http://rower.uniwersytetradom.pl/bicycle/
English

  ARTYKUŁY » New Jalpaiguri, 24.10.1999   
 
Ps. 5:13 Bo Ty, Panie, błogosławisz sprawiedliwego, Osłaniasz go życzliwością jakby tarczą.

New Jalpaiguri, 24.10.1999

 

New Jalpaiguri, 24.10.1999

Ludzie mówią, że żeby poznać Indie, trzeba przejechać się tutejszym pociągiem, zasmakować tej specjalnej atmosfery, która składa się na te sławetną Magię Indii. My mieliśmy okazję smakować tę atmosferę przez prawie dwa dni, bo tyle trwała podróż z Delhi do Siliguri. Atmosferę tę smakowaliśmy aż do bólu, bo, chcąc jak najszybciej wydostać się z Delhi, braliśmy bilety, jakie się da, a to oznaczało ciężką, długą podróż.

"Wsiąść do pociągu byle jakiego..."

W naszym przypadku nie było dokładnie tak, jak to śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz, ale jakiś podobieństw można się dopatrzyć. Pociąg, do którego Wsiedliśmy, był co prawda wyjątkowo "byle jaki", ale zabrać nas miał w bardzo konkretne miejsce - Siliguri w północno-wschodnich Indiach, niedaleko indyjskiej granicy z Bangladeszem, Nepalem i Bhutanem, miejsce, gdzie już tylko "o rzut beretem" do Himalajów. Zgodnie z naszym planem kierujemy się bowiem ciągle dalej i dalej na wschód. Dalsza trasa przewiduje przejazd przez indyjskie prowincje Assam i Manipur i dotarcie do birmańskiej granicy w pobliżu Imphal. Z tego, co się orientuję, jesteśmy jednymi z niewielu obcokrajowców, którym udało się uzyskać pozwolenie na przekroczenie lądowej granicy Birmy. Wszystkie przewodniki turystyczne, jak również moi znajomi znający ten region świata mówili, że ze względu na politykę władz, które zezwalają obcokrajowcom na wjazd do Birmy tylko droga lotniczą trasą, którą wytyczyliśmy, jest niemożliwa do zrealizowania. Faktycznie, wszystko wskazywało na to, że będziemy musieli zmienić pierwotne plany. Wyjściem awaryjnym w przypadku nieuzyskania tego zezwolenia był przelot samolotem z Kalkuty do stolicy Tajlandii - Bangkoku, a stamtąd już rowerkiem do Laosu i dalej tak jak było planowane wcześniej: Wietnam, Chiny i Japonia. Nie było to łatwe, wymagało niemalże półrocznych starań, ale okazało się, że czasami rzeczy niemożliwe stają się możliwe - ambasada Birmy (a właściwie Myanmar) w Delhi wydała dla naszej grupy specjalne zezwolenie. Po tygodniu takiej gonitwy od ambasady do ambasady, od urzędu do urzędu mieliśmy już dosyć. Indie są chyba światową stolicą biurokratyzmu. Żeby coś tutaj załatwić, trzeba wykazać się niezwykłą cierpliwością.

"nie dbać o bagaż..."

Indyjskie koleje są największe na świecie pod względem liczby zatrudnionych osób. Niewiarygodne, jak wiele przeróżnych stanowisk pracy można stworzyć, jeżeli tylko popuści się wodze wyobraźni. W tym wypadku Hindusi wykazali się fantazją wręcz nieograniczoną.

Nasz pociąg powinien odjechać ze starego dworca w Delhi o godzinie 7.00. Przy zakupie biletów poinformowano nas jednak, że aby zdążyć ze wszystkimi wymaganymi formalnościami, powinniśmy pojawić się na stacji na dwie godziny przed odjazdem pociągu. O jakie formalności chodziło, nie mieliśmy pojęcia, ale byliśmy zdyscyplinowani i przybyliśmy na stację tak jak nam polecono o 5.00 rano i od razu dowiedzieliśmy się, że nasz pociąg ma trzy godziny spóźnienia (w przypadku indyjskich kolei podobnież to normalne). W sprawie naszego bagażu w okienku informacyjnym nikt nam pomocy nie potrafił udzielić. Skierowano nas do biura managera stacji. W biurze tym po początkowych trudnościach (podobnież nie ma miejsca w pociągu) zgodzono się jednak zabrać nasze rowery. Z błogosławieństwem biura managera udaliśmy się do punktu przyjmowania bagażu. Tutaj zaczęło się na dobre... Najpierw musieliśmy czekać na gościa, który zajmuje się rejestracją bagażu. Kiedy już się pojawił, wręczył nam wielki formularz, w którym oprócz danych osobowych każdego z nas, wpisać musieliśmy również takie rzeczy, jak marka roweru, kolor, wartość itp. Kiedy już skończyliśmy, do pracy przystąpił ten wysoki urzędnik kolejowy, mozolnie wypisując dla każdego z nas karteczkę z danymi znajdującymi się na dopiero co wypełnionym przez nas formularzu. Karteczki te przywiesić mieliśmy na rowery. To jednak był dopiero początek całej procedury. Karteczki bowiem nie wystarczały, aby uznać rower za bagaż. Konieczne było przywieszenie na rowerze kawałka blachy z wypisanym flamastrem numerem przewozowym i data. Usługę te wykonywało, oczywiście za pewną odpłatnością, dwóch innych gości. Już z tym kawałkiem blachy wrócić trzeba było do ważnego gościa, z którym do czynienia mieliśmy wcześniej. On wręczył nam podstemplowaną kopię wypełnionego przez nas formularza i skierował do działu ewidencji komputerowej. W dziale tym znowu wzięte zostały w obroty nasze dane osobowe, które wklepano do jakiegoś starego komputera. Po uiszczeniu odpowiedniej opłaty otrzymaliśmy oficjalny bilet na nasze rowery. Urzędnik tam pracujący był wyjątkowo dumny z tak sprawnie wykonanej pracy swego działu.

Dobrze, mieliśmy bilety, teraz trzeba było jeszcze doprowadzić do tego, aby nasze rowery faktycznie znalazły się w pociągu wiozącym nas do Siliguri. W punkcie przyjęcia bagażu poinformowano nas, że na każdym peronie jest osoba odpowiedzialna za bagaż przewożony pociągami odjeżdżającymi akurat z tego peronu i z nią mamy rozmawiać w sprawie naszych rowerów. Człowiek zajmujący te funkcje na peronie numer trzy, z którego odjeżdżać miał nasz pociąg, wyglądał na poważnego urzędnika. Siedzący za biurkiem znajdującym się zaraz przy torach, w białej koszuli i okularach, wyraźnie odróżniał się od tłumu bosonogich tragarzy, których był szefem. Człowiek ten widząc, że karteczka, blaszka i bilet są w porządku, znal, że wszystkie formalności zostały wypełnione i przyjął nasze rowery na stan do wysłania. W zasadzie przez te wszystkie miesiące naszej podroży powinniśmy się już nauczyć, że aby czegoś być pewnym, trzeba tego dopilnować osobiście, ale poważny gość, poważnie powiedział, że rowery są teraz jego sprawą i daliśmy mu 'wolną rękę'. Jakie było nasze zdziwienie i przerażenie, kiedy siedząc już w pociągu, który zaczynał ruszać, zauważyliśmy stojące na peronie trzy z naszych rowerów. Pier zareagował najszybciej - awaryjnie zatrzymał pociąg. Okazało się, że poważny urzędnik, który poważnie zapewniał, że wszystko będzie w porządku, nie znalazł wystarczająco miejsca w wagonie bagażowym dla wszystkich rowerów. Nasze zdenerwowanie było jednak dla niego jakby niezrozumiale - przecież on czuwa nad naszym bagażem i jeżeli nie tym pociągiem to następnym, albo jeszcze następnym, ale rowery nasze z pewnością zostałyby wysłane do Siliguri. Nie było sensu tłumaczyć mu, że dzień czy dwa czekania na dworcu na dotarcie tej przesyłki nie były dla nas najlepszym scenariuszem wydarzeń. Rowery wpakowaliśmy do wagonu obsługi pociągu, nie zważając na pokrzykiwania zdenerwowanego kierownika. Pier był zresztą bardziej zdenerwowany i odpowiedział mu taką 'wiąchą' przekleństw we włoskim wydaniu, że kierownik poczuł się bezsilny wobec całej sytuacji i przestał utrudniać nam życie. Ruszyliśmy...

"nie dbać o bilet..."

Kupić bilet kolejowy w Indiach nie jest sprawą prostą. Procedura podobna jest do kupowania biletu lotniczego: potrzebny jest paszport, a bilety zamawiać trzeba na długo przed planowanym wyjazdem. My, nie wiedząc, kiedy pozałatwiamy wszystkie sprawy wizowe w Delhi, nie mogliśmy kupić biletów odpowiednio wcześniej. Na dzień przed wyjazdem okazało się oczywiście, że biletów nie ma. Sigitas - nasz 'szefu' - jak zwykle nie dawał za wygraną i tak długo molestował tę kobietę w okienku, że w końcu uzyskał wiadomość, że jeżeli jest jeszcze jakaś szansa kupienia tych biletów, to jedynie przez agencje turystyczne trudniące się podkupywaniem biletów i sprzedawaniem ich po droższej cenie takim frajerom jak my. Nie trwało długo i znaleźliśmy jedną z nich. Faktycznie, bilety były na następny dzień rano. Problemem była tylko nasza duża grupa - 11 osób. W ruch poszły telefony i po godzinie uzyskaliśmy wiadomość, że wszystko załatwione zostało pozytywnie - możemy jechać, nie mamy jednak specjalnego wyboru jeżeli chodzi o miejsca, musimy brać, co się da. Za tę usługę, jak się później okazało, zapłaciliśmy potrójną cenę normalnego biletu. Cali szczęśliwi, że mamy w ręku bilet, na którym napisane było - miejsca sypialne, nawet nie przypuszczaliśmy co nas czeka...

Już sam przyjazd pociągu wywołał u nas lekki szok. Nie spodziewaliśmy się wielkich wygód, ale to, co zobaczyliśmy, było ponad wszelkie dotychczasowe doświadczenia. Mnóstwo ludzi upchniętych było w wagonach przypominających wagony towarowe z maleńkimi zakratowanymi oknami. Co gorsza, na pociąg, który już w momencie dotarcia na peron wydawał się pękać w szwach, czekała oprócz nas cala chmara podróżnych z całą stertą przeróżnego rodzaju bagażu. Niemożliwym wydawało się, że wszyscy się pomieszczą. Po pierwszym szoku przystąpiliśmy do działania i zaczęliśmy szukać naszych miejsc. To niewiarygodne, ale cała ta machina działała. Na każdym wagonie przyklejona była lista pasażerów. Znajdowaliśmy się na jednej z nich, a oznaczało to, że nasze bilety są ważne i faktycznie możemy jechać. Było jednak jedno małe "ale"... Tylko pięcioro z nas miało przypisane numery miejsc. Pozostali co prawda byli na liście, ale to uprawniało tylko do przejazdu pociągiem, ale nie zajmowania miejsca. Nic nie pomagały tłumaczenia, że przecież powiedziano nam, że mamy jedenaście miejsc leżących. Lista na wagonie mówiła co innego. Nie było odwołania. Tak na przyszłość, nie polecam więc korzystania z usług firm, które w cudowny sposób nagle wynajdują miejsca w pociągu. Nie tylko, że się przepłaca, ale jeszcze nic pewnego, że za zapłacone pieniądze otrzyma się faktycznie jakieś miejsce.

Po początkowym stresie z szukaniem miejsc i naszymi rowerami, które o mało co nie zostałyby na dworcu, w końcu jakoś się zapakowaliśmy. Każdy znalazł jakiś skrawek miejsca lub podłogi i rozpoczęliśmy tę dwudniową podróż. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do miejsca i warunków, które nas na początku szokowały. W każdym z przeraźliwie brudnych wagonów znajdował się po obu jego stronach szereg wąskich składanych prycz, na których tłoczyli się ludzie. Widać nie my jedyni mieliśmy problem z miejscówkami. Okna z uwagi na to że były małe, zakratowane i brudne, przepuszczały do środka tylko minimalną ilość światła. Jak spojrzeć na to z innej strony, tworzy to w sumie całkiem ciekawy nastrój. Ciekawym też było obserwować ludzi, którzy z nami jechali. Nieodłącznym elementem nastroju byli również krążący pomiędzy pryczami sprzedawcy przeróżnych dupereli. Oprócz breloczków, zapalniczek, długopisów, kalkulatorów, zegarków, latarek itp., itd. (wszystko 'made in China') co niektórzy z nich oferowali całkiem niezłe jedzenie. Szczególnie dużo było sprzedających herbatę. Ich głośne nawoływania, które w wykonaniu każdego z nich brzmiały tak samo beznamiętnie, skrzekliwie i nosowo - tak jakby cały czas krzyczał jeden zblazowany człowiek, na długo pozostaną w mojej głowie: "ciaaaaj, ciaaaaj!!!".

"Wsiąść do pociągu byle jakiego,

Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet,

Ściskając w ręku kamyk zielony

Patrzeć, jak wszystko zostaje w tyle..."

To były dwa bardzo długie dni, ale jak mam w zwyczaju powtarzać, człowiek potrafi znieść wszystko, przyzwyczaić, zaaklimatyzować się do każdego miejsca. My znieśliśmy niewygody, przyzwyczailiśmy się do warunków, mało tego, nawet zaczęło nam się podobać. Zostawiliśmy w tyle 1500 km i dojechaliśmy!

 

Waldek
 
02-12-2020 03:31:07
Rowerem Dookoła Świata

Powered by pr.radom.pl Etomite