http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  ARTYKUŁY » Ameryka Północna   
 
Ps. 17:14 Ręka zaś twoja od ludzi, Panie, Od ludzi tego świata, których udziałem jest tylko to życie, A skarbów twoich jest pełen brzuch ich, Nasyceni są synowie ich, A nadmiar swój zostawiają dzieciom swoim!

Ameryka Północna

 

autor: Slawomir Platek

Ameryka Północna

W wyprawie bierze udział jeszcze jeden Polak - Sławek Płatek i to od samego początku, tj. już od ponad półtora roku. Sławek jeszcze w Afryce napisał dwa sprawozdania z wyprawy. To już odległe w czasie historie, ale opisują one początek tej wyprawy.

 

WITAM! 

Ameryka Północna 04.04.1999 

Postanowiłem po ośmiu miesiącach podróży napisać coś także w języku polskim. Litewscy koledzy w swoim kraju są znani, piszą ciągle do agencji prasowych, poza tym ich materiały filmowe ukazują się w telewizji litewskiej. Koledzy z Niemiec pisali również do gazet. Podczas podróży wiele artykułów ukazało się w Meksyku, Kolumbii, Peru, Argentynie, Ghanie i innych krajach. 

W Polsce praktycznie nikt nic nie wie o GMPR poza niewielkim gronem osób. Chciałbym rozpocząć wszystko od początku. Idea rajdu zrodziła się w 1993 r. w Atenach podczas międzynarodowego spotkania rowerzystów. W 1994 r. powstała w Stanach Zjednoczonych organizacja non-profit "The Great Millenium Peace Ride" (Wielki Milenijny Rajd Pokoju), która, nawiązując kontakty z organizacjami i pojedynczymi osobami z różnych stron świata, zaczęła tworzyć siatkę koordynatorów Rajdu w poszczególnych krajach i regionach. Pierwotnym założeniem było stworzenie pięciusetosobowej grupy rowerzystów, po trzy osoby z każdego kraju, i zapewnienie poprzez międzynarodowy sponsoring środków finansowych na pokrycie kosztów całego przedsięwzięcia. W międzyczasie okazało się, że uczestnicy muszą sami zdobyć środki finansowe w kraju, który reprezentują.  

 W Polsce organizacja się zawaliła, nie wiedziałem, czy wezmę udział w tym rajdzie. Nie udało mi się znaleźć sponsorów . Nie miałem dość dobrego roweru, sprzętu, ubezpieczenia na tak długą i zarazem niebezpieczną drogę. Nie miałem niczego.   Rajd wyruszył 6 sierpnia 1998 r. z Seattle w Stanach Zjednoczonych, w rocznicę zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. Koniec planowany jest na 1 stycznia 2000 r. w Hiroszimie.

Początkowo nasza trasa przebiegała przez Północną Amerykę, dalej przez Amerykę Środkową i Południową. Teraz podróżujemy przez Afrykę Zachodnią, następnie będzie Europa, Bliski Wschód i Azja. Z Wilna otrzymałem od międzynarodowego koordynatora dokumenty, m.in. list z UNESCO z Paryża, które pomogły mi otrzymać wizę do Stanów Zjednoczonych, a także do Meksyku i Gwatemali. Martwiłem się, jak tu dotrzeć do Seatlle, ponieważ nie miałem pieniędzy na przelot. Ale dzięki pomocy koleżanki udało mi się znaleźć bilet za około 1300 zł oraz potrzebną sumę. Z Warszawy wyleciałem 7 sierpnia 1998 r. Jedna noc w Londynie i dalej następnego dnia kontynuacja podróży do Seattle. W Seattle nikt na mnie nie czekał na lotnisku, byłem trochę tym zmartwiony - daleko od domu. Czekałem ok. 6 może 7 godzin i nikt nie przyjeżdżał. Wieczorem przyjechałem taksówką pod wskazany adres. Nie zastałem właściwej osoby, a mój angielski nie pozwalał na to, żeby się dobrze porozumieć. Pierwsza noc w sumie była nieciekawa i dość droga jak dla mnie - 40 $ za taksówkę, 20 $ za nocleg w międzynarodowym schronisku. Przylatując do Seattle, miałem ze sobą może 300 $. Z ewentualnej pomocy sponsorów, obiecywanej mi przez międzynarodowego koordynatora, nic nie wyszło.   W Seatlle pomógł mi polski student Przemek Pardyak. 

Po kilku dniach pobytu pod podanym adresem dołączyłem do grupy w stanie Oregon. Podczas podróży przez zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych nocowaliśmy w parkach stanowych. Było nas 10 osób, tak że nocleg w parkach dla nas nie był tak kosztowny - około 1,5 $ na osobę. W większości parków były dość dobre warunki, z możliwością umycia się w gorącej wodzie. Jedzenie mieliśmy wspólne, tzn. każdego dnia rano i wieczorem trzyosobowa zmiana, którą zmienialiśmy codziennie, przygotowywała posiłki. Dziennie w USA robiliśmy ok. 100 km (dokładne informacje http://www.peaceride.org). Wspaniałe krajobrazy, klimat podobny jak w Polsce latem i gładkie asfaltowe drogi sprawiały, że podróżowało się przyjemnie. W Los Angeles i San Diego otrzymałem pomoc finansową od POLONII KALIFORNIJSKIEJ i dzięki temu mogłem kontynuować podróż do Argentyny. W USA przebywałem od 8 sierpnia do 5 września 1998 r. Z ważniejszych miast odwiedziliśmy San Francisco ze słynnym mostem Golden Gate, Los Angeles, Hollywood, Beverly Hills. Podróżowaliśmy przez trzy stany - Washington, Oregon, California. Nasza grupa skladala sie z 5 osób z Litwy, 3 osób z Niemiec, 1 osoby z Turcji i 1 z Polski. W Meksyku podróżowało 9 osób. Jedna osoba z Litwy wróciła do Kanady, by kontynuować studia.  

 W Meksyku mieliśmy trochę problemów na tzw. wewnętrznej granicy w stanie Sonora. Zażądano od nas tzw. "Car permision". Postanowiliśmy nie płacić żadnych pieniędzy, wróciliśmy do Stanów Zjednoczonych i inną drogą, poprzez stan Arizona powróciliśmy do Meksyku, gdzie legalnie bez żadnych problemów otrzymaliśmy potrzebne dokumenty. W Meksyku podróżowaliśmy według programu przygotowanego przez tamtejszych koordynatorów. W Hermosillo dołączyła do nas meksykańska koordynatorka. Każdego dnia wstawaliśmy ok. czwartej rano i ok. piątej rozpoczynaliśmy podróż na rowerach z obstawą policji - tak było we wszystkie dni podróży rowerowej. Miejsca noclegowe przygotowano w szkołach, hotelach, obiektach sportowych, czasami także otrzymywaliśmy jedzenie. Odbywały się spotkania w szkołach z młodzieżą, z prasą, radiem i telewizją. W Meksyku mieliśmy ciężkie życie, bo wymagano od nas punktualnego przybycia na miejsce spotkania, a nie zawsze się to udawało i nasz koordynator był na nas czasami zdenerwowany. W moim rowerze pękła rama, ale na szczęście została dość dobrze zespawana za ok. 5 $. Ja podróżuję na rowerze Universal firmy "ROMET", wyprodukowanym w 1976 r., wiec po tylu latach ta rama miała prawo pęknąć. Moi koledzy mają dość dobre i drogie rowery; niestety, mnie nie było stać na zakup odpowiedniego roweru na tę wyprawę. Jakoś ten mój rower się sprawuje pomimo swojego wieku. W Meksyku odwiedziliśmy takie większe miasta, jak Tijuana, Hermosillo (gdzie temperatura dochodziła do 42oC), Culiacan, Mazatlan, Guadalajara, Morelia, dwudziestomilionowy Meksyk, Puebla, Tehuacan, Oaxaca, Tehuantepec, Tuxtla Gutierrez. 

Z jedzeniem nie było zbytnich problemów. Można było kupić różnego rodzaju owoce, niedrogo także pieczywo i warzywa. Przebywaliśmy tam miesiąc (do 4 października), przejechaliśmy na rowerach i innymi środkami transportu ok. 4000 km. W Meksyku rozstał się z nami jeden kolega z Niemiec.   W Gwatemali spędziliśmy tylko 8 dni. W mieście Solola dołączyło do nas jeszcze dwóch Meksykanów. Odwiedziliśmy malowniczo położone jezioro w górach. W mieście Gwatemala jeden z kolegów z ekipy litewskiej musiał zostać dłuższy czas w szpitalu z powodu operacji oka. W Salwadorze spędziliśmy pięć dni. Jest to biedny kraj - podróżując, mogliśmy zobaczyć, jak ludzie żyją w chatach z gliny przykrytych słomą, sprzedając banany, arbuzy i inne owoce tropikalne. Podróżowaliśmy brzegiem Oceanu Spokojnego wśród malowniczych widoków. Było cicho i spokojnie, w ogóle nie widzieliśmy turystów. Odwiedziliśmy stolicę San Salwador. Tam uzyskaliśmy wizy do Hondurasu, w którym byliśmy tylko trzy dni. Zwiedziliśmy stolicę Tegucigalpe, w której spotkała nas niemiła przygoda - w pozostawionym bez opieki naszym samochodzie z amerykańską tablicą rejestracyjną wybito szybę w drzwiach, za którą musieliśmy zapłacić ok. 120 $. 

W całej Ameryce Środkowej życie musieliśmy sobie organizować sami. Trzy razy nocowaliśmy w szkołach i raz w kościele Adwentystów Dnia Siódmego. W Nikaragui spędziliśmy deszczowy tydzień. Tam rozstał się z nami jeden Meksykańczyk. W Kostaryce spędziliśmy osiem dni, nocując przy kościołach. W stolicy, San Jose, musieliśmy czekać kilka dni, ponieważ koledzy z Litwy potrzebowali wiz do Panamy, a których to wiz nie chciała wydać ambasada. Musieliśmy przeprowadzić mały protest przed ambasada, po którym Litwini otrzymali wizy.   W Panamie przebywaliśmy ponad dwa tygodnie. W mieście David dołączył rowerzysta ze Szwecji i podróżował z nami kilka dni do miasta Panama. Tutaj mieliśmy problem z przedostaniem się do Kolumbii. Przy Kanale Panamskim w sektorze amerykańskim spędziliśmy ok. 2 tygodni, oczekując na statek. Mogłem zauważyć kolosalną różnicę pomiędzy sektorem USA a resztą miasta Panamy. W amerykańskim sektorze czysto, wszystko jest zadbane jak w USA, a poza tym sektorem ludzie żyją - nie wszyscy, ale w większości - jak w śmietniku. To zjawisko można było zresztą zauważyć w całej Ameryce Środkowej. Bogaci, którzy przeważnie żyją w stolicach, odgrodzeni są luksusem od biednych, których jest większość. Można było zauważyć ludzi mieszkających na ulicach, ludzi, którzy żebrzą lub podchodzą do samochodów, próbując coś sprzedać.  

 W mieście Colon w Panamie zapakowaliśmy nasz samochód do kontenera i statkiem wysłaliśmy go do Kartageny w Kolumbii, a sami szukaliśmy dla nas innego transportu. Z powrotem wróciliśmy autobusem do miasta Panama, skąd polecieliśmy małym samolotem do małego miasteczka (a może raczej wsi) nad Oceanem Atlantyckim, gdzie wypełniliśmy formalności paszportowe, i dalej popłynęliśmy małą łódką do Kolumbii po oceanie o zielonym odcieniu w piękny słoneczny dzień, obserwując malownicze krajobrazy. Ze wsi już w Kolumbii musieliśmy wziąć inną łódkę, by dopłynąć do miasta Turbo. Wyruszyliśmy późnym popołudniem z naszymi rowerami i bagażami. Zrobiło się ciemno, na niebie pojawiły się błyskawice i zaczął padać deszcz. Nasi przewodnicy stracili orientację, ale później wszystko wróciło do normy. Podróżowaliśmy w sumie ok. 5 godzin. Z Turbo podróżowaliśmy do Medellin autobusem poprzez górzyste i niebezpieczne drogi ok.15 godzin. Dotarliśmy do Medellin - sławnego miasta słynącego z kartelu narkotykowego. Pierwszą noc spaliśmy w parku przy osiedlu mieszkaniowym. Miejsce to pokazał nam jeden tamtejszy Litwin. Rankiem zaprosiła nas do domu na herbatę przejeżdżająca obok studentka. W Medellin spędziliśmy kilka dni, mieszkając u rodziny litewskiej. Później podróżowaliśmy po górzystych, bogatych w roślinność terenach pociętych wieloma rzekami. 

W Kolumbii spędziliśmy więcej niż dwa tygodnie. Przez Ekwador pędziliśmy, ażeby zdążyć na 8 grudnia do Peru. W stolicy, Quito, zatrzymaliśmy się, abym mógł otrzymać wizę do Peru. W Ekwadorze podróżowaliśmy bardzo złymi drogami przez góry. Nasz samochód, chrysler voyager plymouth z niskim zawieszeniem, nie był najlepszy na te drogi. Zaczął się psuć, dlatego nazwalismy go "Challenger". Do granicy Peru dotarliśmy w porę, jadąc dniem i nocą. Musieliśmy dotrzeć tam na czas, gdyż był przygotowany program pobytu. Na granicy zostaliśmy przywitani przez koordynatorkę, przedstawicieli sportu, władz i policji. W Peru mieliśmy spotkania z młodzieżą w szkołach, z prasą, radiem i telewizją, przygotowano dla nas miejsca noclegowe i czasami także jedzenie. W Peru ukradli mi aparat Zenit i to, co ciekawe, na spotkaniu z dziećmi. W tym kraju podróżowaliśmy po zróżnicowanym terenie - przez pustynię, ale też przez wysokie góry (ok. 5000 m). W stolicy Peru, Limie, przyłączyła się do nas rowerowa grupa "Cyklo vida", która kontynuowała z nami podróż aż do granicy z Chile. W mieście Puno dołączyły do nas trzy osoby, w tym jedna z Holandii, i one również jechali z nami do chilijskiej granicy. Mieliśmy możliwość odwiedzić Cusco i zagubione miasto Inków Machupicchu wysoko w górach, z którego rozciągają się wspaniale widoki.   W Limie mieliśmy wiele problemów z naszym Challengerem - rozsypała się skrzynia biegów i jej naprawa sporo nas kosztowała. Jedliśmy w tanich przydomowych restauracjach, w których przyrządzano jedzenie w nie najlepszych warunkach sanitarnych. To było przyczyną moich problemów żąłądkowych. Sylwester i Nowy Rok spędziliśmy w małym peruwiańskim miasteczku Tarata.   

Chile 
 
Dotarliśmy do Ariki, gdzie znów nam się popsuł samochód i znowu naprawa. Reszta grupy kontynuowała trasę, a ja i trzy osoby zostały przy samochodzie. Było to dla nas obciążeniem, ponieważ wszystkie rzeczy mieliśmy w samochodzie. Od Ariki w kierunku południowym na obszarze 2000 km rozpościera się pustynia Atakama. Kolejna awaria samochodu zatrzymała nas na kilka dni w Iquique. Chile przypomina trochę kraje europejskie. Niedaleko Santiago rozciągqają się tereny zielone. W Santiago nocowaliśmy na stadionie narodowym. Stamtąd wyruszyliśmy do Los Andes, w stronę granicy z Argentyną. Ceny w Chile były wyższe niż w Peru.  

Argentyna  
 Granicę przekraczaliśmy w tunelu wysoko w górach. Droga do Mendozy wiodła wśród wspaniałych górskich krajobrazów. Kilka kilometrów przed Mendozą zdarzył się wypadek - dwóch kolegów zostało potrąconych przez samochód, w wyniku czego odwieziono ich do szpitala. Na szczęście nic poważnego nie zagrażało ich zdrowiu lub życiu. Kolega z Peru tego samego dnia wieczorem wyszedł ze szpitala, a kolega z Argentyny nazajutrz. Dalej kontynuowaliśmy podróż do Buenos Aires po równinach. Od Mercedes do Buenos Aires podróżowaliśmy znowu na rowerach ponad 600 km. W trakcie całej drogi nocowaliśmy w budynkach straży pożarnej - mogliśmy się umyć czy zagrzać sobie wodę na herbatę. Udzielaliśmy także wywiadów prasowych i telewizyjnych. Ostatnie 70 km podróżowaliśmy pociągiem. Pierwszą noc w Buenos Aires spędziliśmy na trawniku na jednym z osiedli, ale na szczęście było spokojnie. W Buenos Aires kupiłem sobie namiot igloo za ok. 40 $ karimatę za ok.12 $ (poprzednią skradziono mi na granicy meksykańsko-gwatemalskiej). Argentyna była najdroższym krajem w Ameryce Południowej, ale za to można było wszystko kupić jak w Polsce. Nieźle się odżywialiśmy, co było dla nas dobrym przygotowaniem na Afrykę. Najtańszy bilet lotniczy, jaki udało nam się znaleźć do Ghany, kosztował 959 $ po jeszcze małej zniżce specjalnie dla nas. W Buenos Aires nie ma ambasady Ghany, musieliśmy starać się o wizę w Ambasadzie Brytyjskiej - każdy musiał zapłacić 36 $.  

Ghana  
 Z Buenos Aires via Rio de Janeiro przylecieliśmy do Zurychu, gdzie po 6 godzinach wolnego weszliśmy na pokład samolotu do Akry w Ghanie z międzylądowaniem w nigeryjskim Lagos. W ciągu dwóch dni mieliśmy możliwość być na trzech kontynentach. W Akrze przywitał nas kolejny koordynator z przyjaciółmi. Odwiedziliśmy ministerstwa sportu i spraw zagranicznych, byliśmy również w siedzibie UNESCO. W Ameryce wołano na nas "GRINGO", a w Ghanie "WHITE MAN". Ten kraj może nie jest tak drogi jak Argentyna, ale nie ma zbytniego wyboru - wszystko jest importowane, jedynie owoce tropikalne były krajowe. Odwiedziliśmy takie miasta, jak Tacoradi, Esiama, Elubo. W Ghanie rośnie mnóstwo palm kokosowych - można było dość tanio kupić sok i miąższ kokosowy. Również dość tanie były banany, pomarańcze i ananasy. W Akrze uzyskaliśmy wizy do Wybrzeża Kości Słoniowej oraz do Gwinei. W Wybrzeżu Kości Słoniowej mieliśmy problem, gdyż nikt w grupie nie mówił po francusku, ale cóż było robić, podróżowaliśmy dalej. Tak jak i w Ghanie, i tutaj również pełno palm kokosowych, ale są też plantacje innych rodzajów palm, a także ananasów. W Abidżanie zatrzymaliśmy się na stadionie narodowym leżącym w centrum miasta. Abidżan w przeciwieństwie do Akry ma wygląd europejski. Pełno wysokich wieżowców pokrytych szkłem jak nasz hotel Marriott w Warszawie, tyle że jeszcze jest problem np. z pobraniem pieniędzy z bankomatu (ja miałem ten problem). W Abidżanie musieliśmy wyrobić wizy do Senegalu, tak że ja zostalem, a cała grupa postanowiła kontynuować podróż. W tym czasie zachorowałem na malarię, ale zaopiekowali się mną przyjaciele adwentyści. Otrzymałem również dużą pomoc od AMBASADY RP w Abidżanie. Później, jak się dowiedziałem z rozmowy z jednym z kolegów, na trasie zachorowało na malarię kolejne trzy osoby z grupy. Dwóm kolegom Niemcowi i Meksykaninowi zostały ukradzione rowery i nie mogli kontynuować podróży, a kolega z Turcji zrezygnował z dalszej trasy. Dalszą podróż kontynuuje tylko pięć osób, tzn. ja, kolega z Peru i trzy osoby z Litwy.   

Gwinea  
 Tutaj jeszcze pięćdziesiąt kilometrów przed granicą rozpoczęła się droga ziemna. Ale można było podziwiać proste życie tamtejszych ludzi, żyjących w glinianych chatach przykrytych trzciną lub zeschniętą wysoką trawą. Dookoła mnóstwo różnorodnych drzew, trochę jak w dżungli. Po jakichś stu kilkudziesięciu kilometrach zaczęła się droga asfaltowa. W Ghanie jest problem z elektrycznością. Z wodą nie ma problemu - w prawie każdej wiosce można znaleźć pompę głębinową, tak że woda jest dość dobrej jakości. Codziennie praktycznie jemy ryż z sosem i chlebem i popijamy wodą, jemy owoce takie, jak banany pomarańcze i mango, które tutaj są bardzo tanie. Południową część Gwinei zamieszkują chrześcijanie i przedstawiciele innych religii, im dalej na północ, tym więcej muzułmanów, którzy nie lubią, gdy się ich fotografuje. Droga asfaltowa kończy się przed granicą z Senegalem. 250-kilometrową trasę z Labe do Kundara przejechaliśmy na rowerach, pokonując ok. 60 km dziennie bardzo złą drogą w miejscami górzystym terenie. Czasami trzeba było zasłaniać twarz, ponieważ po przejeżdżających samochodach zostawały tumany kurzu, no i było dość gorąco. Na przedostatnim odcinku trasy nocowaliśmy na pustkowiu. Wyczerpały się nasze rezerwy wody i z trudnością w upale w środku dnia dotarliśmy do wioski, aby zaczerpnąć wody. 

Z Kundara w Gwinei wzięliśmy transport do Tamba-Counda w Senegalu - pierwszy odcinek (ok. 100 km) drogi ziemnej był w złym stanie. W Tamba-Counda czekaliśmy na pociąg towarowy do Dakaru oddalonego o około 500 km. Powiedziano nam, że odjazd pociągu planowany jest o czwartej po południu - w rezultacie pociąg ruszył o piątej nad ranem i podróżowaliśmy ok. 26 godzin z postojami, tyle że za darmo. W Dakarze zatrzymaliśmy się na kilka dni przy misji Adwentystów Dnia Siódmego. Uzyskaliśmy wizy do Maroka i w środę, tj. 07.04.1999 r. planujemy ruszyć na północ do granicy z Mauretanią i dalej do stolicy. To, co pamiętałem, napisałem może w nie najlepszej formie składniowej, ale chciałem, aby również coś w języku polskim było na naszej stronie internetowej. Większość materiałów jest w języku angielskim, jest list w języku niemieckim, a teraz będzie również także materiał w języku hiszpańskim i polskim. Chcę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że mogę brać udział w tym rajdzie: ks. Edwardowi Mroczyńskiemu i parafianom z Los Angeles, CA, USA, ks. Stanisławowi Kowalskiemu i parafianom z San Diego, CA, USA, przyjaciołom z Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Szczególnie chcę podziękować mojej Mamie, braciom i rodzinie, którzy szczególnie troszczą się o to, abym mógł dalej kontynuować ten rajd.

 

Sławomir Płatek

 
25-09-2020 10:57:51
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite