłączyć nawet myślała że sobie gdzieś załatwi rower i będzie z nami podróżować ale tak nie było gdy tylko dotarliśmy do jednej z miejscowości ona nas opuściła. W jednej z miejscowości kiedy to szukaliśmy noclegu ja i Gedyminas wydarzył się drobny wypadek kiedy to cofając naszym samochodem Guenter nie widząc uderzył jakiś samochód i uciekł z miejsca wypadku. Ale jakiś czas później nie wiem czy to była policja czy jakieś inne służby zatrzymały Guentera i musiał zapłacić odszkodowanie za wyrządzone szkody. W stolicy San Jose musieliśmy się starać o kolejne wizy, ja nie potrzebowałem wizy do Panamy ale dla Litwinów był to duży problem. Nie chcieli wydać im wiz aż dopiero wtedy gdy przeprowadziliśmy protest w wejściu do Ambasady Panamy. Rozwinęliśmy nasz transparent rajdowy i prawie cala grupa wstawiła się by pomóc przyjaciołom. W mieście David w Panamie spotkaliśmy Janne Szweda który podróżuje już od kilku paru ładnych lat po świecie. Postanowił przyłączyć się do nas. Gdy dotarliśmy do miasta Panama zatrzymaliśmy się w sektorze USA przy policji kanału panamskiego. Tam zauważyłem także duży kontrast pomiędzy strefą amerykańską a resztą miasta Panama. Sektor USA był zadbany tzn: czysto, trawniki wystrzyżone itd.
A miasto Panama wyglądało nie wszędzie ale w większości budynki obdrapane, brak czystości, choć wjeżdżając do sektora amerykańskiego nie potrzeba było mieć wizy albo jakiejś specjalnej przepustki znajdował się przy wjeździe posterunek ale nic zbytnio nie sprawdzał choć mógł kogoś wylegitymować tak jak to było z nami gdy się znaleźliśmy w tym sektorze. Z Panamy do Kolumbii nie ma drogi, musieliśmy zacząć szukać innego transportu dla nas i naszego samochodu. Janne i Flor postanowili się od nas odłączyć. Również w Panamie odłączył od nas Guenter ale on postanowił podróżować oddzielnie i przyłączyć się znów na granicy ekwadorsko-peruwiańskiej. My spędziliśmy kilka a nawet kilkanaście dni szukając transportu bez rezultatu, cały czas korzystając z gościnności Policji kanału panamskiego. Postanowiliśmy się udać na drugą stronę Panamy i tam poszukać transportu. Od jednej z głównych osób policji dostaliśmy wizytówkę i mogliśmy powołać się na nią prosząc o pomoc Policję kanału panamskiego ale znajdującą się z drugiej strony nad oceanem atlantyckim. Ja i Oliver przebyliśmy jednego dnia trasę od oceanu spokojnego do oceanu atlantyckiego. Nie było to jakieś specjalne osiągnięcie, przebyliśmy około 70 km tyle mniej więcej wynosi odległość od jednego oceanu do drugiego. W mieście Colon udało się znaleźć transport dla samochodu. Trzeba było go i przyczepkę zapakować w kontener i został przesłany do Kartageny w Kolumbii. Odległość nie była zbyt duża około 600 km, a kosztowało to około $1300 dolarów. Później musieliśmy zacząć szukać jakiegoś transportu dla nas. Sigitas ściągnął przez internet program Net2Phone i dzięki temu mógł w miarę nie drogo porozmawiać z litwą i nie tylko przez internet używając do tego laptopu i słuchawek z mikrofonem.
My po kilku dniowych bezowocnych próbach poszukiwania w porcie transportu dla nas do Kolumbii postanowiliśmy wrócić do miasta Panama i tam znaleźliśmy samolot mały transportowy który zabrał nas na drugą stronę Panamy do małej miejscowości nad oceanem atlantyckim ale już blisko granicy z Kolumbią ten przelot na osobę kosztował około $54 dolarów było to dość drogo jak dla nas. W tej miejscowości Puerto Obaldia udaliśmy się do Konsulatu Kolumbii gdzie wbito nam pewne pieczątki które nie były pieczątkami wjazdu do Kolumbii i przez to mieliśmy problem później z wyjazdem z Kolumbii. W tej miejscowości wynajęliśmy małą łódź do której włożyliśmy nasze rowery i popłynęliśmy do Kolumbii do małej miejscowości. Przepłynięcie tą łodzią z silnikiem trwało około godziny a kosztowało to około $12 dolarów na jedna osobę. Teren dookoła był wspaniały na brzegu znajdowały się palmy, domy z desek i trzcin, góry. Ocean był niebiesko-zielonkawy, ładna pogoda świeciło słońce. W wiosce już w Kolumbii musieliśmy znaleźć inną łódź, którą moglibyśmy się dostać do większego miasta czyli do Turbo. Znaleźliśmy taką łódź ale zbliżał się wieczór i pogoda wskazywała ze będzie deszcz. Ale my jednak zdecydowaliśmy się płynąć. Włożyliśmy nasze rowery i nasz ekwipunek do łodzi z silnikiem i również sami do niej wsiedliśmy. Poinformowano nas że będziemy płynąć około trzech godzin. Wypłynęliśmy jakiś czas później zaczął padać deszcz, zrobiło się ciemno pojawiały się błyskawice i słychać było trzask piorunów, ja się bałem wtedy, a jeśli by deszcz silniejszy zaczął padać co wtedy? Nasi przewodnicy było ich dwóch mówili o problemach nadchodzących po hiszpańsku może myśląc że nikt nie rozumie tego języka, ale Manuel który był z Meksyku przetłumaczył nam co się dzieje. Okazało się że zaczyna brakować paliwa i zgubiliśmy drogę. Przy łodzi nie było świateł nie widzieliśmy co się znajduje przed nami tylko wtedy gdy się pojawiały błyskawice mogliśmy widzieć że przed nami pojawiały się czasami góry skalne znajdujące się na naszej trasie. W końcu dotarliśmy do jakiegoś miejsca gdzie można było kupić trochę benzyny. Płynąc na około było ciemno tylko z fal powstałych przy przepływie naszej łodzi można było dostrzec małe światło. Do miasta Turbo dotarliśmy na godzinę około 22-gą. Po około 5-ciu godzinach płynięcia łodzią. Udaliśmy się na policję gdzie udzielono nam schronienia ponieważ poinformowano nas że spodziewają się ataku. Noc spędziliśmy na placu jednego z urzędów w tym mieście. Następnego dnia Sigitas i Gediminas ruszyli do Kartageny a nasza reszta udała się do Medellin autobusem. Podróżowaliśmy około 16-tu godzin poprzez malowniczo położone góry i doliny. Gdy dotarliśmy przybył na dworzec jeden emigrant litewski który przybył aby nam pomóc. Powiedział nam o jednym hotelu i o cenie za niego. Ale my nie przystaliśmy na jego propozycję. Więc on zabrał nas na jedno z medelińskich osiedli. Zaprosił nas do jednej z restauracji a potem wskazał jedno miejsce między drzewami na trawie, powiedział że tu możemy przenocować bezpiecznie, że co jakiś czas będzie nas doglądał policjant. My cóż mogliśmy robić była późna godzina na to ażeby szukać jakieś inne miejsce noclegu. Przenocowaliśmy na trawie pośród drzew w pobliżu osiedla mieszkaniowego. Rano przejeżdżała samochodem młoda kobieta i zatrzymała się koło nas i zapytała co my tu robimy. Zaprosiła nas do siebie. Na skromny poczęstunek i również abyśmy mogli się umyć. Później odwiedziliśmy Uniwersytet Medelliński gdzie, jeden student zaoferował nam pomoc w znalezieniu noclegu i tak następną noc spędziliśmy w Teatrze. Później gdy dowiedzieliśmy się że Edvardas i Goda dołączyli po kuracji w Gwatemali to i my również przybyliśmy do rodziny litewskiej u której się zatrzymali. Kilka dni później dołączył Sigitas z Gediminasem którzy odebrali samochód w Kartagenie. Miasto Medellin znane jest z kartelu narkotykowego. W tym czasie kiedy my byliśmy tam raczej było spokojnie. Medellin posiada metro nadziemne chyba jako jedyne miasto w Kolumbii i nie tylko. Miasto to wygląda jak jedno z europejskich miast chyba w dużym stopniu przyczynił się do tego narkotykowy kartel a głównie Pablo Escobar. W Medellin odłączyli się od nas Olivier i Manuel postanowili podróżować oddzielnie aż do granicy ekwadorsko-peruwianskiej. My wyruszyliśmy kilka dni później z Medellin. Podróżowaliśmy przez tereny górzyste. Gdy wyjechaliśmy z Medellin po kilkunastu kilometrach musieliśmy się "wspinać" drogą asfaltową na pasmo górskie po którym podróżowaliśmy. Moim starym Rometem z 1976 roku, choć już zmodernizowanym bo miał 21 biegów ale to i tak nie wystarczało na trasę górską ponieważ biegi te nie były przystosowane na tereny górskie, po prostu zębatki przednie były za wielkie. W miejscowości Supia nocowaliśmy przy kościele Rzymsko-katolickim gdzie przygotowali dla nas spotkanie z lokalną telewizją. Do dużego miasta Pasto dojechaliśmy wieczorem i nie wiedzieliśmy gdzie się udać aby zapytać o nocleg. Byliśmy trochę zrezygnowani. Wtedy zdarzył się chyba cud. Wyszedłem aby znaleźć jakiś kościół aby prosić o pomoc w przenocowaniu, udałem się na duży plac oświetlony, wtem zauważyłem dziewczynę, postanowiłem zapytać się jej gdzie znajduje się kościół, a także wytłumaczyłem jej dlaczego go szukam. Ona postanowiła nam pomóc. Zaprowadziła nas pod swój dom, ale nie wiedziała czy będzie nas mogła przenocować. Byliśmy grupą około 10-cio osobową, którą nie łatwo było ulokować w mieszkaniu. Ale otrzymała pozwolenie. Mieszkała z bratem i Mamą. Ona i jej brat studiowali. Przyszło jeszcze trochę osób do domu. Siedzieliśmy do późnych godzin nocnych i rozmawialiśmy, również mogliśmy przeprowadzić połączenie internetowe. W Manizales mieliśmy problemy ze znalezieniem miejsca do noclegu. Udaliśmy się do kościoła Rzymsko-katolickiego lecz nas nie przyjmowali tylko odsyłali od jednego do drugiego. Fakt w tym że wtedy nie było osoby która by mówiła dobrze po hiszpańsku, ale i tak udało się nam znaleźć w ostatnim momencie kiedy to już było późno i pozostawało nam tylko spać na ulicy, wtedy znaleźliśmy nocleg w domu opieki prowadzonym przez siostry zakonne. Była to już późna godzina bo było chyba po 22-giej a siostry zorganizowały potańcówkę z nami, przy głośno nastawionym do tego magnetofonie. Ja w tym nie uczestniczyłem, dla mnie było to wielkim zaskoczeniem. Ahmet również tańczył z siostrami. Następnego dnia siostry umówiły spotkanie z dziennikarzami i dalej trzeba było ruszać w trasę. W Ekwadorze w stolicy Quito która jest dość wysoko położonym miastem jak nie jednym z najwyżej położonych stolic, dostałem gratis wizę do Peru. Niedaleko stolicy znajduje się równik a tam pomnik. Korzystając z podręcznego systemu GPS II udało mi się uzyskać takie dane (S 000.00.12.9),(W 078.27.15.7) (Alt 2658m). Wydawało by się że powinno być tam gorąco no bo przecież równik ale tak nie było ponieważ znajduje się on na wysokości wyższej niż nasze Rysy. Tam ku mojemu zaskoczeniu spotkałem polską grupę podróżującą chyba statkiem "Dar Młodzieży". Ekwador musieliśmy przejechać szybko ponieważ czekał na nas przygotowany program w Peru. Musieliśmy większą część Ekwadoru przebyliśmy samochodem. Jest to teren górzysty i drogi są bardzo zawiłe, jechaliśmy raz w górę raz w dół nasz samochód był bardzo obciążony, aż pewnego razu zjeżdżając w dół hamulec nie działał poprawnie. Przestraszyłem się!. Ale dzięki Bogu następnie był podjazd pod górkę. Spieszyło nam się ale niestety problemy z samochodem. Był to już wieczór tak więc musieliśmy w tam tym miejscu przenocować. Było to na szczęście ładne miejsce obok drogi znajdowała się polanka pomiędzy drzewami. Tam to się rozłożyliśmy aby przenocować. Rano niektórzy obudzili się w wodzie, ponieważ gospodarz puszczał w obieg system nawadniający. Część grupy musiała zostać i pilnować przyczepki a reszta pojechała znaleźć mechanika aby naprawić hamulce. Nie mając zbyt dużo jedzenia, porozglądałem się wokoło. Znalazłem kaktusy, a z tego co się dowiedziałem ich młode liście można było spożywać, więc starałem się je poodrywać choć nie było to łatwe ponieważ były one pokryte kolcami, aby je spożyć trzeba było usunąć wszystkie kolce. Powrócili popołudniu my nie tracąc czasu zapakowaliśmy wszystko i ruszyliśmy w trasę. 8-go grudnia 1998 roku rano mieliśmy przekroczyć granicę z Peru, tam spotkaliśmy ponownie Oliviera i Manuela którzy rozstali się z nami w Medellin mieli co opowiadać, m. in. mówili o problemach z jakimiś ludźmi w Kolumbii. Spotkaliśmy także Guentera który odłączył się od nas w Panamie i także wiele miał do opowiadania. Mówił że jadąc autobusem przez Ekwador w pewnej chwili chyba widział Godę. Był ten moment kiedy to byliśmy zmuszeni czekać ponieważ hamulce samochodu były nie sprawne. Na granicy ekwadorsko-peruwiańskiej powitała nas Soledad Olazo Rivas koordynatorka peruwiańska rajdu, a także przedstawiciele straży pożarnej "Bomberos" , Policji i telewizja. Dalej za nami jechała policja i ambulans na sygnałach. Do miejscowości Suyana gdzie mieliśmy przygotowane spotkanie z młodzieżą, z przedstawicielami miasta , mediami. Na spotkaniu z młodzieżą było bardzo dużo osób, przygotowane były flagi różnych państw, była orkiestra, proszono nas o autografy i w tym tłumie ktoś ukradł mój jedyny aparat Zenit 122. I kto by pomyślał na spotkaniu młodzieżowym. Później już do końca ameryki nie robiłem zdjęć po prostu nie było mnie stać aby kupić sobie jakiś aparat. Do stolicy Limy pokonaliśmy naszym samochodem tereny pustynne około 1000 km i co ciekawego że podczas nocnego przejazdu mieliśmy eskortę wozu policyjnego która zmieniała się co około 30-40 km. W sumie wzięło udział około 20-kilku wozów policyjnych a w każdym po 3-ech, 4-ech policjantów.
To było niesamowite że grupę cudzoziemców w samochodzie ochraniała całą noc prawie armia policjantów. To chyba był cud że dopiero przy wjeździe do Limy a nie na pustyni popsuł się nasz samochód "Challenger" jak go później nazwaliśmy ponieważ zaczął się psuć. Był on na niskim podwoziu a w Ekwadorze podróżowaliśmy po bezdrożach i tam uszkodził się samochód, były uszkodzone wał korbowy z przodu i skrzynia biegów automatyczna której naprawa kosztowała około $1000 dolarów. W Limie odbyło się oficjalne spotkanie z vice Prezydentem miasta oraz z prasą, telewizją, spotkaliśmy również klub kolarski "Cyclo Vida" którzy zamierzali towarzyszyć nam przez resztę trasy w Peru. W Limie odbyło się przejazd dookoła stolicy w którym mógł wziąźć każdy, uczestniczyło około 100-200 osób. W Limie zaobserwowałem duży kontrast pomiędzy biedotą a bogactwem. W centrum miasta znajdują się bogate domy, wille takie jak w USA dookoła zadbane czysto rosną trawniki, kwiaty jest to podlewane są ludzie którzy o to dbają, a w około miasta na pustynnych kamienistych wzgórzach stoją tzw. domy w około których nie ma ani skrawka zieleni, nie ma kanalizacji ani wody bieżącej, tak mieszkają ludzie biedni. Ja Sigitas i Gediminas zostaliśmy dłużej w Limie ponieważ trzeba było naprawić samochód dobrze że przy tym mieliśmy pomoc warsztatu samochodowego Urzędu Miasta. W ostatni dzień kiedy to już mieliśmy wyjeżdżać przyszedł Walter (31 lat) (student /nauczyciel karate) z bratem jednej dziewczyny która uczestniczyła w rajdzie. Chciał dołączyć się do rajdu. Odjeżdżając podjechaliśmy pod jego dom a on wziął swoje rzeczy rower i wyruszył z nami. Gdy już przejechaliśmy z miasta około 70 km znów się popsuł nasz "Challenger". Akurat jedna osoba był tak miła Urzędu Miasta Limy że dała nam do siebie kontakt i poinformowała że jeżeli będziemy potrzebowali pomocy to żebyśmy się z kontaktowali z tą osobą. W tym momencie potrzebna była pomoc tej osoby. Sigitas zadzwonił ale dobrze że był Walter to całą sprawę mógł wyjaśnić. Przyjechała pomoc drogowa z warsztatu urzędu miejskiego i poholowała nas z powrotem do Limy gdzie spędziliśmy kolejne dni. Gdy już rzeczywiście w miarę był dobry samochód mogliśmy ruszyć na trasę gonić grupę. Mieliśmy możliwość być w Cusco odwiedzić "Machupicchu" zaginione miasto Inków położone wysoko w górach skąd rozciągał się niesamowity widok na dolinę i rzekę. Można tam spotkać wielu turystów a bilet wstępu kosztował około $20 dolarów, ale że miałem kartę studencką ISEC to bilet kosztował o wiele taniej. Odwiedziliśmy również jezioro Titicaca które jest położone najwyżej na świecie. Tam dotarliśmy na małą wysepkę na której mieszka może kilkadziesiąt osób. Zajmują się oni robieniem pamiątek i sprzedażą tych rzeczy. Podróżowaliśmy po bezdrożach peruwiańskich. Drogi te były przeważnie ziemne wystawały kamienie czasami był jakiś żwir a przy tym jak przejechał czasami jakiś samochód było mnóstwo pyłu. Również był taki dzień że kiedy zaczynaliśmy się jazdę była to wysokość bliska poziomowi morza było gorąco, ale po przebyciu około 90 km i wdrapaniu się rowerami na wysokość około 4000-5000 metrów zrobiło się naprawdę zimno gdy dotarliśmy do Pampas Galeras. Tego dnia nie należałem do tych odważnych którzy podróżowali na rowerach. W nocy było tak zimno że musieliśmy się ciepło ubrać a nawet na głowy założyć czapki i spaliśmy jeden koło drugiego. Rano zobaczyliśmy że gdzie niegdzie zamarzła woda. Wejście w nowy rok spędziliśmy w górach w małej miejscowości Tarata. W Tacnie ostatnim mieście przygranicznym pożegnaliśmy się z grupą rowerową " Cyclo Vida" którzy towarzyszyli nam długi czas podczas przejazdu przez Peru. Ciężko się było rozstawać. Soledad (ok. 40 lat)(Servas Peru) jak również i Walter postanowili kontynuować rajd dalej . Siostra pożyczyła mu na to pieniądze i dzięki temu mógł jechać dalej, choć nie był przygotowany na dłuższą trasę. W Arica znów musieliśmy zacząć szukać samodzielnie noclegów. Przyjęto nas w ochotniczej straży pożarnej. Dzięki pomocy strażaków mieliśmy spotkanie z prasą a także z telewizją. W Arice popsuł się znów samochód gdy wjeżdżaliśmy pod górę i na tym podjeździe musiał tak stać. Ja spałem w samochodzie jako ochrona. Po kilku dniach udało się go jak gdyby naprawić i można było jechać dalej aby gonić grupę. W Iquique dogoniliśmy grupę która podróżowała na rowerach przez tereny pustynne i znaleźliśmy ich u strażaków. Ale tam co się okazało kolejna awaria "Challenger'a" i znów ja zostałem Sigitas i Soledad, była tłumaczką w sprawach naprawy. W Iquique postanowił odłączyć się od nas definitywnie Guenter był już zmęczony a poza tym to miał już dość dokładania ciągle do psującego się samochodu. Grupa już miała dość samochodu ponieważ jego naprawy były poważne i kosztowne i nikt już nie chciał do niego dokładać.

Ciąg dalszy może nastąpi - należy spytać Sławka!

Napisał: Sławomir Płatek z Radomia, uczestnik Rajdu
Korekta błędów: Marcin Kraś

 
12-07-2020 14:05:39
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite