http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  ARTYKUŁY » AFRYKA 07.05.1999   
 
Ps. 17:14 Ręka zaś twoja od ludzi, Panie, Od ludzi tego świata, których udziałem jest tylko to życie, A skarbów twoich jest pełen brzuch ich, Nasyceni są synowie ich, A nadmiar swój zostawiają dzieciom swoim!

AFRYKA 07.05.1999

 

autor: Slawomir Platek  

WITAM!!!!! AFRYKA 07.05.1999

Jest to kontynuacja opisu, który rozpocząłem 04.04.1999 r. w Dakarze. Wizy do Maroka otrzymaliśmy za darmo i to tego samego dnia. Kolejnego dnia odwiedziliśmy Ambasadę Hiszpanii, ponieważ kolega z Peru potrzebował wizę, także Litwini nie byli pewni, czy muszą mieć wizę. Na początku nie chcieli nas przyjąć, ale po naporze zgodzili się. Przy pomocy Ambasady RP w Dakarze mieliśmy umówione spotkanie w Senegalskiej Agencji Prasowej APS, gdzie mogliśmy przekazać informacje o rajdzie dla miejscowych gazet. Kilka dni później odwiedziliśmy znowu Ambasadę Hiszpanii, aby odebrać wizy, ale okazało się, że nie były jeszcze gotowe, na szczęście przetrzymali nas tylko kilka dni. Postanowiliśmy przed wyjazdem z Dakaru odwiedzić jeszcze raz Agencję Prasową, gdzie zdaliśmy relację z sytuacji zaistniałej w Ambasadzie Hiszpanii.

Mieliśmy okazję spotkać dwóch Francuzów, którzy dotarli z Maroka do Dakaru, większą część trasy pokonując na rowerach. Powiedzieli nam, że z Nouakchott - stolicy Mauretanii - do Dakaru (ok. 400 km) podróż trwała mniej niż 5 dni. Wydawało nam się, że i my pokonamy tę trasę w podobnym czasie. Pierwszego dnia przejechaliśmy 16 km, ponieważ z powodu odwiedzin w Agencji Prasowej późno wyjechaliśmy z Dakaru. Noc spędziliśmy niedaleko lotniska dakarskiego, nocując w sali gimnastycznej, w której koledze z Peru skradziono fotoaparat.

Kolejnego dnia inny kolega miał problem z rowerem i zrobiliśmy tylko 45 km. Następnego dnia było trochę lepiej, ale jazdę utrudniał wiatr. Później ktoś nas poinformował, że jest możliwa jest jazda rowerami po plaży. Postanowiliśmy spróbować, w efekcie czego musieliśmy prowadzić rowery całe popołudnie i poranek następnego dnia, robiąc 8 kilometrów, a przy tym strasznie się męcząc. Kolejne dni były trochę lepsze, lecz cały czas wiatr utrudniał nam życie, a do tego doszedł problem z dziećmi, które cały czas wołały za nami o pieniądze albo jakiś prezent. Często próbowały coś z naszych bagaży wyciągnąć. Dzieci, które widzieliśmy w Ghanie, Wybrzeżu Kości Słoniowej czy w Gwinei, nie podchodziły zbyt blisko do rowerów, były trochę przestraszone. Noce spędzaliśmy w namiotach pośród baobabów, w miejscach pustynnych daleko od ludzi. Jednego dnia zdarzyło się, że wszyscy przebiliśmy dętki, a niektórzy z nas nawet kilka razy. Odwiedziliśmy Saint Luis - część tego miasta to wyspa, coś w rodzaju Wenecji. Za Saint Luis powoli zaczynała się pustynia, coraz mniej zieleni i silniejszy wiatr, gdzieniegdzie koło drogi można było zauważyć kości padłych zwierząt. Przekroczyliśmy promem rzekę Senegal, która jest granicą między Senegalem a Mauretanią. Wokół rzeki znajdują się zielone plantacje. Od granicy do stolicy Nouakchott jest 203 km i to praktycznie pustynią, gdzieniegdzie niewielkie osady, gdzie pasterze mieszkają w namiotach. Mieliśmy okazję widzieć wielbłądy. Cały czas wiatr i wszędobylski piasek utrudniał nam jazdę. Trzy noce spędziliśmy w namiotach na pustyni. Podczas dnia nie było zbyt gorąco, ponieważ wiał wiatr, za to w nocy było dość chłodno. Pewnego dnia, gdy zabrakło wody, pomogli nam mieszkańcy pustyni. Woda miała żółtą barwę i lekko słony smak.   Pewnego razu na drodze, około 30 km od Nouakchott, zatrzymał się koło nas samochód. Jego właściciel poczęstował nas winogronami, po chwili - co było dla nas dużym zaskoczeniem -wrócił i dał nam jeszcze wody.

W Nouakchott nocowaliśmy w misji ADRA. W Mauretanii zabronione jest wyznawanie chrześcijaństwa - jest to republika islamska. Z Nouakchott przylecieliśmy liniami Air Algierie do Casablanki. Za bilet płaciliśmy ok. 140 $. Gdy tylko wyszliśmy z lotniska, ujrzeliśmy jak gdyby inny świat. Dookoła zielono, mnóstwo różnych kwiatów, różnorodne drzewa i roślinność.

W Casablance moje samopoczucie poprawiło się po ponad 10-dniowej trudnej podróży z Dakaru do Nouakchott. W Konsulacie Generalnym RP w Casablance otrzymałem nowy paszport. Dzięki pomocy pracowników Konsulatu mogliśmy udzielić wywiadu dla "La Matin" - jednej z marokańskich gazet. Jedną noc spędziliśmy przy kościele ewangelickim, a drugą w misji ADRA. W Maroku nie jest zabronione wyznawanie chrześcijaństwa, tyle że chrześcijaninem nie może być obywatel Maroka, tak że w kościołach można zobaczyć tylko osoby spoza tego kraju. W Casablance kolega z Peru otrzymał wizę Schengen, z którą tak wiele problemów mieliśmy w Dakarze.

Z Casablanki udaliśmy się drogą nadmorską wśród malowniczych widoków poprzez Mahomedię do Rabatu - stolicy Maroka. Tam spędziliśmy dwie noce przy Misji Katolickiej. Dalej podążyliśmy na wschód do Meknes i Fes - historycznych miast z fortyfikacjami.

Później udaliśmy się na północ poprzez tereny górzyste. Było dość chłodno, jak na Afrykę, i dość ciężko, jak na rowerową jazdę. Podróżując niedaleko miasta Ketama, często byliśmy zaczepiani przez kierowców, którzy oferowali nam haszysz. Jednego wieczora mieliśmy problem z dwoma samochodami, które długo nam towarzyszyły - ich właściciele natarczywie próbowali nas zachęcić do spróbowania haszyszu, ale w końcu udało nam się zbiec przed nimi, ukrywając się w wiosce. Dookoła Ketamy widzieliśmy mnóstwo plantacji marihuany.

Dotarliśmy do Tetouan - ostatniego większego miasta w Maroku na naszej trasie. Jeszcze w Afryce przekroczyliśmy granicę z Hiszpanią i dotarliśmy do miasta Ceuta - małego skrawka terytorium hiszpańskiego w Afryce. Tutaj spotkaliśmy dwóch rowerzystów z Australii, którzy podróżowali po Maroku i razem z nami przeprawili się promem przez Cieśninę Gibraltarska do Europy. Dużym zaskoczeniem była dla nas gościnność Marokańczyków. Pozwalali nam na postawienie namiotów na swojej ziemi. Gościli nas bardzo dobrą miętową herbatą, tzw. whisky marokańską, chlebem, jajkami, pomarańczami i innymi specjałami. Mogliśmy zaobserwować pewne tradycje muzułmańskie, jak np. obmywanie stóp po wejściu do domu. Kilka razy mieliśmy okazję nocować w marokańskim domu, jeść z rodziną z jednego talerza. W Maroku bardzo tanie i bardzo smaczne były pomarańcze, których kupowaliśmy wiele.

Skończyła się afrykańska część wyprawy, która przyniosła nam trochę problemów, takich jak malaria czy kradzież dwóch rowerów, ale jakże interesująca, ciekawa i różna od Europy.

Sławomir Płatek

 
23-09-2020 16:16:27
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite