http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  ARTYKUŁY » Turcja, 04.09.1999   
 
Ps. 51:8 Oto miłujesz prawdę chowaną na dnie duszy I objawiasz mi mądrość ukrytą.

Turcja, 04.09.1999

 

Turcja, 04.09.1999

To już nasz ostatni dzień w Turcji. Dzisiaj wieczorem powinniśmy przekroczyć granicę z Iranem. Przed tygodniem ukradziono nam komputer, także teraz kontakt internetowy jest trochę utrudniony. Zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. Tutaj w Van mieliśmy spotkanie z burmistrzem miasta i lokalnymi mediami. Po całym oficjalnym "przedstawieniu", z wymienianymi wzajemnie grzecznościami, podpisywaniem naszego "piecebaner-u" i pokazywaniem mapy naszego przejazdu dookoła świata, władze tego miasta zaproponowały nam wszelakiego rodzaju pomoc. Z noclegu w porządnym hotelu niestety nie skorzystamy, gdyż jeszcze dzisiaj ruszamy dalej, ale pomoc techniczna, w tym korzystanie z komputera bardzo się przydały. Tak wiec piszę....   Jeżeli chodzi o Turcję, to przejechaliśmy tylko jej mniej znaną, mniej turystyczną wschodnią cześć. Region ten jest od wielu lat miejscem konfliktu pomiędzy Turkami i Kurdami, którzy stanowią większość mieszkającej tutaj ludności. Teren, na przestrzeni setek kilometrów, jest bardzo górzysty, tak więc stanowił dobre miejsce dla działalności kurdyjskiej partyzantki - PKK. Trudności terenu poznaliśmy bardzo dobrze, przedzierając się przez trzy dni górami z Kharty do Malatya. Właściwie na żadnej mapie nie było zaznaczonej drogi przez góry, wszystkie pokazywały, że należy zrobić kółko. Od miejscowej ludności wiedzieliśmy jednak, że droga taka istnieje. Trudna do przejechania, ale istnieje. 

 

Tak więc, nie wiedząc na co się porywamy, zdecydowaliśmy się na przejazd górami. Najpierw jednak zwiedziliśmy miejsce, z powodu którego tu zawitaliśmy - górę Nemrut. Miejsce to jest niezwykłe. Na wierzchołku najwyższej góry w okolicy usypano bowiem w I w. p.n.e. kopiec, który wielkością dorównuje piramidom egipskim. U podnóża tego kopca poustawiane są olbrzymie posągi starożytnych bogów i królów, którzy zostali pochowani w tym miejscu. Całość sprawia niezwykłe wrażenie. My dotarliśmy na miejsce o wschodzie słońca. Widok był wspaniały. Po pierwsze, ze względu na otaczające nas ze wszystkich stron piękne góry, po drugie ze względu na owe posągi - olbrzymie, majestatyczne, powoli wyłaniające się z mroku. Widok był również ciekawy ze względu na kolorystykę. Tutejsze góry są niemal pozbawione roślinności. Wszędzie tylko skały, kamienie i piasek, przy czym ich kolor jest z reguły czerwony, albo czerwono-brązowy. O wschodzie słońca, ten dominujący w krajobrazie czerwony kolor, wydaje się jeszcze bardziej intensywny niż w rzeczywistości. Widok na prawdę niezwykły.   Z góry Nemrut skierowaliśmy się do miasteczka Sincik, które według "normalnych" map było "ślepą uliczką", gdyż dalszą drogę zasłaniały wysokie góry. Po drodze do Sincik mijaliśmy doskonale zachowany rzymski most na jednym z dopływów Eufratu. Teraz, w czasie lata, na dole płynął tylko niewielki strumyczek, ale o wielkości rzeki świadczyło jej olbrzymie, teraz wyschnięte, koryto. My dotarliśmy tam w środku dnia i po 2 godzinach "sjesty" ruszyliśmy w dalsza drogę. Jeżeli jednak ktoś znajdzie się w tych terenach, radzę zorganizować to tak, aby zatrzymać się właśnie w tym miejscu na nocleg. Teren jest wymarzony na obozowisko. Znajduje się pomiędzy dwoma urwiskami skalnymi, na piaszczysto-kamienistym dnie koryta rzecznego, u brzegu wijącego się strumyczka, który w pewnych miejscach robi się na tyle głęboki, że można się w nim kąpać. Kąpiel w nim dostarczyła nam, niemalże zapomnianego już po miesiącach wędrówki przez bardzo gorące i suche kraje, wrażenia świeżości górskiej, zimnej wody. 

 

Tak w ogóle to właśnie w górzystych terenach Kurdystanu po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna zacząłem znowu spać opatulony w śpiworze. Dni są tutaj bowiem upalne, ale noce, nawet w ciągu lata, są raczej chłodne, tak że trzeba się było przeprosić ze śpiworem i cieplejszymi rzeczami na noc. Do Sincik prowadzi kręta, górzysta, ale w miarę porządna, asfaltowa droga. Dała ona nam już nieźle "w kość". To był jednak tylko początek.   W Sincik bowiem kończył się asfalt i zaczynała się kamienisto-piaszczysta droga, która, wydawało się, prowadzi niemalże pionowo w górę. Najciekawsze było, że nikt nie potrafił nam powiedzieć dokładnie, jak daleko jest do Malatya. Jedni mówili 70 km, inni 140 km. Później okazało się, że w górach jest cała sieć dróg i właściwie jest wiele możliwości dotarcia do Malatya. Przy tym wszystkim, na rozwidleniach dróg nie ma żadnych drogowskazów, tak że trzeba jechać "na czuja", ewentualnie, jeżeli ma się szczęście, pytać napotkanych miejscowych o drogę. W naszym przypadku przejazd z Sincik do Malatya zajął 90 km i były to chyba najcięższe z kilometrów przejechanych w ciągu tej wyprawy. Inna sprawa, że kilometry należały też do jednych z najciekawszych. Okazuje się, że nie trzeba jechać w Himalaje albo Andy, aby doświadczyć krętych, wąskich dróżek, biegnących tuż nad przepaścią, prowadzących raz w górę, raz w dół i wychodzących od czasu do czasu na zadziwiająco zielone, w porównaniu do całego otoczenia, dolinki. W sumie, teren ten jest wymarzonym miejscem na rowerowe, górskie wyprawy. Warunkiem jednak jest możliwie niewielki bagaż (nie jak w naszym przypadku mały domek na kółkach) i porządny, wytrzymały na wstrząsy, rower górski. Po trzech dniach tej "przejażdżki", właściwie każdy z naszej dziesiątki, pierwszą rzeczą jaką szukał w Malatya, był sklep rowerowy. Bez wyjątku, każdy z naszych rowerów wymagał mniejszych lub większych napraw, włącznie z wymienieniem złamanej obręczy koła i spawaniem pękniętej ramy. Dla tych widoków, dolinek, wschodów słońca, dla tych karkołomnych zjazdów po wijących się ścieżkach i dla samej satysfakcji dokonania czegoś, co na prawdę nie było proste, było warto. 

 

Z Malatya przejechaliśmy spory kawałek Turcji wynajętym busem, aż do Tatvan. Miasto jest położone nad największym w Turcji jeziorem Van. Cala okolica jest idealnym miejscem dla turystów, góry, jezioro, czysta, mająca właściwości lecznicze, woda. Nie trzeba być bardzo uważnym obserwatorem, aby zorientować się, że swego czasu postawiono tutaj na turystykę. Problem w tym, że plany te pokrzyżowała polityka i mające tutaj miejsce starcia pomiędzy Kurdami, a wojskiem tureckim. Teraz pozostały tyko ślady po wielkich polach namiotowych oraz niedokończone inwestycje. Działające ośrodki świecą pustkami, a zagraniczni turyści witani są przez miejscowych z mieszaniną radości i niedowierzania. Turyści nie przyjadą bowiem w miejsce, które znajduje się w, nieprzerwanym od lat, stanie wojennym. Z uwagi na aresztowanie przez tureckie służby specjalne przywódcy PKK - Abdulaha Ocalana i związane z tym zagrożenie rozruchami w Kurdystanie, a nawet atakami terrorystycznymi w całym kraju, Turcja należała w tym sezonie do wielkich przegranych, jeżeli chodzi o turystyczny biznes. Nawet w znane i lubiane rejony zawitało w tym roku znacznie mniej turystów niż zazwyczaj. Wschodnia Turcja, a już zwłaszcza jezioro Van jest jednak przypadkiem szczególnym. Tutaj problem braku turystów nie jest problemem akurat tego sezonu, ale istnieje i pogłębia się od lat. Tak właściwie nie ma się jednak czemu dziwić. Droga wzdłuż jeziora, przebiegająca również miejscami przez położone nad brzegiem góry, przypomina bowiem poligon wojskowy. Co chwila mija Cię bowiem transport ciężarówek wojskowych, albo nawet wozów opancerzonych. Co parę kilometrów widać zabudowania wojskowe, wysiedlone i zniszczone wioski, a blokady na drodze z kontrolą dokumentów zdarzają się mniej więcej co 20 km.

 

 Tak w ogóle drogą tą można jechać tyko od godzin porannych do 17.00. Później ruch ustaje. Oficjalna wersja turecka mówi o niebezpieczeństwie ataku terrorystów kurdyjskich i koniecznymi, z tego względu, środkami ostrożności. Ciężko doszukać się prawdy w całym tym problemie turecko-kurdyjskim. Każdy spotkany człowiek przedstawia inną wersję. Jeden z młodych Kurdów, z którym rozmawiałem - student na uniwersytecie Malatya - mówił, że Kurdowie i Turcy to bracia i problem z PKK w Turcji jest tylko sztucznie tworzony przez nieprzychylne kraje sąsiednie, które wspierają partyzantkę kurdyjską. Z tego, co on mówił, wynikało, że całe PKK rekrutuje się z Kurdów zamieszkujących północną część Iraku, czy też Syrię i Kurdowie tureccy nie chcą mieć z nimi nic wspólnego. Ocalanę nazwał mordercą winnym 30 tys. morderstw, w tym również na dzieciach i kobietach. Czeka też z niecierpliwością na wykonanie wyroku śmierci, jaki wydał sąd turecki na przywódcę PKK i liczy, że z tą chwilą wszystko wróci do normy.   Inny młody Kurd, również student, opowiadał o 3 tysiącach wysiedlonych wioskach kurdyjskich. Jedyną winną, ponad miliona ludzi zmuszonych do opuszczenia swoich domów, był fakt, że mieszkali w górskich terenach Kurdystanu i potencjalnie mogli udzielić schronienia partyzantom PKK. Student ten mówił też o tym, że jeszcze przed dziesięciu laty oficjalne stanowisko tureckiego rządu głosiło, że nie ma takiej narodowości w Turcji jak Kurdowie, a grupa ludzi, która przez niektórych jest tak nazywana to po prostu tureccy górale i z tego powodu wynikają różnice w kulturze i języku. Teraz stanowisko to już się zmieniło, niemniej jednak prowadzona od lat polityka represji spowodowała, że ludzie boją się mówić co myślą, nie ma też przywódców, którzy w pokojowy sposób wstawili się za racjami Kurdów, gdyż wielu takich, co próbowało, zostało aresztowanych, nie wyłączając z tego wybranych w wolnych wyborach kurdyskich przedstawicieli do parlamentu tureckiego. 

 

Gdzie leży prawda? Nie wiem. Pewnie nie ma prawdy absolutnej, jak to zazwyczaj bywa w długotrwałych konfliktach i narosłych przez lata wzajemnych uprzedzeniach. My, jako ginący w tym regionie gatunek "homo turisticus", mogliśmy w sumie bez większych przeszkód podziwiać uroki okolicy, czasami tylko będąc narażonymi na takie niedogodności jak, kolejna w ciągu dnia, kontrola paszportów, czy tez niemożność przejechania przez drogę po godzinie17.00. Wszystko to należy jednak wpisać w koloryt regionu i korzystać ze specyficznych jego atrakcji. Tutaj wymienić należy min. nocleg w koszarach tureckiej armii, po zatrzymaniu nas po godzinie policyjnej na owej drodze. Wojskowi dbali o nasza grupkę całkiem nieźle, dostaliśmy super kolację i również niezłe śniadanko, a ja mogłem skorzystać z usług wojskowego fryzjera, który, w moim przypadku, zamienił używaną tutaj zazwyczaj maszynkę do golenia na standardowe nożyczki. Atrakcją była również wycieczka, w eskorcie uzbrojonych Kurdów, na wygasły, olbrzymi wulkan, w którego kraterze znajduje się obecnie 5 jezior, w tym jedno z gorącą wodą - miejsce przepiękne. Przy okazji tej wycieczki na wulkan, poznaliśmy również kilka spraw, które normalnie są przemilczane. W napotkanej po drodze wiosce kurdyjskiej właściwie wszyscy mężczyźni trzymali w domu jakąś broń. Co ciekawe, w broń tę są zaopatrywani przez armię turecką, dostają również jakieś pieniądze od państwa tureckiego. Wszystko za to, że zgodzili się współpracować przy zwalczaniu PKK. Ci, którzy się nie godzili, byli wysiedlani. Teraz takie wioski pełnią rolę, swego rodzaju posterunków, a mężczyźni tam mieszkający - milicji. Oczywistym jest, że nie są oni wśród miejscowej ludności, która mówi o nich jak o kolaborantach.

 

 Sama trasa z Tatvan do Van, wzdłuż jeziora, była przepiękna. Po dotarciu do Van czekała na nas kolejna niespodzianka. Okazało się bowiem, że przejście graniczne, którym zamierzaliśmy dostać się do Iranu jest nieczynne. Nikt nie potrafił nam wyjaśnić dlaczego, po prostu kierowano nas na inne i już. Zdaje się więc, że dzień dzisiejszy nie będzie naszym ostatnim w Turcji, jak mi się to jeszcze niedawno wydawało. Musimy nadłożyć ponad 100 km, aby dotrzeć do Dogubayazit, leżącego w pobliżu granicy irańskiej. Pozytywnym aspektem tej zmiany planów jest fakt, że będziemy widzieć góre Ararat - biblijne miejsce schronienia Noego po potopie. A więc, to jeszcze nie koniec wrażeń z Turcji. Zobaczmy jak to będzie... Waldek 

 
02-12-2020 04:15:28
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite